A month ago…

IMG_7386

Już cały miesiąc mnie nie było na blogu, ale wypada mi chociaż się postarać napisać jeden post przez cały maj, więc oto on – częściowe (niestety nie dam rady zamieścić całości od ręki) podsumowanie maja (do części II o Prababciach na pewno wrócę niebawem) – miesiąca, który praktycznie od początku do końca był zaplanowany już od dłuższego czasu, z dodatkiem wydarzeń, które wpadły nam w plany „po drodze”, jak mój wyjazd do Londynu 1 maja, wyjazd do Warszawy na „Deszczową Piosenkę” 18 maja (który to wyjazd miał mieć miejsce w marcu, ale nie wyszło), a także 11-ste urodziny kuzyna Pana B, na które wybrałyśmy się razem z Małą A. Z pewnością będzie co wspominać, chociaż czas tak wypełniony minął nam błyskawicznie, a to jeszcze nie jest koniec podróżowania! Dopiero od połowy lipca trochę odetchniemy, aby we wrześniu zacząć nowy rozdział naszego życia, czyli „Ania idzie do szkoły”. Nadal mnie to trochę przeraża – w końcu będzie miała niecałe 5 lat, jak zacznie szkołę – ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle!

Przestaję już odbiegać od tematu maja, i zaczynam krótką podróż w czasie od wpisu, który zaczęłam 8 maja, kiedy się łudziłam, że zdążę napisać coś sensownego przed wyjazdem do Polski. 😉

***

1.05

Maj zaczął się od mojej wizyty w Londynie (która w odróżnieniu do innych wydarzeń tego miesiąca nie była planowana od mniej więcej roku – trzeba pozwalać sobie na spontaniczność od czasu do czasu ;P), podczas gdy Pan B i Mała A mieli calusieńki dzień dla siebie, wraz z kolejną wycieczką do Dales (o pierwszej pisałam tutaj) – tym razem w towarzystwie wesoło rozgrzewającego słońca; a także z wypadem z Grandmą do Makro, aby porobić niewielkie zapasy żywnościowo-gospodarcze.

DSC02275

Wizytę w Dales udokumentowano niewielką ilością zdjęć, z czego to powyżej mi się najbardziej podoba: Mała A w kapeluszu z Hello Kitty i ze swoją czerwoną woodland hat, do której były poprzyczepiane skarby znalezione w lasku jak liście, kwiatki i piórka. Zrobione przez Pana B ma – według mnie – coś w sobie z ilustracji Dr Seuss!

Słonecznej pogody też nie brakowało w Londynie, gdzie od niepamiętnych czasów (bo w większości około 10 lat temu) przechadzałam się w okolicach angielskich zabytków i miejsc turystycznych w celu ich (kolejnego) obejrzenia wraz z przyjaciółmi. Co prawda płatne obiekty omijałam wielkim łukiem (jak wnętrze St Paul’s Cathedral), ponieważ są zdecydowanie nie na moją kieszeń, ale szczerze mówiąc przyjemnie było się wcielić poniekąd w rolę turysty – a nie kolejnego przejezdnego – czego już dawno będąc w Londynie nie robiłam.

IMG_7316 IMG_7339

Nasze spotkanie – z Ann, jej bratem i Janko – zaczęliśmy właśnie od katedry, jadąc potem metrem w stronę Westminster’u, aby przejść się stamtąd przez St James Park do Buckingham Palace. Nie da się ukryć, że pogoda sprzyjała spacerowi, a i nie obyło się bez porobienia zdjęć z pięknymi tulipanami w okolicach pałacu, na tle Big Ben’a. 🙂

IMG_7365 IMG_7409

Spod Buckingham Palace ruszyliśmy na piechotę do stacji metra, z której dotarliśmy do South Kensington, aby zajrzeć do Science Museum. Muzeum jak dla mnie było w miarę interesujące (chociaż poziom/piętro  nr 3 na temat tego co nas czeka w przyszłości kompletnie mnie rozczarował); większą część czasu spędziłam na poziomie nr 2 dotyczącym klimatu i jego ocieplenia, co szczerze mówiąc wprawiło mnie w dość posępny nastrój, bo rozwiązań na przeciwdziałanie tego zjawiska nie ma wiele, a geoengineering – które wydawałoby się w miarę sensowym działaniem (w porównaniu z redukcją carbon footprint) to tak naprawdę teoretyka póki co – i zastanawiam się czasami jak wiele się zmieni za 50 lat w naszym życiu, w życiu Małej A i jej przyszłej rodziny… Starając się nie kontemplować tego zbytnio i na poprawę humoru wyruszyłam na piętro nr 1 nazwane „Who am I?” z różnymi ciekawostkami, po czym stwierdziłam, że jednak aby chociaż po części zapomnieć o tym, czego się dowiedziałam piętro wyżej, potrzebuję się wybrać na retail therapy, co oczywiście oznaczało udanie się na parter do sklepu z pamiątkami i różnego rodzaju gadżetami.

