I’m taking my time

IMG_7313

Wiosna rozgościła się na drzewach i trawnikach, pozwalając słońcu opanować całkiem spory kawałek nieba. Usiadłam więc przy stole z otwartymi drzwiami na ogród – i chociaż nasz kawałek zieleni jest ledwo widoczny za stertami starych drzwi i mebli, i, nie oszukujmy się, przypomina bardziej puszczę póki co niż ogród – to  i tak wsłuchując się w dźwięki grających owadów i ptaków, co jakiś czas z akompaniamentem samochodów przejeżdżających z przodu naszego domu, czuję przenikający mnie spokój i nawet coś jest takiego w tym wszystkim, jakby wyjęte z jakiejś książki czy z filmu, że mogę się prawie poczuć jak pisarka (oczywiście, w rzeczywistości tak o sobie piszę, więc trudno to nazwać „pisarką”).

IMG_7298 IMG_7309

Chociaż, szczerze powiedziawszy, bycie pisarką nigdy jakoś nie stanowiło mojego największego marzenia, jeśli w ogóle można to sklasyfikować za marzenie z mojej strony. Pozostawię więc tą myśl doświadczonym.

IMG_7308

Tymczasem maj zza rogu wychyla się z całą garścią planów, chociaż kwiecień wcale nie było dużo gorszy. Poprzedni tydzień wydaje się jednym z najlepszych, które spędziłam do tej pory w tym roku, kto wie, może uda mi się niebawem napisać więcej na ten temat? Może jutro, ale dzisiaj będę się napawać tą chwilą, spędzoną w zaciszu naszego domu, po tym jak Pan B w biegu pojechał do pracy, a Mała A radośnie podskakując i trzymając w jednej ręce mleczyk, a w drugiej moją rękę, została odprowadzona do przedszkola. Już niewiele mi zostało z tych 3 godzin, które Ania tam spędzi.

Także zostawię Was z wczorajszym zdjęciem Ani zrobionym w parku w Needham Market, gdzie pojechałyśmy z odwiedzinami do rodzinki.

IMG_7244

Reklamy

Lazy days

Dzisiejszy dzień rozpoczęłam dość leniwie, pozwalając półroczniakowi z logo Sony zająć się Małą A., podczas gdy ja próbowałam się zacząć uczyć języka portugalskiego za pomocą aplikacji Babel na moim smartfonie, a dowiedziawszy się o Duolingo tutaj postanowiłam tenże portal również wypróbować – wszystko to w ramach przygotowań do lipcowych odwiedzin Mruffki w Portugalii. Póki co, przyjemniejsze do nauki było Duolingo i od razu jedno z nauczonych słów (menino) przydało się całkiem przypadkowo parę godzin później, kiedy na moim facebook‚owym news feed‚zie, ktoś podzielił się zdjęciem z fragmentem modlitwy w języku portugalskim. Może to jakiś znak. 😉

Resztę dnia spędziłam na wypluwaniu płuc poprzez robienie „wydmuszek” z jajek, żeby Ania mogła się pobawić w malowanie pisanek, czego nigdy wcześniej nie robiłyśmy. Pierwsze jajko zajęło mi bardzo dużo czasu (za dużo), bo zrobiłam za małe dziurki, ale człowiek w miarę możliwości uczy się na błędach, więc następne poszły mi nieco lżej, chociaż z drugiego ostatecznie podczas malowania jeszcze trochę ściekało żółtko… a trzecie trzymałam tak mocno, że praktycznie z ostatnim „wydmuchem” je zgniotłam. Na czwartym zaczęły mnie boleć plecy od godzinnego pochylania się nad zlewem, a przy piątym, które ostatecznie stało się czwartym z powodu braku trzeciego, stwierdziłam, że mamy wystarczająco dużo materiału do zabawy w pisanki wielkanocne aż do następnych świąt wielkanocnych.

IMG_6069 IMG_6072 IMG_6076 IMG_6068

I w sumie chyba wyszło nam całkiem fajnie. 🙂 [zdjęcia by Ciocia]

IMG_6094

A późnym wieczorem, kiedy Mała A. już była w łóżeczku, zasiadłam przed telewizorem (nic nie oglądałam od ponad tygodnia) i to nie tylko mając inny kanał niż Disney Junior albo MiniMini+ przed oczami, ale prawdziwy film (no dobrze, może oczami kobiety można to opisać jako „prawdziwy”) na HBO – „Crazy stupid love„, z Ryan’em Gosling‚iem! (Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś był tym nastolatkiem w „Szkole na fali”, zawsze z odzywką „Call me!„)

