Siadaj (Pra)Babciu, siadaj blisko – cz. 1

I tak oto nadszedł wieczór. Pan B jeszcze nie wrócił z pracy, a Mała A smacznie śpi w swojej typowo dziewczęcej dziecinnej sypialni, w której zdecydowanie górują odcienie różu (aczkolwiek uważam, że w dość dobrym guście). Znowu w domu panuje cisza, ale inny rodzaj niż w ciągu dnia, nieco bardziej dostojna i wygląda na to, że przyszedł wreszcie czas na dokończenie przynajmniej jednego z odłożonych na później wpisów… Początek poniższego wpisu zrodził się 8 marca, 5 dni przed śmiercią Pradziadzia Misia.

____________

Zawsze uważałam, że możliwość poznania swoich dziadków, a szczególnie pradziadków to niemały zaszczyt. Nie wszyscy mają taką wspaniałą szansę i muszę przyznać, że zdecydowaną zaletą bycia młodą mamą jest to, że dziecko czy dzieci mogą poobcować trochę ze swoim dużo starszym pokoleniem i – jeśli pozwoli na to zdrowie tych babć i dziadziów – być w pobliżu swoich wnucząt na tyle długo, żeby miały okazję zbudowania własnych wspomnień, żeby same pamiętały, a nie tylko miały te momenty utrwalone na zdjęciach.

Moja Prababcia (jedyna z obydwu rodzin – reszta pradziadków nie zdołała dotrwać do pierwszej ciąży mojej mamy) dożyła dość sędziwego wieku i to w całkiem dobrej formie fizycznej, ale jak już ją choroba zmogła, to jej cierpienia nie trwały długo. Mimo że kiedy od nas odeszła miałam przeszło 13 lat, a moje wspomnienia są nieco przyćmione przez mijające lata, to przynajmniej nadal je mam dla siebie. Pamiętam, że moja prababcia była ulubioną babcią mojej siostry, że była cierpliwa, ale i do rzeczy – i z humorem też – że potrafiła opowiadać długo i takim uspokajającym głosem. Jak byłyśmy małe to się z nami bawiła, jak podrosłyśmy to nas z uwagą słuchała.  Kiedy czasami naszło nas na drzemkę na kanapie po szkole, delikatnie przykrywała kocem. Dużo się modliła w ciszy swojego pokoju i nieostentacyjnie, i sama zawsze zaczesywała swoje długie niezbyt gęste siwe włosy w warkocz, który potem upinała wsuwkami w kok. Pamiętam pudełko z kilkoma starymi zabawkami z naszego dzieciństwa schowane w kącie pokoju za regałem i przy zasłonie, przede wszystkim te kręgle-zabawki, te piłki do nich… Pamiętam zabawy w prababcinym pokoju w pchełki (Kto jeszcze w XXI wieku grywa lub przynajmniej pamięta pchełki czy bierki?). Tyle rzeczy do wspominania, a nawet nie wiem, czy mamy aż tyle zdjęć razem; przynajmniej ja nie mam ich zbyt wiele tutaj (właściwie to tylko dwa), są pewnie gdzieś schowane w szafce za kanapą w mieszkaniu moich rodziców.

scan0005 scan0004

Natomiast Ania – Ania miała szczęście się urodzić jako pierwsza prawnuczka dla czterech żyjących Prababci (i dwóch Pradziadków: jednego polskiego i jednego angielskiego, ale o nich będzie oddzielny wpis).

