My little pony love

Dawno nie pisałam o Małej A., więc zamiast rozpoczynania wpisów po przerwie od tego co się całkiem niedawno działo i do czego opisania potrzebuję czasu i wyciszenia – możliwie z dużą ilością chusteczek w zasięgu ręki – postanowiłam wrócić nieco ponad tydzień wstecz, do postu, który miał wtedy powstać na temat tego jak Ania spędza czas, kiedy siedzimy w domu, głównie z powodu bardzo niezachęcającej pogody za oknem (deszczu lub zimna). Oczywiście oglądanie programów i bajek na CBeebies i komputerze, czytanie dziecięcych opowiastek i przeglądanie książek (jak np Children’s picture atlas of animals wydawnictwa Usborne), rysowanie lub malowanie, i porozrzucane wszędzie zabawki – to stały punkt programu praktycznie każdego dnia, ale ostatnio powróciłam do zabawy, którą zaprezentowałam Ani prawie rok temu, a której w naszym domu nie za bardzo można było praktykować z powodu wszechobecnego bałaganu, który zazwyczaj panuje w domu przez pewien okres po przeprowadzce.

Jakiś czas temu, podczas którejś z naszych wizyt w Polsce, namówiłam Babcię Małej A. na kupienie ukochanej wnuczce DVD z filmem „My little pony – Mój mały kucyk” z 1986 roku (oczywiście w polskiej wersji językowej), którego kucykowe urywki pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Ani szybko bajka przypadła do gustu (chociaż słowo daję, że nie pamiętam, żeby ten film był aż tak dziwaczny, kiedy byłam mała) i od tamtej pory obejrzała to DVD chyba już setki razy (i nie, doprawdy nie wyolbrzymiam!). Niedługo potem, kiedy Mała A. awansowała z oglądania Baby First do MiniMini+, okazało się, że w telewizji zawitała nowa generacja kucyków, w postaci 20-minutowych odcinków serialowych (serial ma obecnie 3 sezony, w tym 2 przetłumaczone na polski i obydwa po premierze na MiniMini+), czyli „Mój mały kucyk – Przyjaźń to magia” (My little pony – Friendship is Magic). Zarówno Ciocia (chyba właśnie ona odkryła te kucyki), ja i Mała A. zakochałyśmy się (z dopiskiem „od nowa” w odniesieniu do mnie i Cioci ;))! Bajki są całkiem przeurocze, a każda z nich ma jakiś morał o tym, czego można się uczyć o przyjaźni.

Szybko wróciły wspomnienia dawnych zabaw z moją siostrą z „niewielką” kolekcją kucyków, ale ponieważ te do tej pory pozostają w ukryciu, u Ani na półkach zaczęły się nagle pojawiać serialowe kucyki (na pewno nie zgadniecie za czyją sprawką!), jeden za drugim, aż wreszcie uzbierała praktycznie wszystkie główne i często przewijające się kucyki (z duplikatami niektóre), których imion nie wymienię, żeby nie przynudzać (ale tak, wszystkie znam na pamięć tak samo jak i Ania….).

IMG_6031 IMG_6030

W każdym razie oprócz zwykłego bawienia się kucykami – rozmawiania z nimi i między nimi, budowania im domków i zabierania na przygody – zabawa, która bardzo Małej A. przypadła do gustu, to wyproszenie Ani z pokoju, pochowanie kucyków, czy to na półce, czy to za nogą stołu (najlepiej w miarę widocznym miejscu i na pewno nie w szafkach, żeby nie uczyć grzebania po nich), i poproszenie jej z powrotem do pokoju, żeby znalazła wszystkie swoje kucyki! Możecie mi uwierzyć na słowo, że może się tak bawić godzinami. 🙂 A jak wszystkie znajdzie, to potem mnie wyprasza z pokoju i sama je chowa, żeby każda z nas miała swoją „kolejkę”, tylko jak wracam do pokoju to podekscytowana pokazuje mi jak to mądrze schowała kucyki tu, i tu, i tu i tu i tam! No nic, kiedyś się nauczy, że się nie podpowiada od razu z miejsca, ale póki co świetnie się tak bawimy. (Chociaż Ania pewnie też tak robi trochę, żeby szybciej mogła zacząć swoją następną „kolejkę” szukania. :))

A oto parę zdjęć naszych chowających się kucyków.