My little pony love

Dawno nie pisałam o Małej A., więc zamiast rozpoczynania wpisów po przerwie od tego co się całkiem niedawno działo i do czego opisania potrzebuję czasu i wyciszenia – możliwie z dużą ilością chusteczek w zasięgu ręki – postanowiłam wrócić nieco ponad tydzień wstecz, do postu, który miał wtedy powstać na temat tego jak Ania spędza czas, kiedy siedzimy w domu, głównie z powodu bardzo niezachęcającej pogody za oknem (deszczu lub zimna). Oczywiście oglądanie programów i bajek na CBeebies i komputerze, czytanie dziecięcych opowiastek i przeglądanie książek (jak np Children’s picture atlas of animals wydawnictwa Usborne), rysowanie lub malowanie, i porozrzucane wszędzie zabawki – to stały punkt programu praktycznie każdego dnia, ale ostatnio powróciłam do zabawy, którą zaprezentowałam Ani prawie rok temu, a której w naszym domu nie za bardzo można było praktykować z powodu wszechobecnego bałaganu, który zazwyczaj panuje w domu przez pewien okres po przeprowadzce.

Jakiś czas temu, podczas którejś z naszych wizyt w Polsce, namówiłam Babcię Małej A. na kupienie ukochanej wnuczce DVD z filmem „My little pony – Mój mały kucyk” z 1986 roku (oczywiście w polskiej wersji językowej), którego kucykowe urywki pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Ani szybko bajka przypadła do gustu (chociaż słowo daję, że nie pamiętam, żeby ten film był aż tak dziwaczny, kiedy byłam mała) i od tamtej pory obejrzała to DVD chyba już setki razy (i nie, doprawdy nie wyolbrzymiam!). Niedługo potem, kiedy Mała A. awansowała z oglądania Baby First do MiniMini+, okazało się, że w telewizji zawitała nowa generacja kucyków, w postaci 20-minutowych odcinków serialowych (serial ma obecnie 3 sezony, w tym 2 przetłumaczone na polski i obydwa po premierze na MiniMini+), czyli „Mój mały kucyk – Przyjaźń to magia” (My little pony – Friendship is Magic). Zarówno Ciocia (chyba właśnie ona odkryła te kucyki), ja i Mała A. zakochałyśmy się (z dopiskiem „od nowa” w odniesieniu do mnie i Cioci ;))! Bajki są całkiem przeurocze, a każda z nich ma jakiś morał o tym, czego można się uczyć o przyjaźni.

Szybko wróciły wspomnienia dawnych zabaw z moją siostrą z „niewielką” kolekcją kucyków, ale ponieważ te do tej pory pozostają w ukryciu, u Ani na półkach zaczęły się nagle pojawiać serialowe kucyki (na pewno nie zgadniecie za czyją sprawką!), jeden za drugim, aż wreszcie uzbierała praktycznie wszystkie główne i często przewijające się kucyki (z duplikatami niektóre), których imion nie wymienię, żeby nie przynudzać (ale tak, wszystkie znam na pamięć tak samo jak i Ania….).

IMG_6031 IMG_6030

W każdym razie oprócz zwykłego bawienia się kucykami – rozmawiania z nimi i między nimi, budowania im domków i zabierania na przygody – zabawa, która bardzo Małej A. przypadła do gustu, to wyproszenie Ani z pokoju, pochowanie kucyków, czy to na półce, czy to za nogą stołu (najlepiej w miarę widocznym miejscu i na pewno nie w szafkach, żeby nie uczyć grzebania po nich), i poproszenie jej z powrotem do pokoju, żeby znalazła wszystkie swoje kucyki! Możecie mi uwierzyć na słowo, że może się tak bawić godzinami. 🙂 A jak wszystkie znajdzie, to potem mnie wyprasza z pokoju i sama je chowa, żeby każda z nas miała swoją „kolejkę”, tylko jak wracam do pokoju to podekscytowana pokazuje mi jak to mądrze schowała kucyki tu, i tu, i tu i tu i tam! No nic, kiedyś się nauczy, że się nie podpowiada od razu z miejsca, ale póki co świetnie się tak bawimy. (Chociaż Ania pewnie też tak robi trochę, żeby szybciej mogła zacząć swoją następną „kolejkę” szukania. :))

A oto parę zdjęć naszych chowających się kucyków.

IMG_5944 IMG_5942 IMG_5952 IMG_5946 IMG_5949 IMG_5953 IMG_5930 IMG_5938

PS. W takie niezbyt ciekawe i pochmurne dni, oprócz zabaw kucykami, często też odwiedzamy zarówno angielską (Hasbro) jak i polską (MiniMini+) stronę z kucykowymi grami komputerowymi – też Małej A. się bardzo podobają. (A i ubrania z ulubionymi bohaterami też chętniej nakłada!)

IMG_6029 IMG_5712

PPS. Ktoś mi powiedział, że te nowe kucyki są obrzydliwe, bo nie wyglądają jak koniki, i o ile poniekąd się zgadzam, że faktycznie nie są aż tak „konio-podobne”, to i tak uważam, że są całkiem przesympatyczne i da się je lubić!