We are going on a bear hunt!

Bywam tu coraz rzadziej, za co przepraszam, chociaż nie jest to celowe, po prostu dzień za dniem ucieka mi sprzed nosa. Część planów przez Smutne Marcowe Wydarzenie się pozmieniała (na Deszczową Piosenkę będę teraz szła w maju, ponieważ nie miałam możliwości ani nawet chęci pójścia 21 marca), część – bardzo ekscytujących (jedziemy do Disneyland Paris w czerwcu!!) – doszła… A dodatkowo staram się wygospodarować w ciągu dnia chwile dla siebie: portugalski z Duolingo (już level 6 ze znajomością 99 słów), a także wzięłam się wreszcie za przeczytanie książki dla dorosłych (nie jakiś bestseller na światową skalę, ale książka autorki – Cecelii Ahern – którą polubiłam po przeczytaniu jej najbardziej chyba popularnego tytułu PS. I love you parę lat temu; teraz czytam The Gift).

Poza tym podczas pobytu mojego i Małej A w Polsce zaczęła się przerwa semestralna w Anglii, więc Ania nie chodzi i nie będzie chodziła do przedszkola aż do środy 17 kwietnia, także dzień w dzień trzeba wymyślać różne zabawy bądź zajęcia, żeby się Mała A przypadkiem nie nudziła za bardzo bez przedszkolnych rówieśników (za którymi tęskni i co jakiś czas pyta, kiedy będzie mogła zobaczyć Ben‚a!). Dzisiaj np. stanęło na wyjściu do sklepu, do którego uzbroiłyśmy się w kalosze (nie ma brytyjskiej wiosny bez „przekomicznej” mieszanki słońca i deszczu) i zaliczałyśmy po kolei wszystkie kałuże, czy na chodniku, czy na trawie i obydwie miałyśmy wielką frajdę.

Ale pomijając to wszystko, chciałam powiedzieć, że udało nam się zabrać Anię na długo wyczekiwane (od Bożego Narodzenia) przedstawienie dla dzieci We are going on a bear hunt 4 kwietnia, które naprawdę Małej A się spodobało (i nam też). Piszę „na szczęście”, bo mało brakowało, a byśmy pewnie zostały w Polsce dłużej z powodu paskudnej zimowej pogody – nasz samolot, który miał lądować w Lublinie 31 marca, wylądował zamiast tego w Warszawie, ale przynajmniej nie został odwołany (co widzę teraz bywa częstszą opcją w przypadku złej pogody, niż przetransportowanie pasażerów, aby wylatywali z innego lotniska). Całą podróż pozostawię jednak bez komentarza, bo mnie tak wykończyła, że jak słowo daję nie latam już ze swoim dzieckiem w miesiącach zimowych, najwyżej sama…

W każdym razie wracając do tematu przedstawienia, to dekoracje i rekwizyty jakie był wykorzystane, były najprostszymi, jakie można sobie wyobrazić (np. zwyczajne brązowe puste pudła poustawiane jedno na drugim służyły jako pnie drzew w lesie), żeby jak najbardziej pobudzić wyobraźnię dzieci. Tak jak sama książka We are going on a bear hunt, przedstawienie również bazowało na wielokrotnym powtarzaniu wyrazów dźwiękonaśladowczych i wersów, które „upamiętniały” akcję, z urozmaiceniem w postaci piosenek, a dodatkowo aktorzy starali się nawiązać „dialog” z dziećmi, poprzez zadawanie pytań albo udawanie, że czegoś nie zauważyli, żeby dzieci mogły – wykrzykując odpowiedzi – podpowiedzieć aktorom, że np. niedźwiedź stoi za ich plecami. 😉 Przedstawieniu towarzyszyła również muzyka, w której wykorzystano przeróżne instrumenty muzyczne jak np. akordeon, gitara czy perkusja, a także inne (których nazw nie znam) o interesujących dźwiękach. Niespodzianką zarówno dla dzieci jak i dorosłych były pistolety wodne, którymi aktorzy strzelali w widzów podczas „przeprawy przez rzekę”, co wywołało dużo śmiechu i pozostawiło trochę lekko mokrych twarzy i ubrań. 😉 Potem była „przeprawa przez błoto”, ale zanim się zaczęła, jeden z aktorów przeszedł po scenie i zacząć głośno mówić z przepraszającą miną(szczególnie do osób z pierwszego rzędu – w którym my też mieliśmy okazję siedzieć) „I am SO sorry, I do APOLOGISE„, tak jakby mieli nas popsikać błotem tak jak wodą przed chwilą, co dość dużą ilość rodziców (w tym mnie) wystraszyło. 😛 Oczywiście, to był tylko taki psikus ze strony aktorów i nikt błotem nie rzucał w widzów. 😉