Moja Perełka

Niestety jak Mała A przyszła na świat z jedną z nich – Prababcią Jadzią – nie było już wtedy najlepiej, i następne miesiące i lata tylko pogarszały jej stan zdrowia, i ostatecznie odeszła od nas w zeszłym roku przed trzecimi urodzinami Ani, zanim Ania zdążyła ją zapamiętać. Niby taka jest kolej rzeczy i nic się nie da z tym zrobić…  Na szczęście pozostają nagrane filmiki i zrobione zdjęcia, niezbyt pokaźna dokumentacja tych niewielu wizyt, które zawsze miały miejsce jak tylko byłyśmy w Polsce. Z czasem coraz rzadziej się nagrywało filmy, ponieważ widać było mieszane uczucia, jakie te wizyty wywoływały u Prababci Jadzi, która z jednej strony cieszyła się bardzo z każdych odwiedzin, a z drugiej nie mogła się pogodzić z myślą, że jej kondycja fizyczna nie pozwalała już nawet na samodzielne przytrzymanie Ani w rękach. Przykro mi było patrzeć na to wszystko – biorąc pod uwagę to, że to była moja ukochana Babcia (oczywiście drugą też kochałam, ale zawsze dzieci mają swoich faworytów, prawda?) – i tak jak Babci stan się pogarszał i z czasem nie mogła już wstawać z łóżka, tym bardziej Mała A, coraz to starsza, stawała się coraz bardziej niechętna do podejścia do niej. Wyczuwała instynktownie, że coś jest nie tak, i bała się tego, że jej Prababcia nie mogła się ruszyć.

DSCF0658 DSC08630 DSCF0348

DSCF0513

Ale Prababcia zawsze pamiętała o swojej małej, ukochanej i jedynej prawnuczce, zawsze pytała o to co u niej słychać i jak rośnie, i podsyłała pieniądze na prezenty, chociaż sama tak wiele nie miała. Wszystko dla jej Ani, którą nazywała Perełką. I tak myślę, że może i Ania nie miała sposobności tak naprawdę poznać tej wspaniałej Kobiety, którą ja miałam zaszczyt znać i której wnuczką byłam, ale mam nadzieję, że będę dla Małej A taką inspiracją, jak Babcia Jadzia dla mnie jest teraz (wydaje mi się, że doceniłam to co robiła dla nas dopiero gdy sama zostałam matką) – potrafiącą ugotować coś z praktycznie niczego w lodówce, potrafiącą szyć piękne spódniczki, szydełkować zabawki, trzymać rodzinę razem, i w ogóle dawać z siebie wszystko wszystkim samej nie mając tak dużo.

„Bacia” Kika

O ile śmierci Prababci Jadzi się spodziewano ze względu na jej stan zdrowia (co nie oznacza, że było się na to przygotowanym), o tyle śmierć Babci Kiki nadeszła dość niespodziewanie, i była kolejnym ciosem dla rodziny, w niecały rok po śmierci Babci Jadzi. Okazuje się co prawda, że ten rok różnicy był ważny dla pamięci Ani (przynajmniej na dzień dzisiejszy), ponieważ w zeszłym roku spędziłam bardzo dużo czasu z Małą A w Polsce ze względu na organizację ślubu mojego i Pana B, który miał miejsce w moim rodzinnym mieście, w związku z czym wizyt u Prababci Kiki i Pradziadzia Misia było zdecydowanie więcej. Ania bardzo lubiła odwiedzać swoich pradziadków, czasem pojechałyśmy z Dziadziem Jurkiem, czasem zwyczajnie wsiadłyśmy w autobus na Czubach, a czasem przeszłyśmy się na piechotę z centrum. Zarówno Prababcia jak i Pradziadzio mieli jeszcze energię i siłę i byli skorzy do zabawy z – również i z tej strony rodziny – ich jedyną prawnuczką. Mała A miała u nich swoje puzzle, stacjonarny nie-bezprzewodowy telefon, który uwielbiała, i kącik w małym pokoju, w którym mogła sobie usiąść przy biurku i malować flamastrami w czystych zeszytach, ten sam kącik zresztą gdzie Pradziadzio Misio zawsze trzymał swoje foldery z rachunkami, i gdzie ja kiedyś w pierwszych tygodniach pierwszej klasy liceum odrabiałam prace domowe i gdzie się uczyłam. Prababcia i Pradziadzio zawsze też trzymali czekoladę i ciasteczka specjalnie na te Guests – slash – Ania – emergencies, i Mała A dobrze o tym pamiętała. Czasami też zostawałyśmy dużo dłużej niż planowałyśmy, namówione na obiad. Wizyty nadzwyczaj przyjemne i radosne, te do zapamiętania na całe życie.