IMG_7442 IMG_7448

Tak więc z muzeum wyszłam z książką dla Ani z różnymi eksperymentami dla dzieci (około dwadzieścia parę eksperymentów, ale na razie nie miałam okazji z Anią z tej książki skorzystać z powodu braku czasu), teleskopem z powiększeniem x8 i mikroskopem z powiększeniem x30 w jednym – w postaci podobnej do większego pióra albo długopisu (bardzo się Ani ten prezent spodobał, szczególnie część mikroskopowa), oraz ze świeczkami, których płomienie mają różne kolory po ich zapaleniu.

IMG_7470 IMG_7513

Po Science Museum panowie poszli swoją drogą do pub’u pooglądać mecz, a ja, Ann i Ika, która do nas doszła po wizycie w muzeum, pojechałyśmy do Gloucester Road Station, aby tam nieopodal w restauracji ASK zjeść obiad (z winem oczywiście ;)). Niedługo po obiedzie i obraniu kierunku Soho, dotarł do nas kolega z klasy licealnej i razem poszliśmy do pub’u, gdzie dołączyli do nas również Janko i brat Ann. Niestety, aby zdążyć na ostatni pociąg do domu (co mi się ledwo udało) musiałam opuścić towarzystwo niedługo po tym jak się już wszyscy ponownie zebraliśmy, ale i tak się cieszę, że miałam okazję się spotkać ze wszystkimi. 🙂 Dziękuję Wam!

IMG_7545 IMG_7549

3-5.05

Tuż po londyńskiej wizycie, 3 maja, nasza mini rodzinka udała się do Oxford’u (i to w nie byle jakim stylu, bo first class w pociągu, czego żadne z nas nie miało wcześniej przyjemności doświadczyć ;)), aby 4 maja uczestniczyć w ślubie i weselu przyjaciół z Reading Christopher’a (który jest Anglikiem, o którym się marzy, żeby spotkać po nauce angielskiego w szkole – z takim akcentem, jaki on ma, brzmi na takiego w pewnym sensie – zdecydowanie pozytywnym  – staroświeckiego Brytyjczyka, o którym się właśnie uczy w szkole!) i Vicky.  Nie będę nikogo oszukiwać – angielskie wesela nie za bardzo się umywają do tych naszych polskich (biased much?), ale z pewnością ciekawą tradycją są speeches pana młodego i jego świadka, które zazwyczaj są opatrzone w parę anegdot z życia wziętych. Tym razem panowie – jako wielcy fani Gwiezdnych Wojen – powrzucali również sporo odniesień do Star Wars, z powodu 4 maja (May the Forth [force] be with you). Z Gwiezdnych Wojen obejrzałam tylko jeden odcinek (ponoć jeden z tych trzech lepszych), ale i tak zrozumiałam dużo ze „Star Wars talks”, co uważam za niewielki sukces. 😉 Dodatkowym interesującym akcentem, zagwarantowanym przez państwa młodych było to, że na ślub i potem z powrotem na wesele jechaliśmy typowym czerwonym double-decker’em starej daty z drabinką do wyjścia dla kierowcy i otwartym tyłem ze schodami prowadzącymi do siedzeń na górze. Niestety nie porobiłam zbyt dużo zdjęć, ponieważ skupiłam się na filmowaniu… co w rezultacie zostawiło nas bez żadnych zdjęć pary młodej albo w ogóle w miarę znośnych zdjęć, ups! Co prawda czego nie ma na zdjęciach, jest w naszej pamięci, oby jak najdłużej. 🙂

DSC02283

I jakby nie patrzeć wszyscy się bardzo dobrze bawiliśmy, a Mała A to zupełnie szalała na parkiecie i ganiała wokół stołów wraz ze swoim partner in crime – dziewczynką nieco młodszą od Ani, która siedziała przy tym samym stole co my. Obydwie świetnie się bawiły w swoim towarzystwie, i aż do 10 wieczorem, kiedy to stwierdziliśmy z Panem B, że musimy się zacząć zbierać pomimo młodocianych sprzeciów, że „I’m not tired!!”. Ledwo weszliśmy do naszego hotelowego pokoju (czy właściwie dokładniej Travelodge) i Mała A praktycznie od razu padła. 😉

215360_868660483113_971129783_n 486731_868662084903_731308169_n

Od tamtego czasu co jakiś czas pyta, czy znowu możemy pojechać do hotelu, bo jej się TAK tam podobało!