DSC_0041

Z teatru wyszliśmy zadowoleni i rozbawieni i z nowymi nabytkami – plakatem z przedstawienia do pokoju Ani i płytą z piosenkami, po czym udaliśmy się na nasz rodzinny obiad w restauracji Frankie and Benny’s. Pomimo niezbyt ładnej pogody, dzień był przesympatyczny i krótko mówiąc the one to remember!

IMG_6337IMG_6339

We are going on a bear hunt.
We’re going to catch a big one!
What a beautiful day.
We’re not scared!

The power of imagination

Korzystając z tego, że jesteśmy w Polsce, postanowiłyśmy razem z Anią znowu odwiedzić Żółwika, który – chciałoby się powiedzieć, że niespodziewanie – bardzo urósł przez ostatnie półtora miesiąca i trudno uwierzyć, że ma niecałe 3 miesiące. Zdecydowanie lepiej teraz widzi, co można zauważyć z tego jak go przyciągają wszelkie kolory i twarze, a do tych znajomych osób – przede wszystkim oczywiście mamy – się przepięknie uśmiecha. Na buzię Małej A też radośnie reagował, chociaż nie jestem pewna (a właściwie można by to nazwać wątpliwym) czy ją zapamiętał z jej poprzedniej wizyty prawie tydzień temu, kiedy spędziła razem z nim i jego mamą trochę czasu (jak ja i reszta rodziny byliśmy na pogrzebie), czy to po prostu fakt, że to buzia dziecięca, więc bardziej intrygująca, nieznana, interesująca. Poza tym coraz lepiej utrzymuje swoją główkę, a smoczek, który jeszcze na początku lutego był prawie-że nierozłącznym towarzyszem w ciągu dnia, częściowo poszedł w niepamięć i ponoć przypomina o swojej obecności tylko pod wieczór, przy zasypianiu.

IMG_6128IMG_6135IMG_6167IMG_6140

Ciągle i niezmiennie jestem pod wrażeniem jak bardzo i jak szybko dzieci się zmieniają i rosną przez pierwsze 12 miesięcy swojego życia. Wyczekiwania na te mniejsze i większe rzeczy, te milestones jak przekręcenie się na brzuszek, raczkowanie, pierwsze kroki, pierwsze ząbki, (nie-zawsze)smakowite papki do jedzenia jako dodatek do mlecznych posiłków… Uśmiechy, dźwięki, przespane noce! Potem natłok podobnych w skali rozwoju zdarzeń się zmniejsza z wiekiem. Pierwsze słowa, ostatnie pieluszki, samodzielne jedzenie… Są większe odstępy w wydarzeniach „do odhaczenia”, ale to wcale nie oznacza, że nasze dzieci przestają nas zaskakiwać.

IMG_6162 IMG_6158

Do dzisiaj pamiętam moment, kiedy Ania po raz pierwszy powiedziała mi, że mnie kocha. Trzymałam ją na rękach, gotową do położenia spać do drzemki w domu rodziców Pana B, a ona objęła moją szyję, zrobiła dramatyczną minkę, taką poważną ze zmarszczonymi brewkami – i widać było, że te zaraz wypowiedziane słowa są dla niej ważne – i wydobyła z siebie „I love you, Mummy”. To może trochę śmieszne, ale nie pamiętam ile miała wtedy lat, wydaje mi się, że 2, ale najbardziej zapamiętałam sam moment i gdzie on miał miejsce. Możliwe, że gdzieś mam to zapisane, ale za dużo by było wiadomości, e-maili i sms-ów do przeszukania.

IMG_0393

(Moja prawie 8-mio miesięczna Mała A. Wieki temu.)

Ale tak się rozpisałam trochę nie na temat, ponieważ miałam zamiar pisać o pewnej przygodzie z Czarnoksiężnikiem. 😉

Kiedy Dziadzio nas odbierał z naszej wizyty u Żółwika, powiedział nam, że samochód (nazywany przez Anię „Anika”) stoi daleko, ponieważ w pobliżu bloku nie było miejsca. Więc wpadłam na pomysł (za dużo czytam chyba bajek dla dzieci, jak zaraz stwierdzicie) – bo zauważyłam, że Ania jakoś niezbyt ochoczo myślała o perspektywie dłuższego spaceru – który szczerze mówiąc nie sądziłam, że aż tak bardzo Małą A zajmie!