IMG_5944 IMG_5942 IMG_5952 IMG_5946 IMG_5949 IMG_5953 IMG_5930 IMG_5938

PS. W takie niezbyt ciekawe i pochmurne dni, oprócz zabaw kucykami, często też odwiedzamy zarówno angielską (Hasbro) jak i polską (MiniMini+) stronę z kucykowymi grami komputerowymi – też Małej A. się bardzo podobają. (A i ubrania z ulubionymi bohaterami też chętniej nakłada!)

IMG_6029 IMG_5712

PPS. Ktoś mi powiedział, że te nowe kucyki są obrzydliwe, bo nie wyglądają jak koniki, i o ile poniekąd się zgadzam, że faktycznie nie są aż tak „konio-podobne”, to i tak uważam, że są całkiem przesympatyczne i da się je lubić!

Reklamy

Rebellious

Koniec zeszłego tygodnia przeszedł nam koło nosa, i to całkiem przez nas niezauważony; towarzyszył mu także oczywisty brak jakichkolwiek wpisów. Niestety, zmęczenie wzięło górę i zamiast wieczorów przed laptopem, nadeszły wieczory spędzone w łóżku.

W sobotę po raz trzeci w jednym tygodniu odwiedziłyśmy Obuza, a wizyta ta przyniosła Wielką Radość Małej A, szczególnie, że gdy przyszłyśmy Mały jeszcze spał, co oznaczało, że Ania mogła się spokojnie pobawić jego klockami Duplo (pięknym zestawem Zoo), które przypadły jej do gustu od pierwszej wizyty. Przez jakiś czas Mała A zajmowała się sobą, budując wedle swojej wyobraźni bramę do zoo i zagrody dla zwierząt, i bawiąc się przy tym mieszkańcami zoo, z których najbardziej upodobała sobie małpkę, żyrafę i słonia, podczas gdy ja poświęciłam chwilę na rozmowę z wujkiem. Nie chciałam jednak zostawić Ani całkowicie samej sobie – co to za frajda bawić się takimi fajnymi klockami all on your own? Nie zawsze mam czas przyłączyć się do jej wszystkich zabaw, więc kiedy mogę, staram się z nią posiedzieć trochę i pomóc jej tchnąć jej zabawkowy świat w życie. Nie ociągając się więc zbytnio usiadłam obok Ani na dywanie, pozmieniałam nieco niektóre konstrukcje, dorzuciłam parę zagród dla zwierząt, podzieliłam te zwierzątka w zagrody, i ostatecznie wspólnymi siłami osiągnęłyśmy z Małą A taki oto końcowy efekt:

DSC01902

Nie trzeba mówić, że była z niego zadowolona i dumna. 😉

Nasza zabawa nie trwała jednak specjalnie długo – ledwo zdążyłyśmy nakarmić lwa, lwicę i małe lwiątko, i zachęcić ciocię, która dopiero co wróciła z pracy, do wspólnej zabawy – a tu już Obuz obudziwszy się, jakby podświadomie wiedząc, że Mała A bawi się jego klockami, przywędrował do swojego pokoju z sypialni swoich rodziców, i złapawszy za najbliższą konstrukcję, klocek po klocku zaczął rozbrajać caluteńkie zoo, przemieniając Wielką Radość w Smutki i Smuteczki.

Nie będę ukrywać, że zrobiło mi się wtedy trochę żal Małej A, lecz z drugiej strony jak się idzie w odwiedziny do półtorarocznego dziecka, nie powinno się mieć wygórowanych oczekiwań co do poziomu zabaw (aczkolwiek trudno to wytłumaczyć czterolatce). Różnica wieku, choć niby tak niewielka dla nas, bo troszkę ponad 2 lata, dla tak małych dzieci często oznacza przepaść i kompletnie inne zainteresowania i intencje co do zabawy. Kiedy Ania zabierała się za jakiekolwiek klocki (drewniane, „piankowe” czy Duplo) próbując z nich coś zbudować z przeznaczeniem wykorzystania tego do dalszej zabawy, mały Obuz uwielbiał robić z nimi „łubudu” i „bum”, a gdy takiej możliwości nie było, zwyczajnie – można by powiedzieć – podwijał rękawy i z wyjątkową cierpliwością jak na swój wiek, rozkładał budowle na części pierwsze.  Kiedy Obuz brał książkę, jego zainteresowanie nie trwało na tyle długo, by usłyszeć całą opowieść, właściwie to chodziło mu o to, żeby obejrzeć ilustracje i nazwać rzeczy i postacie na rysunkach i to nie na wszystkich stronach, podczas gdy Mała A z chęcią by posłuchała nowej bajki i dokładnie analizowała w jaki sposób barwne kartki odnoszą się do tekstu. Z kolei, kiedy próbowałam pobawić się z Anią maskotką, ożywiając ją swoim głosem, Mała A była w siódmym niebie, a Obuz patrzył na nas trochę jak na wariatki. 😉 Cóż, każdy wiek ma swoje prawa; chociaż cieszy mnie fakt, że co się nie zmienia z biegiem wieku, przynajmniej u dzieci, to to, że ganianie się nigdy nie jest nudne i zawsze można to robić razem – czy to bariera językowa, czy wiekowa. U Obuza i Małej A w kategorii wspólnej zabawy (przy okazji nie tylko sobotniej wizyty) znalazły się także tańce i rozkoszne rzucanie się na pozrzucane z półek pluszaki!