***

I tym samym doszłam do końca tego wpisu, jeszcze ponad połowa miesiąca wspomnień przed nami, a więc do zobaczenia! 🙂 A w międzyczasie zapraszam na niedawno stworzoną stronę facebook’ową bloga tutaj.

Reklamy

We are going on a bear hunt!

Bywam tu coraz rzadziej, za co przepraszam, chociaż nie jest to celowe, po prostu dzień za dniem ucieka mi sprzed nosa. Część planów przez Smutne Marcowe Wydarzenie się pozmieniała (na Deszczową Piosenkę będę teraz szła w maju, ponieważ nie miałam możliwości ani nawet chęci pójścia 21 marca), część – bardzo ekscytujących (jedziemy do Disneyland Paris w czerwcu!!) – doszła… A dodatkowo staram się wygospodarować w ciągu dnia chwile dla siebie: portugalski z Duolingo (już level 6 ze znajomością 99 słów), a także wzięłam się wreszcie za przeczytanie książki dla dorosłych (nie jakiś bestseller na światową skalę, ale książka autorki – Cecelii Ahern – którą polubiłam po przeczytaniu jej najbardziej chyba popularnego tytułu PS. I love you parę lat temu; teraz czytam The Gift).

Poza tym podczas pobytu mojego i Małej A w Polsce zaczęła się przerwa semestralna w Anglii, więc Ania nie chodzi i nie będzie chodziła do przedszkola aż do środy 17 kwietnia, także dzień w dzień trzeba wymyślać różne zabawy bądź zajęcia, żeby się Mała A przypadkiem nie nudziła za bardzo bez przedszkolnych rówieśników (za którymi tęskni i co jakiś czas pyta, kiedy będzie mogła zobaczyć Ben‚a!). Dzisiaj np. stanęło na wyjściu do sklepu, do którego uzbroiłyśmy się w kalosze (nie ma brytyjskiej wiosny bez „przekomicznej” mieszanki słońca i deszczu) i zaliczałyśmy po kolei wszystkie kałuże, czy na chodniku, czy na trawie i obydwie miałyśmy wielką frajdę.

Ale pomijając to wszystko, chciałam powiedzieć, że udało nam się zabrać Anię na długo wyczekiwane (od Bożego Narodzenia) przedstawienie dla dzieci We are going on a bear hunt 4 kwietnia, które naprawdę Małej A się spodobało (i nam też). Piszę „na szczęście”, bo mało brakowało, a byśmy pewnie zostały w Polsce dłużej z powodu paskudnej zimowej pogody – nasz samolot, który miał lądować w Lublinie 31 marca, wylądował zamiast tego w Warszawie, ale przynajmniej nie został odwołany (co widzę teraz bywa częstszą opcją w przypadku złej pogody, niż przetransportowanie pasażerów, aby wylatywali z innego lotniska). Całą podróż pozostawię jednak bez komentarza, bo mnie tak wykończyła, że jak słowo daję nie latam już ze swoim dzieckiem w miesiącach zimowych, najwyżej sama…

W każdym razie wracając do tematu przedstawienia, to dekoracje i rekwizyty jakie był wykorzystane, były najprostszymi, jakie można sobie wyobrazić (np. zwyczajne brązowe puste pudła poustawiane jedno na drugim służyły jako pnie drzew w lesie), żeby jak najbardziej pobudzić wyobraźnię dzieci. Tak jak sama książka We are going on a bear hunt, przedstawienie również bazowało na wielokrotnym powtarzaniu wyrazów dźwiękonaśladowczych i wersów, które „upamiętniały” akcję, z urozmaiceniem w postaci piosenek, a dodatkowo aktorzy starali się nawiązać „dialog” z dziećmi, poprzez zadawanie pytań albo udawanie, że czegoś nie zauważyli, żeby dzieci mogły – wykrzykując odpowiedzi – podpowiedzieć aktorom, że np. niedźwiedź stoi za ich plecami. 😉 Przedstawieniu towarzyszyła również muzyka, w której wykorzystano przeróżne instrumenty muzyczne jak np. akordeon, gitara czy perkusja, a także inne (których nazw nie znam) o interesujących dźwiękach. Niespodzianką zarówno dla dzieci jak i dorosłych były pistolety wodne, którymi aktorzy strzelali w widzów podczas „przeprawy przez rzekę”, co wywołało dużo śmiechu i pozostawiło trochę lekko mokrych twarzy i ubrań. 😉 Potem była „przeprawa przez błoto”, ale zanim się zaczęła, jeden z aktorów przeszedł po scenie i zacząć głośno mówić z przepraszającą miną(szczególnie do osób z pierwszego rzędu – w którym my też mieliśmy okazję siedzieć) „I am SO sorry, I do APOLOGISE„, tak jakby mieli nas popsikać błotem tak jak wodą przed chwilą, co dość dużą ilość rodziców (w tym mnie) wystraszyło. 😛 Oczywiście, to był tylko taki psikus ze strony aktorów i nikt błotem nie rzucał w widzów. 😉