„Aniu” – powiedziałam – „Dziadzio mówi, że Anika stoi hen daleko… Widzisz?….”

Mała A i jej mama były właśnie u progu Wielkiej Przygody; Anika, ich wierny samochód, czekała na nie za wielkimi górami [niewielkie poboczne górki śniegu – rezultat odśnieżenia chodników], głębokimi i szerokimi rzekami [oczywiście kałuże z topniejącego miejscami śniegu] i lasami [gałęzie krzaków], a tuż przed nimi roztaczał się ogromny zamek [gimnazjum, do którego chodziłam] Czarnoksiężnika. Musiały się pospieszyć, każda chwila spędzona na granicach królestwa tego czarodzieja narażała je na niebezpieczeństwo.

– Szybko Aniu! Musimy uciekać! – zarządziła mama, zauważywszy zbliżającego się Czarnoksiężnika. – Do Aniki!!

Mała A i mama rzuciły się naprzód i w trudach pokonując ruchome piaski [zapadająca się pod każdym krokiem warstwa śniegu sięgająca mi do kostek, a Ani po łydki], dotarły szczęśliwie i doprawdy w ostatniej chwili do Aniki. Dziadzio uruchomił Anikę i oto cała trójka była w drodze, aczkolwiek zły Czarnoksiężnik deptał im po piętach. Zjeżdżając w dół ze szczytu góry [ulica była pod dość dużym kątem], Czarnoksiężnik pozostał w tyle, ale nie na długo – jego magiczna moc bowiem zawładnęła śniegiem z gór i białe puszyste chmury zmrożonego śniegu zaczęły atakować Anikę [kompletna improwizacja opowieści ze strony Ani], już cała trójka popadała w rozpacz, kiedy oto nadciągnęły z pomocą malutkie leśne wróżki [z przydrożnego lasku] i osłoniły Anikę swoimi czarami – Abrakadabra! Hokus pokus! Czary mary! [krzyczała Mała A ze swojego fotelika z tyłu samochodu] – pozostawiając ją pod ochronną bańką. Toczyła się wielka bitwa między wróżkami a Czarnoksiężnikiem [Ania mówiła w tym momencie już coraz szybciej i wykrzykiwała rzeczy typu „Fire!!!„], ale ostatecznie wróżki musiały ustąpić potędze Czarnoksiężnika, który z każdą chwilą stawał się coraz to groźniejszy i bardziej zły [„He’s going to smash Anika to pieces!!” coraz bardziej podekcytowanym głosem mówiła Ania]. Zyskawszy nieco na czasie, chowając się za Olbrzymem [ciężarówką], cichaczem [musiałam Anię trochę przystopować z tym jej natłokiem słów 😉] cała trójka zbliżała się do celu, tak niewiele zostało! Czarnoksiężnik jednak się nie poddawał.

– Ania! Musimy poszukać Kota w Butach, tak jak w tej bajce, którą Ci czytałam wczoraj przed snem! Pamiętasz? On przechytrzył Czarnoksiężnika, żeby się zamienił w mysz!

– BUT I CAN’T SEE ANY CATS MUMMY!! [zauważyło bystrze dziecko rozglądając się dookoła po przemierzanych ulicach]

Mama z Małą A gorączkowo szukały Kota w Butach, już praktycznie czuły oddech Czarnoksiężnika na ich plecach, aż nagle…

– Uma-uma-jej-uma-uma-uma-jej – zabrzmiało Anikowe radio.

– To zaczarowana piosenka Ania! – zawołała radośnie mama. – Ona nam pomoże! [w sumie czego nie, do tej pory nie wiem o czym jest piosenka „Dragostea din tei”]

I mama zaczęła podśpiewywać do piosenki, a Mała A wtórowała, tworząc kompletnie nowe słowa potężnej magicznej pieśni… [Ania nuciła sobie w różnych melodiach coś typu „Magic song, singing magic, I love fairies…„]

I uwierzcie mi lub nie, ale śpiew pokonał Czarnoksiężnika, a my bezpiecznie z Anikowego garażu (ale na wszelki wypadek biegiem) dotarłyśmy do naszej wieży – bloku mieszkalnego, a tam cały magiczny świat został kompletnie zapomniany na widok ukochanej Cioci.

Oczywiście do czasu!