DSC01958 DSC01956DSC01957

A wracając do tematu klocków – po sobotniej wizycie u Obuza, postanowiłam kupić Ani klocki Duplo, ponieważ w Polsce klocków ma bardzo mało (z tego co słyszałam to jest ogrom klocków Lego jeszcze z mojego dzieciństwa, ale jakoś nikt mi za bardzo nie może sprecyzować w którym miejscu). Po odwiedzinach u Obuza zostawiłam więc Małą A z Dziadziem i wybrałam się na Plazowy shopping. Weszłam do Smyka z zamiarem kupienia Duplo, a wyszłam z siatką zawierającą zestaw Lego Friends… Kto widział przestrogę wiekową na pudełkach Lego Friends wie, że pozwoliłam sobie na zachowanie godne buntownika! Dla tych, którzy jeszcze nie są na etapie starszego Lego niż Duplo (do 5 lat) lub nie mają styczności z wydaniami Lego dla młodszych, jest to przedział od 6 do 12 lat. Wiedziałam, że trochę ryzykuję, głównie z trudnością klocków (etap wkładania rzeczy do buzi pozostawiłyśmy dawno w tyle). Pozostaję jednak w przekonaniu, że większość rodziców popełniła taką „zbrodnię” kupowania produktów dla dzieci nie do końca zgodnym z ich przedziałem wiekowym przedstawionym na pudełku, ale zgodnym – według ich własnej opinii – z postępem rozwojowym dziecka. I w sumie czego nie!

Mała A bardzo się ucieszyła ze swojego zestawu, wobec czego sobotni wieczór upłynął nam na dwugodzinnym składaniu klocków i dwójki ludzików – Emmy i Joanny – według załączonej instrukcji. Momentami bałam się, że źle postąpiłam, bo były chwile, w których Ania się poddawała ze składaniem klocków (z mniejszymi częściami nawet ja miałam problemy), ale jakoś udało nam się obrócić to w żart i nazwać klocki niesfornymi, kiedy wyskakiwały nam z rąk. Tak więc sądzę, że jej pewność siebie nie ucierpiała, a i uśmiech był ogromny jak wreszcie skończyłyśmy i mogłyśmy się pobawić z Babcią! 😉

DSC01976 DSC01977 DSC01994 DSC01995 DSC01999 DSC02009 DSC02005 DSC02004 DSC02003 DSC02012 DSC02013 DSC02014

Dla zainteresowanych zakupiłam zestaw Lego Friends Salon dla zwierząt w Heartlake oraz mini-zestawy Lego Friends Plac zabaw dla kota, Lego Friends Domek wiewiórki, Lego Friends Oaza żółwia (te dwa ostatnie nie zostały jeszcze otworzone).