DSC_0041

Z teatru wyszliśmy zadowoleni i rozbawieni i z nowymi nabytkami – plakatem z przedstawienia do pokoju Ani i płytą z piosenkami, po czym udaliśmy się na nasz rodzinny obiad w restauracji Frankie and Benny’s. Pomimo niezbyt ładnej pogody, dzień był przesympatyczny i krótko mówiąc the one to remember!

IMG_6337IMG_6339

We are going on a bear hunt.
We’re going to catch a big one!
What a beautiful day.
We’re not scared!

The power of imagination

Korzystając z tego, że jesteśmy w Polsce, postanowiłyśmy razem z Anią znowu odwiedzić Żółwika, który – chciałoby się powiedzieć, że niespodziewanie – bardzo urósł przez ostatnie półtora miesiąca i trudno uwierzyć, że ma niecałe 3 miesiące. Zdecydowanie lepiej teraz widzi, co można zauważyć z tego jak go przyciągają wszelkie kolory i twarze, a do tych znajomych osób – przede wszystkim oczywiście mamy – się przepięknie uśmiecha. Na buzię Małej A też radośnie reagował, chociaż nie jestem pewna (a właściwie można by to nazwać wątpliwym) czy ją zapamiętał z jej poprzedniej wizyty prawie tydzień temu, kiedy spędziła razem z nim i jego mamą trochę czasu (jak ja i reszta rodziny byliśmy na pogrzebie), czy to po prostu fakt, że to buzia dziecięca, więc bardziej intrygująca, nieznana, interesująca. Poza tym coraz lepiej utrzymuje swoją główkę, a smoczek, który jeszcze na początku lutego był prawie-że nierozłącznym towarzyszem w ciągu dnia, częściowo poszedł w niepamięć i ponoć przypomina o swojej obecności tylko pod wieczór, przy zasypianiu.

IMG_6128IMG_6135IMG_6167IMG_6140

Ciągle i niezmiennie jestem pod wrażeniem jak bardzo i jak szybko dzieci się zmieniają i rosną przez pierwsze 12 miesięcy swojego życia. Wyczekiwania na te mniejsze i większe rzeczy, te milestones jak przekręcenie się na brzuszek, raczkowanie, pierwsze kroki, pierwsze ząbki, (nie-zawsze)smakowite papki do jedzenia jako dodatek do mlecznych posiłków… Uśmiechy, dźwięki, przespane noce! Potem natłok podobnych w skali rozwoju zdarzeń się zmniejsza z wiekiem. Pierwsze słowa, ostatnie pieluszki, samodzielne jedzenie… Są większe odstępy w wydarzeniach „do odhaczenia”, ale to wcale nie oznacza, że nasze dzieci przestają nas zaskakiwać.

IMG_6162 IMG_6158

Do dzisiaj pamiętam moment, kiedy Ania po raz pierwszy powiedziała mi, że mnie kocha. Trzymałam ją na rękach, gotową do położenia spać do drzemki w domu rodziców Pana B, a ona objęła moją szyję, zrobiła dramatyczną minkę, taką poważną ze zmarszczonymi brewkami – i widać było, że te zaraz wypowiedziane słowa są dla niej ważne – i wydobyła z siebie „I love you, Mummy”. To może trochę śmieszne, ale nie pamiętam ile miała wtedy lat, wydaje mi się, że 2, ale najbardziej zapamiętałam sam moment i gdzie on miał miejsce. Możliwe, że gdzieś mam to zapisane, ale za dużo by było wiadomości, e-maili i sms-ów do przeszukania.

IMG_0393

(Moja prawie 8-mio miesięczna Mała A. Wieki temu.)

Ale tak się rozpisałam trochę nie na temat, ponieważ miałam zamiar pisać o pewnej przygodzie z Czarnoksiężnikiem. 😉

Kiedy Dziadzio nas odbierał z naszej wizyty u Żółwika, powiedział nam, że samochód (nazywany przez Anię „Anika”) stoi daleko, ponieważ w pobliżu bloku nie było miejsca. Więc wpadłam na pomysł (za dużo czytam chyba bajek dla dzieci, jak zaraz stwierdzicie) – bo zauważyłam, że Ania jakoś niezbyt ochoczo myślała o perspektywie dłuższego spaceru – który szczerze mówiąc nie sądziłam, że aż tak bardzo Małą A zajmie!