Lazy days

Dzisiejszy dzień rozpoczęłam dość leniwie, pozwalając półroczniakowi z logo Sony zająć się Małą A., podczas gdy ja próbowałam się zacząć uczyć języka portugalskiego za pomocą aplikacji Babel na moim smartfonie, a dowiedziawszy się o Duolingo tutaj postanowiłam tenże portal również wypróbować – wszystko to w ramach przygotowań do lipcowych odwiedzin Mruffki w Portugalii. Póki co, przyjemniejsze do nauki było Duolingo i od razu jedno z nauczonych słów (menino) przydało się całkiem przypadkowo parę godzin później, kiedy na moim facebook‚owym news feed‚zie, ktoś podzielił się zdjęciem z fragmentem modlitwy w języku portugalskim. Może to jakiś znak. 😉

Resztę dnia spędziłam na wypluwaniu płuc poprzez robienie „wydmuszek” z jajek, żeby Ania mogła się pobawić w malowanie pisanek, czego nigdy wcześniej nie robiłyśmy. Pierwsze jajko zajęło mi bardzo dużo czasu (za dużo), bo zrobiłam za małe dziurki, ale człowiek w miarę możliwości uczy się na błędach, więc następne poszły mi nieco lżej, chociaż z drugiego ostatecznie podczas malowania jeszcze trochę ściekało żółtko… a trzecie trzymałam tak mocno, że praktycznie z ostatnim „wydmuchem” je zgniotłam. Na czwartym zaczęły mnie boleć plecy od godzinnego pochylania się nad zlewem, a przy piątym, które ostatecznie stało się czwartym z powodu braku trzeciego, stwierdziłam, że mamy wystarczająco dużo materiału do zabawy w pisanki wielkanocne aż do następnych świąt wielkanocnych.

IMG_6069 IMG_6072 IMG_6076 IMG_6068

I w sumie chyba wyszło nam całkiem fajnie. 🙂 [zdjęcia by Ciocia]

IMG_6094

A późnym wieczorem, kiedy Mała A. już była w łóżeczku, zasiadłam przed telewizorem (nic nie oglądałam od ponad tygodnia) i to nie tylko mając inny kanał niż Disney Junior albo MiniMini+ przed oczami, ale prawdziwy film (no dobrze, może oczami kobiety można to opisać jako „prawdziwy”) na HBO – „Crazy stupid love„, z Ryan’em Gosling‚iem! (Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś był tym nastolatkiem w „Szkole na fali”, zawsze z odzywką „Call me!„)

My little pony love

Dawno nie pisałam o Małej A., więc zamiast rozpoczynania wpisów po przerwie od tego co się całkiem niedawno działo i do czego opisania potrzebuję czasu i wyciszenia – możliwie z dużą ilością chusteczek w zasięgu ręki – postanowiłam wrócić nieco ponad tydzień wstecz, do postu, który miał wtedy powstać na temat tego jak Ania spędza czas, kiedy siedzimy w domu, głównie z powodu bardzo niezachęcającej pogody za oknem (deszczu lub zimna). Oczywiście oglądanie programów i bajek na CBeebies i komputerze, czytanie dziecięcych opowiastek i przeglądanie książek (jak np Children’s picture atlas of animals wydawnictwa Usborne), rysowanie lub malowanie, i porozrzucane wszędzie zabawki – to stały punkt programu praktycznie każdego dnia, ale ostatnio powróciłam do zabawy, którą zaprezentowałam Ani prawie rok temu, a której w naszym domu nie za bardzo można było praktykować z powodu wszechobecnego bałaganu, który zazwyczaj panuje w domu przez pewien okres po przeprowadzce.

Jakiś czas temu, podczas którejś z naszych wizyt w Polsce, namówiłam Babcię Małej A. na kupienie ukochanej wnuczce DVD z filmem „My little pony – Mój mały kucyk” z 1986 roku (oczywiście w polskiej wersji językowej), którego kucykowe urywki pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Ani szybko bajka przypadła do gustu (chociaż słowo daję, że nie pamiętam, żeby ten film był aż tak dziwaczny, kiedy byłam mała) i od tamtej pory obejrzała to DVD chyba już setki razy (i nie, doprawdy nie wyolbrzymiam!). Niedługo potem, kiedy Mała A. awansowała z oglądania Baby First do MiniMini+, okazało się, że w telewizji zawitała nowa generacja kucyków, w postaci 20-minutowych odcinków serialowych (serial ma obecnie 3 sezony, w tym 2 przetłumaczone na polski i obydwa po premierze na MiniMini+), czyli „Mój mały kucyk – Przyjaźń to magia” (My little pony – Friendship is Magic). Zarówno Ciocia (chyba właśnie ona odkryła te kucyki), ja i Mała A. zakochałyśmy się (z dopiskiem „od nowa” w odniesieniu do mnie i Cioci ;))! Bajki są całkiem przeurocze, a każda z nich ma jakiś morał o tym, czego można się uczyć o przyjaźni.