Ale oczywiście wszystko ma swój koniec, i kiedy dowiedziałam się 2 stycznia o śmierci Babci Kiki, zalałam się łzami, a Ania, siedząca obok mnie powiedziała typowo jak swój tata: What’s wrong mummy? Talk to me! Odpowiedziałam jej wtedy przez łzy, próbując dobierać proste słowa, że Prababcia Kika odeszła, i Mała A zrozumiała to w ten swój dziecięcy sposób i ze smutkiem w głosie, niecały miesiąc po naszej przeprowadzce do własnego domu, pół-szeptem rzekła: She’s never gonna see our house! 😦

A potem przyszedł dzień odwiedzin u Pradziadzia Misia pod koniec stycznia tego roku, i pewnie przez długi czas nie zapomnę tej malutkiej twarzy, na której malował się wyraz zbitego z tropu dziecka, czekającego na to, żeby jej kochana Prababcia Kika wyszła zaraz z któregoś z pokojów nas przywitać, ale oprócz Pradziadzia Misia była tylko pustka.

DSC08835 DSCF0538 DSCF0450

DSC08840 DSC08617

____________

Pomimo tego, że Mała A ze strony polskiej rodziny nie ma już pradziadków (z angielskiej na szczęście wszyscy się całkiem dobrze trzymają, o angielskich prababciach napiszę niebawem w części drugiej tego postu), to i tak się cieszę, że miała możliwość ich poznać chociaż trochę. Swoją obecnością podarowała im szczęście i radość, która – jestem pewna – towarzyszyła im przez te ostatnie lata ich życia aż do samego końca.

IMG_4690

And I will cherish all those precious memories, for both of us – myself and Ania.

Siadaj Babciu, siadaj blisko.
Zaraz Ci opowiem wszystko.
Prawie całą noc nie spałam,
bo prezenty wymyślałam.
Na kanapie się kręciłam,
aż dla Ciebie wymyśliłam:
z lodu broszkę i korale
i śniegowe cztery szale.
Dziesięć czapek w śnieżną kratkę
i lodową czekoladkę.
Jak nie będzie Ci smakować,
to mnie możesz poczęstować!

The power of imagination

Korzystając z tego, że jesteśmy w Polsce, postanowiłyśmy razem z Anią znowu odwiedzić Żółwika, który – chciałoby się powiedzieć, że niespodziewanie – bardzo urósł przez ostatnie półtora miesiąca i trudno uwierzyć, że ma niecałe 3 miesiące. Zdecydowanie lepiej teraz widzi, co można zauważyć z tego jak go przyciągają wszelkie kolory i twarze, a do tych znajomych osób – przede wszystkim oczywiście mamy – się przepięknie uśmiecha. Na buzię Małej A też radośnie reagował, chociaż nie jestem pewna (a właściwie można by to nazwać wątpliwym) czy ją zapamiętał z jej poprzedniej wizyty prawie tydzień temu, kiedy spędziła razem z nim i jego mamą trochę czasu (jak ja i reszta rodziny byliśmy na pogrzebie), czy to po prostu fakt, że to buzia dziecięca, więc bardziej intrygująca, nieznana, interesująca. Poza tym coraz lepiej utrzymuje swoją główkę, a smoczek, który jeszcze na początku lutego był prawie-że nierozłącznym towarzyszem w ciągu dnia, częściowo poszedł w niepamięć i ponoć przypomina o swojej obecności tylko pod wieczór, przy zasypianiu.

IMG_6128IMG_6135IMG_6167IMG_6140

Ciągle i niezmiennie jestem pod wrażeniem jak bardzo i jak szybko dzieci się zmieniają i rosną przez pierwsze 12 miesięcy swojego życia. Wyczekiwania na te mniejsze i większe rzeczy, te milestones jak przekręcenie się na brzuszek, raczkowanie, pierwsze kroki, pierwsze ząbki, (nie-zawsze)smakowite papki do jedzenia jako dodatek do mlecznych posiłków… Uśmiechy, dźwięki, przespane noce! Potem natłok podobnych w skali rozwoju zdarzeń się zmniejsza z wiekiem. Pierwsze słowa, ostatnie pieluszki, samodzielne jedzenie… Są większe odstępy w wydarzeniach „do odhaczenia”, ale to wcale nie oznacza, że nasze dzieci przestają nas zaskakiwać.

IMG_6162 IMG_6158

Do dzisiaj pamiętam moment, kiedy Ania po raz pierwszy powiedziała mi, że mnie kocha. Trzymałam ją na rękach, gotową do położenia spać do drzemki w domu rodziców Pana B, a ona objęła moją szyję, zrobiła dramatyczną minkę, taką poważną ze zmarszczonymi brewkami – i widać było, że te zaraz wypowiedziane słowa są dla niej ważne – i wydobyła z siebie „I love you, Mummy”. To może trochę śmieszne, ale nie pamiętam ile miała wtedy lat, wydaje mi się, że 2, ale najbardziej zapamiętałam sam moment i gdzie on miał miejsce. Możliwe, że gdzieś mam to zapisane, ale za dużo by było wiadomości, e-maili i sms-ów do przeszukania.

IMG_0393

(Moja prawie 8-mio miesięczna Mała A. Wieki temu.)

Ale tak się rozpisałam trochę nie na temat, ponieważ miałam zamiar pisać o pewnej przygodzie z Czarnoksiężnikiem. 😉

Kiedy Dziadzio nas odbierał z naszej wizyty u Żółwika, powiedział nam, że samochód (nazywany przez Anię „Anika”) stoi daleko, ponieważ w pobliżu bloku nie było miejsca. Więc wpadłam na pomysł (za dużo czytam chyba bajek dla dzieci, jak zaraz stwierdzicie) – bo zauważyłam, że Ania jakoś niezbyt ochoczo myślała o perspektywie dłuższego spaceru – który szczerze mówiąc nie sądziłam, że aż tak bardzo Małą A zajmie!

„Aniu” – powiedziałam – „Dziadzio mówi, że Anika stoi hen daleko… Widzisz?….”

Mała A i jej mama były właśnie u progu Wielkiej Przygody; Anika, ich wierny samochód, czekała na nie za wielkimi górami [niewielkie poboczne górki śniegu – rezultat odśnieżenia chodników], głębokimi i szerokimi rzekami [oczywiście kałuże z topniejącego miejscami śniegu] i lasami [gałęzie krzaków], a tuż przed nimi roztaczał się ogromny zamek [gimnazjum, do którego chodziłam] Czarnoksiężnika. Musiały się pospieszyć, każda chwila spędzona na granicach królestwa tego czarodzieja narażała je na niebezpieczeństwo.

– Szybko Aniu! Musimy uciekać! – zarządziła mama, zauważywszy zbliżającego się Czarnoksiężnika. – Do Aniki!!

Mała A i mama rzuciły się naprzód i w trudach pokonując ruchome piaski [zapadająca się pod każdym krokiem warstwa śniegu sięgająca mi do kostek, a Ani po łydki], dotarły szczęśliwie i doprawdy w ostatniej chwili do Aniki. Dziadzio uruchomił Anikę i oto cała trójka była w drodze, aczkolwiek zły Czarnoksiężnik deptał im po piętach. Zjeżdżając w dół ze szczytu góry [ulica była pod dość dużym kątem], Czarnoksiężnik pozostał w tyle, ale nie na długo – jego magiczna moc bowiem zawładnęła śniegiem z gór i białe puszyste chmury zmrożonego śniegu zaczęły atakować Anikę [kompletna improwizacja opowieści ze strony Ani], już cała trójka popadała w rozpacz, kiedy oto nadciągnęły z pomocą malutkie leśne wróżki [z przydrożnego lasku] i osłoniły Anikę swoimi czarami – Abrakadabra! Hokus pokus! Czary mary! [krzyczała Mała A ze swojego fotelika z tyłu samochodu] – pozostawiając ją pod ochronną bańką. Toczyła się wielka bitwa między wróżkami a Czarnoksiężnikiem [Ania mówiła w tym momencie już coraz szybciej i wykrzykiwała rzeczy typu „Fire!!!„], ale ostatecznie wróżki musiały ustąpić potędze Czarnoksiężnika, który z każdą chwilą stawał się coraz to groźniejszy i bardziej zły [„He’s going to smash Anika to pieces!!” coraz bardziej podekcytowanym głosem mówiła Ania]. Zyskawszy nieco na czasie, chowając się za Olbrzymem [ciężarówką], cichaczem [musiałam Anię trochę przystopować z tym jej natłokiem słów 😉] cała trójka zbliżała się do celu, tak niewiele zostało! Czarnoksiężnik jednak się nie poddawał.

– Ania! Musimy poszukać Kota w Butach, tak jak w tej bajce, którą Ci czytałam wczoraj przed snem! Pamiętasz? On przechytrzył Czarnoksiężnika, żeby się zamienił w mysz!

– BUT I CAN’T SEE ANY CATS MUMMY!! [zauważyło bystrze dziecko rozglądając się dookoła po przemierzanych ulicach]

Mama z Małą A gorączkowo szukały Kota w Butach, już praktycznie czuły oddech Czarnoksiężnika na ich plecach, aż nagle…

– Uma-uma-jej-uma-uma-uma-jej – zabrzmiało Anikowe radio.

– To zaczarowana piosenka Ania! – zawołała radośnie mama. – Ona nam pomoże! [w sumie czego nie, do tej pory nie wiem o czym jest piosenka „Dragostea din tei”]

I mama zaczęła podśpiewywać do piosenki, a Mała A wtórowała, tworząc kompletnie nowe słowa potężnej magicznej pieśni… [Ania nuciła sobie w różnych melodiach coś typu „Magic song, singing magic, I love fairies…„]

I uwierzcie mi lub nie, ale śpiew pokonał Czarnoksiężnika, a my bezpiecznie z Anikowego garażu (ale na wszelki wypadek biegiem) dotarłyśmy do naszej wieży – bloku mieszkalnego, a tam cały magiczny świat został kompletnie zapomniany na widok ukochanej Cioci.

Oczywiście do czasu!

The sound of silence

Na blogu cisza, w głowie sformułowane już parę postów, aczkolwiek myśli nie zostały sfinalizowane z powodu braku dostępu do internetu. Brak czasu również odgrywał znaczną rolę, ale mam nadzieję, że począwszy od jutra przestanę topić się w blogowych zaległościach.

Od razu ostrzegam co prawda, że mogą się pojawić dość smętne wpisy i głównie o charakterze wspomnieniowym, z „okazji” niezbyt odległego pogrzebu Pradziadzia Małej A. – Dziadzia Misia, momentu w moim życiu, w którym przestałam być „wnuczką”, ale o tym będzie później…

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

You raise me up

Są ludzie, o których można opowiadać i pisać bez końca, nasi Bohaterowie Dziecięcy, którzy zawsze ratowali nas przed kolejnym starciem z rodzicami, brali pod skrzydła i kochali inną miłością, prawie że wolną od ciężkiej wagi wychowania, bo my sami chcieliśmy się od Nich uczyć i wchłaniać opowieści Ich pokolenia nawet jeszcze wtedy nie do końca o tym wiedząc. Spędzać z Nimi czas, Ich obserwować i cieszyć się niezmiernie Ich obecnością to była nagroda, którą czasami zbyt rzadko się docenia, dopiero z perspektywy czasu.
Od dzisiaj Ich wszystkich, całą Czwórkę – Prababcię, dwie Babcie i Dziadzia – będę mogła nosić tylko w sercu i w pamięci, mając nadzieję, że chociaż namiastka mglistych wspomnień pozostanie Ani z obecności w jej życiu jej polskich Pradziadków, którzy tak bardzo ją kochali. Choć przez tak krótką chwilę, wprowadziła do Ich życia taką nieopisaną radość i nową energię, chociaż sama nie będzie mogła sobie z tego zdawać sprawy.
Ku Waszej pamięci, z ogromnym bólem w sercu i łzami w oczach, ale z ogromnym uśmiechem na wspomnienia naszych wspólnych chwil, tych z mojego dzieciństwa i z dorosłości, chciałam Wam podziękować za Wasz niesamowity wkład w moje, nasze, życie.
Kocham Was,
D.
Xxxxx

On loan

Do biblioteki po raz pierwszy zabrała Anię jej Grandma dobrych parę miesięcy temu, może już i nawet w okolicach roku.