„Aniu” – powiedziałam – „Dziadzio mówi, że Anika stoi hen daleko… Widzisz?….”

Mała A i jej mama były właśnie u progu Wielkiej Przygody; Anika, ich wierny samochód, czekała na nie za wielkimi górami [niewielkie poboczne górki śniegu – rezultat odśnieżenia chodników], głębokimi i szerokimi rzekami [oczywiście kałuże z topniejącego miejscami śniegu] i lasami [gałęzie krzaków], a tuż przed nimi roztaczał się ogromny zamek [gimnazjum, do którego chodziłam] Czarnoksiężnika. Musiały się pospieszyć, każda chwila spędzona na granicach królestwa tego czarodzieja narażała je na niebezpieczeństwo.

– Szybko Aniu! Musimy uciekać! – zarządziła mama, zauważywszy zbliżającego się Czarnoksiężnika. – Do Aniki!!

Mała A i mama rzuciły się naprzód i w trudach pokonując ruchome piaski [zapadająca się pod każdym krokiem warstwa śniegu sięgająca mi do kostek, a Ani po łydki], dotarły szczęśliwie i doprawdy w ostatniej chwili do Aniki. Dziadzio uruchomił Anikę i oto cała trójka była w drodze, aczkolwiek zły Czarnoksiężnik deptał im po piętach. Zjeżdżając w dół ze szczytu góry [ulica była pod dość dużym kątem], Czarnoksiężnik pozostał w tyle, ale nie na długo – jego magiczna moc bowiem zawładnęła śniegiem z gór i białe puszyste chmury zmrożonego śniegu zaczęły atakować Anikę [kompletna improwizacja opowieści ze strony Ani], już cała trójka popadała w rozpacz, kiedy oto nadciągnęły z pomocą malutkie leśne wróżki [z przydrożnego lasku] i osłoniły Anikę swoimi czarami – Abrakadabra! Hokus pokus! Czary mary! [krzyczała Mała A ze swojego fotelika z tyłu samochodu] – pozostawiając ją pod ochronną bańką. Toczyła się wielka bitwa między wróżkami a Czarnoksiężnikiem [Ania mówiła w tym momencie już coraz szybciej i wykrzykiwała rzeczy typu „Fire!!!„], ale ostatecznie wróżki musiały ustąpić potędze Czarnoksiężnika, który z każdą chwilą stawał się coraz to groźniejszy i bardziej zły [„He’s going to smash Anika to pieces!!” coraz bardziej podekcytowanym głosem mówiła Ania]. Zyskawszy nieco na czasie, chowając się za Olbrzymem [ciężarówką], cichaczem [musiałam Anię trochę przystopować z tym jej natłokiem słów 😉] cała trójka zbliżała się do celu, tak niewiele zostało! Czarnoksiężnik jednak się nie poddawał.

– Ania! Musimy poszukać Kota w Butach, tak jak w tej bajce, którą Ci czytałam wczoraj przed snem! Pamiętasz? On przechytrzył Czarnoksiężnika, żeby się zamienił w mysz!

– BUT I CAN’T SEE ANY CATS MUMMY!! [zauważyło bystrze dziecko rozglądając się dookoła po przemierzanych ulicach]

Mama z Małą A gorączkowo szukały Kota w Butach, już praktycznie czuły oddech Czarnoksiężnika na ich plecach, aż nagle…

– Uma-uma-jej-uma-uma-uma-jej – zabrzmiało Anikowe radio.

– To zaczarowana piosenka Ania! – zawołała radośnie mama. – Ona nam pomoże! [w sumie czego nie, do tej pory nie wiem o czym jest piosenka „Dragostea din tei”]

I mama zaczęła podśpiewywać do piosenki, a Mała A wtórowała, tworząc kompletnie nowe słowa potężnej magicznej pieśni… [Ania nuciła sobie w różnych melodiach coś typu „Magic song, singing magic, I love fairies…„]

I uwierzcie mi lub nie, ale śpiew pokonał Czarnoksiężnika, a my bezpiecznie z Anikowego garażu (ale na wszelki wypadek biegiem) dotarłyśmy do naszej wieży – bloku mieszkalnego, a tam cały magiczny świat został kompletnie zapomniany na widok ukochanej Cioci.

Oczywiście do czasu!

Wiosna, jak to tak?…

Oczywiście nie powinnam była się nastawiać na to, że śnieg już więcej nie zawita w nasze progi aż do końca roku (tymczasem wiosna zagrała na nosie po swoich żarcikach w stylu spring teasers). To co się dzieje za oknem (z nieba sypie się śnieg z niewielkimi przerwami i wiatr sobie ochoczo tańcuje z płatkami śniegu) pozostawia mnie z tytułem Zbyt Optymistycznego Głupca. Prawdopodobnie to, że nie oglądam prognozy pogody – i chociaż mam widget pogodowy na swoim smartfonie to i tak tam głównie zaglądam, żeby zobaczyć jaka temperatura panuje na dworze – ma w tym swój duży udział. Trudno, płacę za swoją lekkomyślność i siedzę teraz pod cieńszym kocem niż zwykle (mój ukochany slanket, grubszy koc z rękawami, jest w praniu) z podwójną parą skarpetek założoną na rajstopy, w spodniach, bluzce i bluzie z szalikiem wokół szyi. Do tego pół dnia nosiłam także rękawiczki, ale nie były zbyt wygodne do pisania na laptopie. Jakby ktoś pytał, ogrzewanie w domu jest, ale jak w domu duża część pomieszczeń na dole, gdzie zazwyczaj wieczorami przebywam, nie ma drzwi, to ciężko się nacieszyć tym ciepłem…

Małej A co prawda cały dzień nie przeszkadzało biegać w rajstopkach, spódnicze i bluzeczce z krótkim rękawem (z uporem maniaka nazywanym przez nią „sleeve-ski”, według filozofii Pana B, że z każdego angielskiego słowa można zrobić polskie przez dodanie końcówki „ski”), a pytałam ją z milion razy, czy na pewno nie jest jej zimno i czy może z chęcią nie założyła bluzy? Ale nie, po Tatusiu ma, że jej prawie zawsze za gorąco! Pozazdrościć.

Ciekawa tylko jestem jak długo tym razem utrzyma się taka pogoda? Może wreszcie uda mi się zabrać Anię na sanki w tym roku albo chociaż ulepić bałwana, bo wcześniej nie dałyśmy rady. Nawet w Polsce pod koniec stycznia śnieg nas zawiódł, czego się nie spodziewałam po kochanych rodzinnych stronach. 😦 Jeśli się uda takie wyjście, to na pewno biorę aparat. 🙂 A póki co poraczę Was garstką zdjęć z zimy 2010, kiedy moje Maleństwo miało już prawie 2 lata, a zima nastała praktycznie w jedną noc i powitała nas z rana pięknym puszystym śniegiem w ogrodzie!

IMG_1171  IMG_1256

IMG_1158 IMG_1258

Off-topic:

Będąc w Reading w miniony weekend, zaczęłyśmy z dziewczynami sobotni wieczór panieński w dość ponury sposób – wokół restauracji, do której zmierzałyśmy, było wielkie zamieszanie, z kilkoma funkcjonariuszami policji, była także straż pożarna – okazało się, że nie tak dawno temu zaginęła dwójka dzieci (pięcio- i siedmioletnie). Rodzice, którzy wychodzili ze swoją dwójką z restauracji nagle je zgubili, nie do końca wiem jak, ale tak czy siak, zorientowali się, że w pewnym momencie ich dzieci z nimi nie ma. Możliwe, że był tłok wtedy i dzieci wyszły za dwójką nieznajomych niechcący, ale z drugiej strony drzwi do restauracji były wtedy otwarte na oścież z tego co kelner nam powiedział i dzieci mogły sobie ot tak wyjść, uważając to za genialny pomysł. Poszukiwania ich skończyły się na szczęście pomyślnie, bo mali nieletni stwierdzili, że pobawią się w chowanego w pobliskim kościele….

Zastanawiałam się jak bardzo ich rodzice musieli być przerażeni z powodu ich zguby, a zarazem wściekli na dzieci (które w ich wieku powinny niby wiedzieć lepiej, szczególnie starsze dziecko z rodzeństwa), chociaż z ich własnej winy tak naprawdę do tego doszło. O nieuwagę bardzo łatwo, ale i ocenę tego zdarzenia z zewnątrz też. Nie chcę oceniać i mówić, jacy to straszni ludzie i jak mogli to zrobić, że ja nigdy do czegoś takiego nie dopuszczę, bo przecież kto ma taki zamiar?