Szybko wróciły wspomnienia dawnych zabaw z moją siostrą z „niewielką” kolekcją kucyków, ale ponieważ te do tej pory pozostają w ukryciu, u Ani na półkach zaczęły się nagle pojawiać serialowe kucyki (na pewno nie zgadniecie za czyją sprawką!), jeden za drugim, aż wreszcie uzbierała praktycznie wszystkie główne i często przewijające się kucyki (z duplikatami niektóre), których imion nie wymienię, żeby nie przynudzać (ale tak, wszystkie znam na pamięć tak samo jak i Ania….).

IMG_6031 IMG_6030

W każdym razie oprócz zwykłego bawienia się kucykami – rozmawiania z nimi i między nimi, budowania im domków i zabierania na przygody – zabawa, która bardzo Małej A. przypadła do gustu, to wyproszenie Ani z pokoju, pochowanie kucyków, czy to na półce, czy to za nogą stołu (najlepiej w miarę widocznym miejscu i na pewno nie w szafkach, żeby nie uczyć grzebania po nich), i poproszenie jej z powrotem do pokoju, żeby znalazła wszystkie swoje kucyki! Możecie mi uwierzyć na słowo, że może się tak bawić godzinami. 🙂 A jak wszystkie znajdzie, to potem mnie wyprasza z pokoju i sama je chowa, żeby każda z nas miała swoją „kolejkę”, tylko jak wracam do pokoju to podekscytowana pokazuje mi jak to mądrze schowała kucyki tu, i tu, i tu i tu i tam! No nic, kiedyś się nauczy, że się nie podpowiada od razu z miejsca, ale póki co świetnie się tak bawimy. (Chociaż Ania pewnie też tak robi trochę, żeby szybciej mogła zacząć swoją następną „kolejkę” szukania. :))

A oto parę zdjęć naszych chowających się kucyków.

IMG_5944 IMG_5942 IMG_5952 IMG_5946 IMG_5949 IMG_5953 IMG_5930 IMG_5938

PS. W takie niezbyt ciekawe i pochmurne dni, oprócz zabaw kucykami, często też odwiedzamy zarówno angielską (Hasbro) jak i polską (MiniMini+) stronę z kucykowymi grami komputerowymi – też Małej A. się bardzo podobają. (A i ubrania z ulubionymi bohaterami też chętniej nakłada!)

IMG_6029 IMG_5712

PPS. Ktoś mi powiedział, że te nowe kucyki są obrzydliwe, bo nie wyglądają jak koniki, i o ile poniekąd się zgadzam, że faktycznie nie są aż tak „konio-podobne”, to i tak uważam, że są całkiem przesympatyczne i da się je lubić!

Wiosna, jak to tak?…

Oczywiście nie powinnam była się nastawiać na to, że śnieg już więcej nie zawita w nasze progi aż do końca roku (tymczasem wiosna zagrała na nosie po swoich żarcikach w stylu spring teasers). To co się dzieje za oknem (z nieba sypie się śnieg z niewielkimi przerwami i wiatr sobie ochoczo tańcuje z płatkami śniegu) pozostawia mnie z tytułem Zbyt Optymistycznego Głupca. Prawdopodobnie to, że nie oglądam prognozy pogody – i chociaż mam widget pogodowy na swoim smartfonie to i tak tam głównie zaglądam, żeby zobaczyć jaka temperatura panuje na dworze – ma w tym swój duży udział. Trudno, płacę za swoją lekkomyślność i siedzę teraz pod cieńszym kocem niż zwykle (mój ukochany slanket, grubszy koc z rękawami, jest w praniu) z podwójną parą skarpetek założoną na rajstopy, w spodniach, bluzce i bluzie z szalikiem wokół szyi. Do tego pół dnia nosiłam także rękawiczki, ale nie były zbyt wygodne do pisania na laptopie. Jakby ktoś pytał, ogrzewanie w domu jest, ale jak w domu duża część pomieszczeń na dole, gdzie zazwyczaj wieczorami przebywam, nie ma drzwi, to ciężko się nacieszyć tym ciepłem…