Piszę Grandma, bo dla uproszczenia i rozróżnienia babć w rodzinie do babci angielskiej zawsze postanowiliśmy się odnosić jako Grandma, a do babci polskiej po prostu Babcia. Tak się okazało, że obydwie babcie mają niesamowite zamiłowanie do czytania książek, tylko że jedna babcia – Babcia – przy tym lubi je sobie kupować i, przeczytwaszy, gromadzić, a druga – Grandma – nie ma nic przeciwko kupowaniu książek co jakiś czas i jej zbiór książek jest równie pokaźny co i Babci, ale skupia się głównie na wypożyczaniu książek z biblioteki z powodu kosztów (ceny książek są jednak drogie, a dołączenie do biblioteki publicznej nie kosztuje nic) i malejącego z czasem miejsca na książki. 😉

I tak oto Mała A, która uwielbia nowe historie i opowieści, trafiła z Grandmą pewnego słonecznego dnia do wielkiego budynku z ogromnymi regałami przepełnionymi książkami i zaczęła swoją, mam nadzieję długą i szczęśliwą, przygodę z biblioteką. Przy pomocy Grandmy, która zaprowadziła Anię na dziecięcy dział z przeróżnymi kolorowymi książkami i pomogła w wyborze nowej lektury, Mała A wróciła z niewielką siatką opowiadań na następne parę tygodni, między innymi z We’re going on a bear hunt Where’s my teddy?, które stały się jej ulubionymi na dłuższy czas, a także z Pinkie mouse, where are you?, która z kolei mi bardzo przypadła do gustu. Reszta tytułów niestety mi uciekła, ponieważ Ania nie była nimi szczególnie zachwycona (głównie z powodu ich długości). Za to We’re going on a bear hunt tak się Małej A spodobało, że w święta Bożego Narodzenia dostaliśmy od Gwiazdki bilety na przedstawienie na podstawie tej książki do teatru w kwietniu, czyli już całkiem niedługo. Nie mogę się doczekać – będzie to pierwsze nasze rodzinne wyjście do teatru z Anią!

Dzisiaj do wyprawy „bibliotecznej” oprócz Małej A i Grandmy dołączyłam także i ja, i po spędzeniu wczesnego popołudnia buszując po olbrzymim sklepie Next w Martlesham (oczywiście skończyło się na kolejnych zakupach ubraniowych dla Ani, bo tam zawsze mają prześliczne ubranka dla dzieci), pojechałyśmy do jednej z mniejszych bibliotek publicznych w naszym mieście. Stamtąd Mała A wyszła z siedmioma książkami, w tym dwie z jej ulubionymi bohaterami: jedna z Charlie‚m i Lolą, których parę tytułów mamy w oryginalnej wersji angielskiej, parę w wersji polskiej, i dwa tytuły, które się pokrywają w obydwu wersjach językowych (żeby czuło się płynność w przygodach tej dwójki niezależnie od języka), a druga z małą myszką Maisy, którą Ania poznała z czterech krótkich książeczek sprezentowanych jej od prababci Henley Nan na trzecie urodziny.

Zobaczymy, czy i tym razem Ania wytypuje swoich faworytów. 🙂

IMG_5649 IMG_5652 IMG_5654 IMG_5673

You are my sweetheart

Po ponad dwugodzinnej wyprawie z domu, wróciłyśmy zmęczone i zmarznięte. Zimny i przenikliwy wiatr szybko dał nam popalić i praktycznie w ciągu paru minut na rękach pojawiły się rękawiczki, a na głowach czapki; na szczęście parasolka okazała się być zbędnym przedmiotem na naszym „spacerze”.

Obydwie z Małą A musiałyśmy przejść w miarę spory kawałek, do Asdy (tatko potrzebował tuszy do drukarki), a droga wydawała się z każdym krokiem dłużyć, z powodu zimna (mama jest z tych leniwców pospolitych z podkategorią okropnych zmarźluchów), bo świat dookoła jest niezwykle fascynujący z tym malutkim listkiem na łódkę do kałuży (których akurat brakowało tym razem), i z tymi garściami gałązek, krótszych, dłuższych i olbrzymich, które fajnie się trzyma w rączkach, nosi i wymienia co chwilę na te ciągle to nowsze, napotkane na trawie. Brak wózka, który odstawiliśmy parę miesięcy temu, też w takich momentach nieco doskwiera, zwłaszcza, że między płytkami chodnika grasują groźne aligatory! Ale nie martwcie się, udało nam się przed nimi uciec i, jakimś dziwnym trafem – możliwe, że z powodu niezbyt przyjaznej aligatorom pogody, w naszej drodze powrotnej wszystkie się pochowały.

IMG_5516 IMG_5529

IMG_5534IMG_5519

Do sklepu dotarłyśmy niecałą godzinę po wyjściu z domu, czyli około 2-3 razy dłużej niż by mi to zajęło, gdybym poszła sama. Zazwyczaj taka różnica czasowa mi jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale niestety z powodu zimna i bólu w mostku, który mnie budził w nocy, dokuczał w ciągu dnia i pozostawił w dość podłym nastroju, mój poziom cierpliwości był niższy niż zwykle, choć Ania to bardzo dzielnie znosiła. (Krótkie wyjaśnienie, gdyby ktoś z bliższych mi osób się martwił: ból ten, na tle mięśniowym, pojawia się i znika co jakiś czas od czasów przeprowadzki do naszego domu w grudniu, kiedy musiałam się nadwyrężyć z przenoszeniem pudeł, rozpakowywaniu ich itp itd, poza tym Mała A waży już ponad 15kg, i mimo że kocha się każdy kilogram tej osóbki nad życie, to miłość nie wpływa na lekkość tych kilogramów niestety!)

Tak więc na moje pocieszenie (retail therapy), a na pożytek Ani, kupiłam jej 2 nowe spódniczki, 1 T-shirt (o kolorze trochę krzyczącej pomarańczy, ale z rysunkiem kotka, który się strasznie Małej A spodobał, więc uległam) i nową niebiesko-turkusową bluzę. Po drodze do domu wstąpiłyśmy na plac zabaw, żeby Ania sobie trochę poszalała, a na koniec wycieczki jeszcze wpadłyśmy do sklepiku bliżej naszego „zamku”, aby się ogrzać troszkę  i kupić Małej A 2 magazyny – Alphablocks i Octonauts z edukacyjnymi dodatkami do zabawy na później.

IMG_5537 IMG_5540 IMG_5552 IMG_5555 IMG_5559 IMG_5567

Jak już wreszcie wróciłyśmy do naszych czterech kątów, usadowiłam Małą A na kanapie pod kocykiem, a sama poszłam do kuchni przygotować obiad, w międzyczasie przynosząc Ani czekoladę na gorąco, żeby się szybciej rozgrzała. Ania grzecznie podziękowała, po czym spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała:

Mummy, you are my sweetheart.

IMG_5589

Jeden uśmiech, milion powodów do radości, nawet w te zimne i pochmurne dni.

Ciocia

Nadszedł czas na próbę nadrobienia zaległości. Próbę, ponieważ różnie może być, a pisanie jednak zajmuje mi dłuższą chwilę, szczególnie, gdy chciałabym załączyć do wpisu zdjęcia (niektóre wpisy nadal czekają na dołączenie zdjęć, ale to nadejdzie jak już przeszperam wszystkie foldery z ostatnich 4 lat…).