Aczkolwiek muszę przyznać, że miałam podobną sytuację, nie aż tak straszną z perspektywy czasu jak ci rodzice z Reading, ale i tak dało mi to bardzo dużo do myślenia. Kiedy byłyśmy z Małą A i jej Grandmą na zakupach w ogromnym sklepie Next, Ania chodziła sobie w zasięgu naszego wzroku, cały czas niedaleko nas albo tuż obok, nie zawsze za rękę, i niby się wydawało, że wie, że nie powinna się oddalać. Tylko problem w tym, że w takim ogromnym sklepie są niekończące się możliwości zabawy w chowanego, a w części z ubraniami, gdzie roi się na każdym kroku od manekinów, ubraniowych wystaw, regałów i półek z ubraniami itp, które zawsze są wyższe od takiego mierzącego metr dziecka,  jest się prawie jak w hide-and-seek paradise. Niecałe pięć minut kontemplacji nad jakąś bluzką, spodniami czy stanikiem i nagle odrywając wzrok od recenzowanej rzeczy, okazuje się, że Małej A nie ma w naszym zasięgu. Zaczęłam przemierzać ubraniowy labirynt i z każdym kątem, w którym Ania nie stała, napięcie zaczynało rosnąć. Jak wreszcie po 2-3 minutach ją odnalazłam, myślałam, że się poryczę ze szczęścia, chociaż było widać, że biedna Ania zaczynała chyba sobie zdawać sprawę, że jej mamy i babci nie ma w pobliżu i też zaczynała się stresować. Wyprzytulałam ją jak najdłużej mogłam, a potem razem stanęłyśmy z boku i powiedziałam jej, że nie wolno nigdy odchodzić od mamy czy babci czy kogokolwiek z kim jest, że może jej się coś stać i że mnie i babcię bardzo przestraszyła. Na wszystko posłusznie przytakiwała głową i ze skruszonym głosem mówiła przepraszam i że tak więcej nie zrobi, ale ja wiem, że niezależnie od szczerych chęci czasami jakiś pomysł wydaje się być niegłupi i z możliwością nawet spodobania się mamie, bo przecież mama lubi, jak się bawimy w chowanego. Morał jest oczywiście taki, że nigdy nie należy spuszczać dziecka z oka ani nie polegać na innym towarzyszącym dorosłym (chyba że specyficznie został on o to poproszony, wyraził zgodę, jest godny zaufania i powierzenia takiego zadania!), nawet jeśli ono „rozsądne”, bo inaczej może dojść do katastrofy, nawet jeśli „przez te 5 minut, nic mu się przecież nie stanie”.

Obym nigdy więcej w życiu już o tym nie zapominała.

Out in the Dales

Można by się zacząć martwić, że tajemniczo po Thriller‚ze at night, nie pojawiałam się tutaj przez parę dni, ale oto jestem – chwilowo przynajmniej – obecna. Ostatnio mi brakuje czasu, bo staram się wszystko ogarnąć w domu dla Małej A i Pana B (niesamowite jak krótko stan porządku trwa w tym domu!) oraz ogarnąć siebie, bo wyjeżdżam na weekend do Reading, aby w sobotę wybrać się na spotkanie w stylu wieczoru panieńskiego mojej koleżanki, dla osób, które na sam wieczór panieński nie mogły się załapać z różnych względów (ja akurat miałam wykupione bilety na koncert zespołu Fun w Norwich, na który się wybieram z Demonkiem :)). W marcu oprócz tego czeka mnie jeszcze wizyta weekend‚owa Mylenki oraz Deszczowa Piosenka w Teatrze Roma w Warszawie, więc niestety, ale mam wrażenie, że częstotliwość wpisów się nie poprawi przez jeszcze jakiś czas.

W każdym razie, oprócz rzeczy wokół mnie, którymi trzeba się zająć, są jeszcze momenty na przyjemności. Wczoraj z Anią wybrałam się do niewielkiego lasku w naszym mieście zwanym The Dales – wyjście zorganizowane przez przedszkole, a więc byli też i mali przyjaciele Małej A, panie nauczycielki/opiekunki jak i większość rodziców – wspaniała okazja do zobaczenia z kim Ania się bawi najlepiej (oczywiście poza Pewnym Nonszalanckim Osobnikiem) i wreszcie powiązać imiona wymieniane w przedszkolu („Ania spędza czas z [przeróżne imiona]”) – z dziećmi! I tak oto dowiedziałam się w końcu, która dziewczynka ma na imię Mia-Rianne i którzy to Bethany i Mikey (przesympatyczne rodzeństwo bliźniaków).

Dzieci miały mnóstwo zabaw w trakcie przechadzki po lasku: bieganie po polanie, zbieranie listków, gałązek i innych rzeczy, które przyciągały uwagę (ślimakowe muszle, piórka, kwiatki, mech itp.) i przyklejanie tego wszystkiego na niewielką karteczkę z dwustronną taśmą klejącą, którą panie opiekunki rozdawały każdemu dziecku;

DSC02107

budowanie niewielkich namiotów (z pomocą dorosłych), żeby zjeść w nich  „małe co nieco”, była też zabawa w chowanego i wiele innych, np. jak malowanie drzew kolorową wodą czy chodzenie w błocie (nie ma to jak kalosze, aczkolwiek Ania nie miała swoich, bo gdzieś nam się zapodziały w domu albo w przedszkolu – nie wiem – w każdym razie jej kozaczki w miarę się spisały). Udało się także złapać niewielką żabę, pokazać dzieciom i wypuścić, aby odskoczyła w siną dal.

DSC02088 DSC02091

Małej A tak się podobało, że nie chciała wracać do domu. 😉

DSC02078 DSC02075 DSC02073

You are my sweetheart

Po ponad dwugodzinnej wyprawie z domu, wróciłyśmy zmęczone i zmarznięte. Zimny i przenikliwy wiatr szybko dał nam popalić i praktycznie w ciągu paru minut na rękach pojawiły się rękawiczki, a na głowach czapki; na szczęście parasolka okazała się być zbędnym przedmiotem na naszym „spacerze”.

Obydwie z Małą A musiałyśmy przejść w miarę spory kawałek, do Asdy (tatko potrzebował tuszy do drukarki), a droga wydawała się z każdym krokiem dłużyć, z powodu zimna (mama jest z tych leniwców pospolitych z podkategorią okropnych zmarźluchów), bo świat dookoła jest niezwykle fascynujący z tym malutkim listkiem na łódkę do kałuży (których akurat brakowało tym razem), i z tymi garściami gałązek, krótszych, dłuższych i olbrzymich, które fajnie się trzyma w rączkach, nosi i wymienia co chwilę na te ciągle to nowsze, napotkane na trawie. Brak wózka, który odstawiliśmy parę miesięcy temu, też w takich momentach nieco doskwiera, zwłaszcza, że między płytkami chodnika grasują groźne aligatory! Ale nie martwcie się, udało nam się przed nimi uciec i, jakimś dziwnym trafem – możliwe, że z powodu niezbyt przyjaznej aligatorom pogody, w naszej drodze powrotnej wszystkie się pochowały.

IMG_5516 IMG_5529

IMG_5534IMG_5519

Do sklepu dotarłyśmy niecałą godzinę po wyjściu z domu, czyli około 2-3 razy dłużej niż by mi to zajęło, gdybym poszła sama. Zazwyczaj taka różnica czasowa mi jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale niestety z powodu zimna i bólu w mostku, który mnie budził w nocy, dokuczał w ciągu dnia i pozostawił w dość podłym nastroju, mój poziom cierpliwości był niższy niż zwykle, choć Ania to bardzo dzielnie znosiła. (Krótkie wyjaśnienie, gdyby ktoś z bliższych mi osób się martwił: ból ten, na tle mięśniowym, pojawia się i znika co jakiś czas od czasów przeprowadzki do naszego domu w grudniu, kiedy musiałam się nadwyrężyć z przenoszeniem pudeł, rozpakowywaniu ich itp itd, poza tym Mała A waży już ponad 15kg, i mimo że kocha się każdy kilogram tej osóbki nad życie, to miłość nie wpływa na lekkość tych kilogramów niestety!)

Tak więc na moje pocieszenie (retail therapy), a na pożytek Ani, kupiłam jej 2 nowe spódniczki, 1 T-shirt (o kolorze trochę krzyczącej pomarańczy, ale z rysunkiem kotka, który się strasznie Małej A spodobał, więc uległam) i nową niebiesko-turkusową bluzę. Po drodze do domu wstąpiłyśmy na plac zabaw, żeby Ania sobie trochę poszalała, a na koniec wycieczki jeszcze wpadłyśmy do sklepiku bliżej naszego „zamku”, aby się ogrzać troszkę  i kupić Małej A 2 magazyny – Alphablocks i Octonauts z edukacyjnymi dodatkami do zabawy na później.

IMG_5537 IMG_5540 IMG_5552 IMG_5555 IMG_5559 IMG_5567

Jak już wreszcie wróciłyśmy do naszych czterech kątów, usadowiłam Małą A na kanapie pod kocykiem, a sama poszłam do kuchni przygotować obiad, w międzyczasie przynosząc Ani czekoladę na gorąco, żeby się szybciej rozgrzała. Ania grzecznie podziękowała, po czym spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała:

Mummy, you are my sweetheart.

IMG_5589

Jeden uśmiech, milion powodów do radości, nawet w te zimne i pochmurne dni.