Małej A co prawda cały dzień nie przeszkadzało biegać w rajstopkach, spódnicze i bluzeczce z krótkim rękawem (z uporem maniaka nazywanym przez nią „sleeve-ski”, według filozofii Pana B, że z każdego angielskiego słowa można zrobić polskie przez dodanie końcówki „ski”), a pytałam ją z milion razy, czy na pewno nie jest jej zimno i czy może z chęcią nie założyła bluzy? Ale nie, po Tatusiu ma, że jej prawie zawsze za gorąco! Pozazdrościć.

Ciekawa tylko jestem jak długo tym razem utrzyma się taka pogoda? Może wreszcie uda mi się zabrać Anię na sanki w tym roku albo chociaż ulepić bałwana, bo wcześniej nie dałyśmy rady. Nawet w Polsce pod koniec stycznia śnieg nas zawiódł, czego się nie spodziewałam po kochanych rodzinnych stronach. 😦 Jeśli się uda takie wyjście, to na pewno biorę aparat. 🙂 A póki co poraczę Was garstką zdjęć z zimy 2010, kiedy moje Maleństwo miało już prawie 2 lata, a zima nastała praktycznie w jedną noc i powitała nas z rana pięknym puszystym śniegiem w ogrodzie!

IMG_1171  IMG_1256

IMG_1158 IMG_1258

Off-topic:

Będąc w Reading w miniony weekend, zaczęłyśmy z dziewczynami sobotni wieczór panieński w dość ponury sposób – wokół restauracji, do której zmierzałyśmy, było wielkie zamieszanie, z kilkoma funkcjonariuszami policji, była także straż pożarna – okazało się, że nie tak dawno temu zaginęła dwójka dzieci (pięcio- i siedmioletnie). Rodzice, którzy wychodzili ze swoją dwójką z restauracji nagle je zgubili, nie do końca wiem jak, ale tak czy siak, zorientowali się, że w pewnym momencie ich dzieci z nimi nie ma. Możliwe, że był tłok wtedy i dzieci wyszły za dwójką nieznajomych niechcący, ale z drugiej strony drzwi do restauracji były wtedy otwarte na oścież z tego co kelner nam powiedział i dzieci mogły sobie ot tak wyjść, uważając to za genialny pomysł. Poszukiwania ich skończyły się na szczęście pomyślnie, bo mali nieletni stwierdzili, że pobawią się w chowanego w pobliskim kościele….

Zastanawiałam się jak bardzo ich rodzice musieli być przerażeni z powodu ich zguby, a zarazem wściekli na dzieci (które w ich wieku powinny niby wiedzieć lepiej, szczególnie starsze dziecko z rodzeństwa), chociaż z ich własnej winy tak naprawdę do tego doszło. O nieuwagę bardzo łatwo, ale i ocenę tego zdarzenia z zewnątrz też. Nie chcę oceniać i mówić, jacy to straszni ludzie i jak mogli to zrobić, że ja nigdy do czegoś takiego nie dopuszczę, bo przecież kto ma taki zamiar?

Aczkolwiek muszę przyznać, że miałam podobną sytuację, nie aż tak straszną z perspektywy czasu jak ci rodzice z Reading, ale i tak dało mi to bardzo dużo do myślenia. Kiedy byłyśmy z Małą A i jej Grandmą na zakupach w ogromnym sklepie Next, Ania chodziła sobie w zasięgu naszego wzroku, cały czas niedaleko nas albo tuż obok, nie zawsze za rękę, i niby się wydawało, że wie, że nie powinna się oddalać. Tylko problem w tym, że w takim ogromnym sklepie są niekończące się możliwości zabawy w chowanego, a w części z ubraniami, gdzie roi się na każdym kroku od manekinów, ubraniowych wystaw, regałów i półek z ubraniami itp, które zawsze są wyższe od takiego mierzącego metr dziecka,  jest się prawie jak w hide-and-seek paradise. Niecałe pięć minut kontemplacji nad jakąś bluzką, spodniami czy stanikiem i nagle odrywając wzrok od recenzowanej rzeczy, okazuje się, że Małej A nie ma w naszym zasięgu. Zaczęłam przemierzać ubraniowy labirynt i z każdym kątem, w którym Ania nie stała, napięcie zaczynało rosnąć. Jak wreszcie po 2-3 minutach ją odnalazłam, myślałam, że się poryczę ze szczęścia, chociaż było widać, że biedna Ania zaczynała chyba sobie zdawać sprawę, że jej mamy i babci nie ma w pobliżu i też zaczynała się stresować. Wyprzytulałam ją jak najdłużej mogłam, a potem razem stanęłyśmy z boku i powiedziałam jej, że nie wolno nigdy odchodzić od mamy czy babci czy kogokolwiek z kim jest, że może jej się coś stać i że mnie i babcię bardzo przestraszyła. Na wszystko posłusznie przytakiwała głową i ze skruszonym głosem mówiła przepraszam i że tak więcej nie zrobi, ale ja wiem, że niezależnie od szczerych chęci czasami jakiś pomysł wydaje się być niegłupi i z możliwością nawet spodobania się mamie, bo przecież mama lubi, jak się bawimy w chowanego. Morał jest oczywiście taki, że nigdy nie należy spuszczać dziecka z oka ani nie polegać na innym towarzyszącym dorosłym (chyba że specyficznie został on o to poproszony, wyraził zgodę, jest godny zaufania i powierzenia takiego zadania!), nawet jeśli ono „rozsądne”, bo inaczej może dojść do katastrofy, nawet jeśli „przez te 5 minut, nic mu się przecież nie stanie”.

Obym nigdy więcej w życiu już o tym nie zapominała.

Out in the Dales

Można by się zacząć martwić, że tajemniczo po Thriller‚ze at night, nie pojawiałam się tutaj przez parę dni, ale oto jestem – chwilowo przynajmniej – obecna. Ostatnio mi brakuje czasu, bo staram się wszystko ogarnąć w domu dla Małej A i Pana B (niesamowite jak krótko stan porządku trwa w tym domu!) oraz ogarnąć siebie, bo wyjeżdżam na weekend do Reading, aby w sobotę wybrać się na spotkanie w stylu wieczoru panieńskiego mojej koleżanki, dla osób, które na sam wieczór panieński nie mogły się załapać z różnych względów (ja akurat miałam wykupione bilety na koncert zespołu Fun w Norwich, na który się wybieram z Demonkiem :)). W marcu oprócz tego czeka mnie jeszcze wizyta weekend‚owa Mylenki oraz Deszczowa Piosenka w Teatrze Roma w Warszawie, więc niestety, ale mam wrażenie, że częstotliwość wpisów się nie poprawi przez jeszcze jakiś czas.

W każdym razie, oprócz rzeczy wokół mnie, którymi trzeba się zająć, są jeszcze momenty na przyjemności. Wczoraj z Anią wybrałam się do niewielkiego lasku w naszym mieście zwanym The Dales – wyjście zorganizowane przez przedszkole, a więc byli też i mali przyjaciele Małej A, panie nauczycielki/opiekunki jak i większość rodziców – wspaniała okazja do zobaczenia z kim Ania się bawi najlepiej (oczywiście poza Pewnym Nonszalanckim Osobnikiem) i wreszcie powiązać imiona wymieniane w przedszkolu („Ania spędza czas z [przeróżne imiona]”) – z dziećmi! I tak oto dowiedziałam się w końcu, która dziewczynka ma na imię Mia-Rianne i którzy to Bethany i Mikey (przesympatyczne rodzeństwo bliźniaków).

Dzieci miały mnóstwo zabaw w trakcie przechadzki po lasku: bieganie po polanie, zbieranie listków, gałązek i innych rzeczy, które przyciągały uwagę (ślimakowe muszle, piórka, kwiatki, mech itp.) i przyklejanie tego wszystkiego na niewielką karteczkę z dwustronną taśmą klejącą, którą panie opiekunki rozdawały każdemu dziecku;

DSC02107

budowanie niewielkich namiotów (z pomocą dorosłych), żeby zjeść w nich  „małe co nieco”, była też zabawa w chowanego i wiele innych, np. jak malowanie drzew kolorową wodą czy chodzenie w błocie (nie ma to jak kalosze, aczkolwiek Ania nie miała swoich, bo gdzieś nam się zapodziały w domu albo w przedszkolu – nie wiem – w każdym razie jej kozaczki w miarę się spisały). Udało się także złapać niewielką żabę, pokazać dzieciom i wypuścić, aby odskoczyła w siną dal.

DSC02088 DSC02091

Małej A tak się podobało, że nie chciała wracać do domu. 😉

DSC02078 DSC02075 DSC02073

The f(th)ree time

Czekałam na tak spędzone popołudnie i w miarę wczesny wieczór od około 3 tygodni. Oczywiście, że przyjemnie jest odwiedzić rodzinkę tą bardzo bliską i tą trochę dalszą (przynajmniej ze względu na dzieci) i fajnie gościć przyjaciół w domu co jakiś czas i na jakiś czas, ale wiadomo, że każdy też uwielbia poświęcić czas tak exclusively swojej zupełnie własnej i niewielkiej rodzince – w moim wypadku Panu B i Małej A.

Korzystając z tej pierwszej od dawna okazji, Małą A odebraliśmy razem z Panem B z przedszkola i wspólnie całą trójką przespacerowaliśmy się do naszego przytulnego, choć ciągle jeszcze niezupełnie skończonego pod względem remontu, domku. Wydawało się, że dzień był nieco cieplejszy na powrót (czerwoniuśkie rumieńce na policzkach i tak się pojawiły), niż kiedy szłyśmy z Anią do przedszkola (zaledwie 3 godziny wcześniej, ponieważ moja Mała chadza do przedszkola tylko 3 razy w tygodniu, 2 razy po 3 godziny i raz po 6!), chociaż może sam fakt, że byliśmy wszyscy razem dodawał nam radości i ciepełka w sercach.

Po powrocie do domku, Mała A siedziała ze swoim Tatkiem grając na tablecie w przeróżne gry, podczas gdy ja miałam chwilkę dla siebie, kartkując angielską wersję Glamour. Potem zabrałam się za robienie obiadu, lecz nie da rady, żeby nasza kuchnia spełniła swoją rolę w pełni bez włączenia muzyki (grającej z głośników w suficie – zainstalowanych tamże przez Pana B i Teścia), tak więc włączyłam Radio Heart Suffolk (moje ulubione), aby mi towarzyszyło w przygotowaniach. Niestety, trochę się zacinało i ostatecznie skończyło się na którejś ze stworzonych przez nas playlist‚ście w programie Spotify, ale za to jak zawsze można było polegać na mojej Małej Tancerce na pojawienie się na niewielkiej kuchennej scenie, po usłyszeniu pierwszych dźwięków muzyki. I tak między krojeniem papryki i brokułów, gotowaniem makaronu, ścieraniem sera i podgrzewaniem klopsików, całą trójką tańczyliśmy po środku kuchni na całego do hitów zeszłego roku. Pan B padł pierwszy ze zmęczenia, ponieważ z samego rana przed 5 musiał wstawać i szykować się do pracy, ale Ania i tak zdążyła wypróbować na nim podchwycone z programu Let’s Play na CBeebies (oglądanego przed przedszkolem) ruchy balleriny. A jak wdzięcznie jej to wychodziło! Mnie też się nie upiekło, i zostałam wykorzystana do podnoszenia mojej niezbyt już lekkiej Balleriny, i tak razem sobie tańczyłyśmy (aż żal, że aparat nie był specjalnie po ręką). Dodatkowo trochę poszalałyśmy z twistowaniem i skakaniem do Dance with me tonight, które poleciało nam dwa razy – z pewnością poczułam, jak odzywają się moje mięśnie brzucha, chociaż nazwałabym to raczej odgłosem prawie przepełnionym bólem.

Po tańcach przyszedł czas na obiad, a po obiadku – kąpiel! Tym razem wypróbowałam z Małą A czytanie podczas kąpieli o zwięrzątkach wodnych lub takich, które urzędują przy jeziorach, rzekach itp. Wykorzystałam do tego „Moją pierwszą encyklopedię zwierząt” – książkę, którą Ania dostała pod choinkę i z której obydwie jesteśmy bardzo zadowolone. W wolnych chwilach, o różnych porach dnia, poczytujemy sobie o najróżniejszych zwierzątkach i staramy się z nimi zapoznać lepiej, nie tylko poprzez tekst i zdjęcia, ale również poprzez scenki np jak jeż zwija się w kulkę albo jak koniki morskie pływają w pozycji pionowej. Tym razem zainteresowanie też było duże i nawet pojawiły się próby skakania w wannie jak delfin!

IMG_5387 IMG_5397 IMG_5389 IMG_5390 IMG_5392 IMG_5394 IMG_5398 IMG_5399

A na koniec wspólnego rodzinnego popołudnia, jak to zwykle przed snem, nadszedł czas czytania bajek, a potem słodki błogi sen…