Kiedy zakładałam bloga, nie zwróciłam uwagi na to, że owszem, miło się tu przebywa, jak Mała A śpi, a ja nie mam nic innego do zrobienia albo wszyscy są zbyt zajęci, żeby się spotkać. Tylko, że jak zaczynałam nie byłam wtedy u siebie. A wiadomo, że we własnym domu zawsze znajdzie się to „coś” do zrobienia. Ktoś (Pan B) do porozmawiania. Coś do obejrzenia. Własne łóżko lub kanapa z ukochanym i rozkosznie ciepłym kocykiem na zmęczenie. Ale nie tylko to odkuwało moją uwagę od częstszego pojawiania się tutaj – jeszcze była przecież tygodniowa wizyta Medacynki, a potem nieco spontaniczny plan albo może bardziej plan-w-zawieszeniu-aż-do-dnia-przed na wyjazd do Reading w weekend… W każdym razie tych, którzy tu zaglądają dzień w dzień i tych, którzy to robią nieco rzadziej, z nadzieją zobaczenia nowego postu – szczerze przepraszam (i bardzo dziękuję za Wasze wizyty!).

Dzisiaj powrócę jeszcze na krótko do czasu spędzonego na przełomie stycznia i lutego w Polsce. Był to – jak wiecie – czas spędzony na intensywnym odwiedzaniu mojej rodzinki (tej troszkę dalszej, bo bliższa znikała całymi dniami do pracy), czas naprawdę przemile spędzony i chociaż w pewnym momencie czułam się wykończona takim nieprzerwanym ciągiem wizyt – tak jak i Ania – i musiałyśmy sobie obydwie zrobić przerwę, muszę przyznać, że uwielbiałam wcielać się (obok swojej stałej matczynej roli oczywiście) w rolę cioci (dla dzieci moich kuzynów), a robiłam to tak naprawdę po raz pierwszy. Odkryłam w sobie zupełnie nowe pokłady energii na ganianie się, skakanie, tańczenie, podnoszenie, wywracanie się, rzucanie, śmianie, rozśmieszanie, chichoty i całą resztę, której nie zdołałam i pewnie nie zdołałabym wymienić. Poznawanie nowej małej istotki (czułam się bardziej komfortowo z dziećmi, które są młodsze od albo w wieku Małej A – znajoma płaszczyzna wiekowa!) i uczenie jej czegoś innego niż rodzice (np angielski wierszyk „Round and round the garden” typu „Idzie raczek nieboraczek” przy łaskotkach), nawiązywanie tej innej dla mnie więzi i potem dowiadywanie się, że „pytano o ciocię”, było frajdą. Poza tym miło jest sobie przypomnieć ten wiek, przez który Ania tak niedawno (a jednak wieki temu) przechodziła. I te różnice w wychowaniu i edukacji ciekawią i fascynują. Obuz, który ma matematyka za tatę, potrafi odpowiedzieć na pytanie „Ile wynosi pochodna z x?” poprzez wzniesienie do góry jednego paluszka, co dla mnie jest może i geeky, ale i przekomiczne (zwłaszcza, że wg taty Obuza wiele studentów nie wie)! A na pytanie, gdzie ma pieniądze, wzrusza z uśmiechem ramionami i mówi „nie ma”. 🙂

Wiadomo też nie od dzisiaj, że ciocie mają więcej cierpliwości i wyrozumiałości niż rodzice; gdyby nie te babcie, dziadkowie i ciocie (wujkowie też, ale mniej może ;)), rodzice nie mieliby chwili odetchnienia od swoich pociech. A czasami te ciocie są niezastąpione szczególnie pod względem towarzyskim (na poziomie mniej więcej rówieśników), gdy tak jak ja i tata Obuza z naszych znajomych i przyjaciół jesteśmy, jak do tej pory, jedynymi rodzicami.

Ciocia Małej A też ma do Ani ogromną słabość (z wzajemnością)… Zresztą ja też jej bardzo wiele zawdzięczam i dziękuję bardzo, że nie tylko jest, ale że jest chętna do pomocy (prawie ;)) zawsze!

DSC_4862

DSC_4880

426751_544714158880372_764113764_n