The power of imagination

Korzystając z tego, że jesteśmy w Polsce, postanowiłyśmy razem z Anią znowu odwiedzić Żółwika, który – chciałoby się powiedzieć, że niespodziewanie – bardzo urósł przez ostatnie półtora miesiąca i trudno uwierzyć, że ma niecałe 3 miesiące. Zdecydowanie lepiej teraz widzi, co można zauważyć z tego jak go przyciągają wszelkie kolory i twarze, a do tych znajomych osób – przede wszystkim oczywiście mamy – się przepięknie uśmiecha. Na buzię Małej A też radośnie reagował, chociaż nie jestem pewna (a właściwie można by to nazwać wątpliwym) czy ją zapamiętał z jej poprzedniej wizyty prawie tydzień temu, kiedy spędziła razem z nim i jego mamą trochę czasu (jak ja i reszta rodziny byliśmy na pogrzebie), czy to po prostu fakt, że to buzia dziecięca, więc bardziej intrygująca, nieznana, interesująca. Poza tym coraz lepiej utrzymuje swoją główkę, a smoczek, który jeszcze na początku lutego był prawie-że nierozłącznym towarzyszem w ciągu dnia, częściowo poszedł w niepamięć i ponoć przypomina o swojej obecności tylko pod wieczór, przy zasypianiu.

IMG_6128IMG_6135IMG_6167IMG_6140

Ciągle i niezmiennie jestem pod wrażeniem jak bardzo i jak szybko dzieci się zmieniają i rosną przez pierwsze 12 miesięcy swojego życia. Wyczekiwania na te mniejsze i większe rzeczy, te milestones jak przekręcenie się na brzuszek, raczkowanie, pierwsze kroki, pierwsze ząbki, (nie-zawsze)smakowite papki do jedzenia jako dodatek do mlecznych posiłków… Uśmiechy, dźwięki, przespane noce! Potem natłok podobnych w skali rozwoju zdarzeń się zmniejsza z wiekiem. Pierwsze słowa, ostatnie pieluszki, samodzielne jedzenie… Są większe odstępy w wydarzeniach „do odhaczenia”, ale to wcale nie oznacza, że nasze dzieci przestają nas zaskakiwać.

IMG_6162 IMG_6158

Do dzisiaj pamiętam moment, kiedy Ania po raz pierwszy powiedziała mi, że mnie kocha. Trzymałam ją na rękach, gotową do położenia spać do drzemki w domu rodziców Pana B, a ona objęła moją szyję, zrobiła dramatyczną minkę, taką poważną ze zmarszczonymi brewkami – i widać było, że te zaraz wypowiedziane słowa są dla niej ważne – i wydobyła z siebie „I love you, Mummy”. To może trochę śmieszne, ale nie pamiętam ile miała wtedy lat, wydaje mi się, że 2, ale najbardziej zapamiętałam sam moment i gdzie on miał miejsce. Możliwe, że gdzieś mam to zapisane, ale za dużo by było wiadomości, e-maili i sms-ów do przeszukania.

IMG_0393

(Moja prawie 8-mio miesięczna Mała A. Wieki temu.)

Ale tak się rozpisałam trochę nie na temat, ponieważ miałam zamiar pisać o pewnej przygodzie z Czarnoksiężnikiem. 😉

Kiedy Dziadzio nas odbierał z naszej wizyty u Żółwika, powiedział nam, że samochód (nazywany przez Anię „Anika”) stoi daleko, ponieważ w pobliżu bloku nie było miejsca. Więc wpadłam na pomysł (za dużo czytam chyba bajek dla dzieci, jak zaraz stwierdzicie) – bo zauważyłam, że Ania jakoś niezbyt ochoczo myślała o perspektywie dłuższego spaceru – który szczerze mówiąc nie sądziłam, że aż tak bardzo Małą A zajmie!

„Aniu” – powiedziałam – „Dziadzio mówi, że Anika stoi hen daleko… Widzisz?….”

Mała A i jej mama były właśnie u progu Wielkiej Przygody; Anika, ich wierny samochód, czekała na nie za wielkimi górami [niewielkie poboczne górki śniegu – rezultat odśnieżenia chodników], głębokimi i szerokimi rzekami [oczywiście kałuże z topniejącego miejscami śniegu] i lasami [gałęzie krzaków], a tuż przed nimi roztaczał się ogromny zamek [gimnazjum, do którego chodziłam] Czarnoksiężnika. Musiały się pospieszyć, każda chwila spędzona na granicach królestwa tego czarodzieja narażała je na niebezpieczeństwo.

– Szybko Aniu! Musimy uciekać! – zarządziła mama, zauważywszy zbliżającego się Czarnoksiężnika. – Do Aniki!!

Mała A i mama rzuciły się naprzód i w trudach pokonując ruchome piaski [zapadająca się pod każdym krokiem warstwa śniegu sięgająca mi do kostek, a Ani po łydki], dotarły szczęśliwie i doprawdy w ostatniej chwili do Aniki. Dziadzio uruchomił Anikę i oto cała trójka była w drodze, aczkolwiek zły Czarnoksiężnik deptał im po piętach. Zjeżdżając w dół ze szczytu góry [ulica była pod dość dużym kątem], Czarnoksiężnik pozostał w tyle, ale nie na długo – jego magiczna moc bowiem zawładnęła śniegiem z gór i białe puszyste chmury zmrożonego śniegu zaczęły atakować Anikę [kompletna improwizacja opowieści ze strony Ani], już cała trójka popadała w rozpacz, kiedy oto nadciągnęły z pomocą malutkie leśne wróżki [z przydrożnego lasku] i osłoniły Anikę swoimi czarami – Abrakadabra! Hokus pokus! Czary mary! [krzyczała Mała A ze swojego fotelika z tyłu samochodu] – pozostawiając ją pod ochronną bańką. Toczyła się wielka bitwa między wróżkami a Czarnoksiężnikiem [Ania mówiła w tym momencie już coraz szybciej i wykrzykiwała rzeczy typu „Fire!!!„], ale ostatecznie wróżki musiały ustąpić potędze Czarnoksiężnika, który z każdą chwilą stawał się coraz to groźniejszy i bardziej zły [„He’s going to smash Anika to pieces!!” coraz bardziej podekcytowanym głosem mówiła Ania]. Zyskawszy nieco na czasie, chowając się za Olbrzymem [ciężarówką], cichaczem [musiałam Anię trochę przystopować z tym jej natłokiem słów 😉] cała trójka zbliżała się do celu, tak niewiele zostało! Czarnoksiężnik jednak się nie poddawał.

– Ania! Musimy poszukać Kota w Butach, tak jak w tej bajce, którą Ci czytałam wczoraj przed snem! Pamiętasz? On przechytrzył Czarnoksiężnika, żeby się zamienił w mysz!

– BUT I CAN’T SEE ANY CATS MUMMY!! [zauważyło bystrze dziecko rozglądając się dookoła po przemierzanych ulicach]

Mama z Małą A gorączkowo szukały Kota w Butach, już praktycznie czuły oddech Czarnoksiężnika na ich plecach, aż nagle…

– Uma-uma-jej-uma-uma-uma-jej – zabrzmiało Anikowe radio.

– To zaczarowana piosenka Ania! – zawołała radośnie mama. – Ona nam pomoże! [w sumie czego nie, do tej pory nie wiem o czym jest piosenka „Dragostea din tei”]

I mama zaczęła podśpiewywać do piosenki, a Mała A wtórowała, tworząc kompletnie nowe słowa potężnej magicznej pieśni… [Ania nuciła sobie w różnych melodiach coś typu „Magic song, singing magic, I love fairies…„]

I uwierzcie mi lub nie, ale śpiew pokonał Czarnoksiężnika, a my bezpiecznie z Anikowego garażu (ale na wszelki wypadek biegiem) dotarłyśmy do naszej wieży – bloku mieszkalnego, a tam cały magiczny świat został kompletnie zapomniany na widok ukochanej Cioci.

Oczywiście do czasu!

Reklamy

Rodzinnie

11 stycznia tego roku, jadąc autokarem z lotniska w London Stansted do domu, otrzymałam bardzo szczęśliwą nowinę o narodzinach pewnego Żółwika. Czekałam z niecierpliwością na jego przyjście na ten świat, od dawna myśląc co by sprawić jemu i jego rodzicom na prezent z okazji powiększenia rodziny, a sama będąc mamą i przerabiając rozdziały pod tytułem „Pierwszy bobas” oraz „Zostaliśmy rodzicami” na własnej skórze, wiedziałam, że opcji przydatnych jest całe mnóstwo. Począwszy od ubranek i śliniaków, których w pierwszym roku życia dziecka nigdy za dużo, bo tak szybko z nich wyrastają i tak szybko je brudzą, po gryzaczki na czas wyrzynania się pierwszych ząbków i swędzenie dziąseł, poprzez przeróżne akcesoria do kąpieli, aż do edukacyjnych mat do zabawy, skończywszy na akcesoriach dużo dłuższego użytku takich jak niańki elektroniczne (które jednak wiążą się z większym wydatkiem). Nie wymieniam tu zabawek, bo na zabawki zawsze jest czas i można praktycznie prawie zawsze zagwarantować, że chociaż jedna osoba przychodząca w odwiedziny przyniesie jakąś grzechotkę albo maskotkę z babciami i dziadkami na czele. 😉

Niespodziewanie wielką radość sprawiło mi przeglądanie internetowych sklepów dla dzieci z produktami w kategorii od 0+, po tym jak moja ukochana Ania dawno temu z niej wyrosła, a zabawki już od jakiegoś czasu znalazły schronienie w pudełkach wraz z pajacykami i śliniakami z okresu, kiedy skrzętnie liczyło się tygodnie i miesiące życia, a nie lata, dzielnie czekając na szansę pojawienia się rodzeństwa. Ostatecznie skończyło się na dwóch prezentach: jednym, nad którym myśleliśmy wraz z Panem B, kiedy urodziła się Mała A (kupna jednak nigdy nie sfinalizowaliśmy z powodu innych podobnych rzeczy, które dostaliśmy w prezencie od rodziny bądź przyjaciół), a mianowicie Rainforest Waterfall Peek-a-Boo Soother marki Fisher Price, którego demo można zobaczyć tutaj. Drugim prezentem była gumowa kaczuszka do kąpieli – zabawka i termometr w jednym, ostrzegająca rodziców, gdy woda w kąpieli dziecka jest za gorąca poprzez pojawienie się na jej spodzie napisu hot (napis powinien się pojawić gdy woda osiągnie 39-40 stopni C). Kaczuszka wygląda tak. Nie wiem na ile prezenty te się sprawdzą (szczególnie z kaczką może bywać różnie co do odczytu temperatury, choć zawsze wtedy zostaje jej użyteczność jako zabawka!), ale mam nadzieję, że przynajmniej trochę odciążą nową mamę. 🙂

Dzisiaj obydwa prezenty trafiły do ich przeznaczonego domu i póki co dostały nods of approval from both parents. A my przy okazji z Anią spędziłyśmy popołudnie w przemiłej rodzinnej atmosferze, i oczywiście obydwie miałyśmy okazję potrzymać małego Żółwika w ramionach. 🙂

Parenaście lat temu moi rodzice często spotykali się z ciociami i wujkami na imieniny, urodziny, święta (you name it) i zawsze wtedy miałam okazję bawić się ze swoimi kuzynami i pamiętam, że było bardzo fajnie. Potem jakoś to wszystko się zmieniło, wszyscy porośliśmy i nie mieliśmy takiego zainteresowania spotkaniami rodzinnymi, bo a to poszło się gdzieś z koleżanką, a to gdzieś ktoś organizował imprezę… Kontakty rodzinne ograniczyły się trochę do rozmów przez telefon. Teraz, jak już nie jesteśmy dziećmi i zakładamy albo założyliśmy już własne rodziny, miło jest wrócić do tej „tradycji”.

A my z Anią idziemy jutro odwiedzić rodzinkę Czekoladowego. 🙂