You’ve got a friend in me

Wieczorem gdy wsiadałam z Małą A do trolejbusu numer 151, aby wrócić do mieszkania Babci i Dziadzia (gdzie zawsze rezydujemy podczas naszych wizyt rodzinnych) po kolejnym dniu spędzonym poza domem, moje dziecko zalało się łzami. Dopiero się rozstałyśmy z Obuzem i jego tatem i zastanawiałam się co było prawdopodobnym powodem jej płaczu: czy to, że naburmuszona (bardziej ze zmęczenia niż czegokolwiek innego) nie za bardzo wyraziła chęć pożegnania się z małym Obuzem i wujkiem, czy to, że tuż przed opuszczeniem tejże dwójki powiedziałam Ani, że się jutro znowu z nimi spotkamy, a ona odrzekła, że nie chce, a teraz tego żałuje. Okazało się, że to ta druga opcja męczyła Małą A, ale samo przytulenie nie starczało (jak zwykle w takich sytuacjach) i trzeba było się odwoływać do nierozłącznego przyjaciela od urodzenia – misia Teddy, oraz jednego z trzech (białego, różowego i czerwonego; w tym wypadku akurat białego) pokochanych paszminowych szalów mamy, które w cieplejsze dni, z powodu ich rozmiaru i grubości, stały się Ani letnim okryciem zamiast kocyka – gdy miała zaledwie 6 miesięcy. Czy to znany zapach na nich, kolory czy materiał tak przypadły Małej A do gustu, nie wiem, ale niedługo po ich pierwszym użyciu, zostały przez nią przywłaszczone, a trochę później jak zaczęła mówić otrzymały pieszczotliwą nazwę „klakli” (a ja już nigdy nie odzyskałam ich jako dodatek ocieplająco-dekoracyjny na szyję oczywiście). I tak klakli, jak wiele razy przedtem, wchłonął Aniowe łzy, a misio ożył w czarodziejskim świecie Mamy i Ani, i rozmawiał z Małą A przez całą podróż, delikatnie tłumacząc jej, że nie warto płakać, że wszystko jest w porządku, ale że jeśli jeszcze chce trochę popłakać, to żeby to robiła cichutko, wtulona w ramiona mamy. Muszę przyznać, że misio jak zawsze okazał się być niezastąpionym and talked some sense into Ania. 😉

Nie wiem, czy każde dziecko ma swoją ukochaną zabawkę albo przedmiot, z którym nie może się rozstać. Wiem za to, że jak ja byłam mała to uczepiłam się pewnej kolorowej szmatki i ją ciągałam zawsze i wszędzie ze sobą, a rodzice mieli problem, żeby znaleźć moment, w którym bym nie była na tyle uważna, żeby podkraść tą szmatkę i wrzucić do prania. Chciałam, aby Mała A miała takie coś, takie jej coś, co dawałoby jej poczucie komfortu i bezpieczeństwa, i muszę przyznać, że nie obeszło się bez sporządzenia planu, a był on prosty i wyglądał tak:

My First Bunny Grabber Rattler

Skąd taki pomysł? Na ciut ponad rok przed narodzinami Ani poznałam Czerwonego Skrzacika, który posiadał bardzo podobny do mojego planu „królikowy pierścień”; a jak na pierścień przystało, był on potęgą; ten szczególny o magicznej mocy „uspokajanie”. Zaintrygowana takim nieznanym mi wcześniej zjawiskiem, pomyślałam, że jak (i jeśli) przyjdzie czas, obdaruję swoje własne dziecko przedmiotem o podobnych właściwościach.

Możecie się domyślić miary mojego zaskoczenia, gdy plan całkowicie legł w gruzach i skończyło się na moich łzach i złości, kiedy wesoło grzechoczący pierścień pod postacią miękkiego różowego królika zaginął w akcji, a mojego dziecka jego nieobecność nawet nie ruszyła. Okazało się za to, że Mała A miała dużo lepszy plan niż ten przeze mnie uknuty, a mianowicie ukochać misia podarowanego przez jej Babcię. I to niebyle jakiego misia, tylko rodowo polskiego, bo z Galerii Bukowski (firma może i założona w Sztokholmie, ale przez polskie małżeństwo) – miś pluszowy Baby Ivo (dostępny jeszcze tu i tu; na oficjalnej stronie Galerii podobne misie pod względem wyglądu i rozmiaru to Misie Viggo & Maria Bean Bag).

I pomimo tego, że Teddy dawno już stracił swój kremowo-beżowy blask nowości na codzienną szarość, krągłości i „pluszowatość” na rzecz wielu kąpieli w pralce i niekończących się przytulanek (a także początkowo przeżuwanych łapek i czapki), i jestem pewna, że parę razy sam samoistnie wyskoczył z wózka pod koła bez pomocy Ani (bo każdy ma dni słabości w największej miłości, nawet pluszak!), to jednak z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to najbardziej kochany miś na świecie.

Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Kiedy szukasz, gdzie twój kąt
A przytulny dom jest wiele mil stąd
Nie zapomnij, bo popełnisz błąd, że
Ty druha we mnie masz
Tak, ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Kiedy masz kłopot – diabeł z nim
Pomocy trzeba Ci – wal jak w dym
Razem trzymajmy się – przekonasz się, że
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Niektórym wydaje się, że są dużo lepsi, silniejsi itede (może)
Lecz żaden z nich na pewno nie ma pojęcia, że ja kocham cię, wiesz
Z biegiem zim i lat ta przyjaźń bez przerwy trwa
Gdzie Ja tam Ty, w złe i dobre dni
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz…