Siadaj (Pra)Babciu, siadaj blisko – cz. 1

I tak oto nadszedł wieczór. Pan B jeszcze nie wrócił z pracy, a Mała A smacznie śpi w swojej typowo dziewczęcej dziecinnej sypialni, w której zdecydowanie górują odcienie różu (aczkolwiek uważam, że w dość dobrym guście). Znowu w domu panuje cisza, ale inny rodzaj niż w ciągu dnia, nieco bardziej dostojna i wygląda na to, że przyszedł wreszcie czas na dokończenie przynajmniej jednego z odłożonych na później wpisów… Początek poniższego wpisu zrodził się 8 marca, 5 dni przed śmiercią Pradziadzia Misia.

____________

Zawsze uważałam, że możliwość poznania swoich dziadków, a szczególnie pradziadków to niemały zaszczyt. Nie wszyscy mają taką wspaniałą szansę i muszę przyznać, że zdecydowaną zaletą bycia młodą mamą jest to, że dziecko czy dzieci mogą poobcować trochę ze swoim dużo starszym pokoleniem i – jeśli pozwoli na to zdrowie tych babć i dziadziów – być w pobliżu swoich wnucząt na tyle długo, żeby miały okazję zbudowania własnych wspomnień, żeby same pamiętały, a nie tylko miały te momenty utrwalone na zdjęciach.

Moja Prababcia (jedyna z obydwu rodzin – reszta pradziadków nie zdołała dotrwać do pierwszej ciąży mojej mamy) dożyła dość sędziwego wieku i to w całkiem dobrej formie fizycznej, ale jak już ją choroba zmogła, to jej cierpienia nie trwały długo. Mimo że kiedy od nas odeszła miałam przeszło 13 lat, a moje wspomnienia są nieco przyćmione przez mijające lata, to przynajmniej nadal je mam dla siebie. Pamiętam, że moja prababcia była ulubioną babcią mojej siostry, że była cierpliwa, ale i do rzeczy – i z humorem też – że potrafiła opowiadać długo i takim uspokajającym głosem. Jak byłyśmy małe to się z nami bawiła, jak podrosłyśmy to nas z uwagą słuchała.  Kiedy czasami naszło nas na drzemkę na kanapie po szkole, delikatnie przykrywała kocem. Dużo się modliła w ciszy swojego pokoju i nieostentacyjnie, i sama zawsze zaczesywała swoje długie niezbyt gęste siwe włosy w warkocz, który potem upinała wsuwkami w kok. Pamiętam pudełko z kilkoma starymi zabawkami z naszego dzieciństwa schowane w kącie pokoju za regałem i przy zasłonie, przede wszystkim te kręgle-zabawki, te piłki do nich… Pamiętam zabawy w prababcinym pokoju w pchełki (Kto jeszcze w XXI wieku grywa lub przynajmniej pamięta pchełki czy bierki?). Tyle rzeczy do wspominania, a nawet nie wiem, czy mamy aż tyle zdjęć razem; przynajmniej ja nie mam ich zbyt wiele tutaj (właściwie to tylko dwa), są pewnie gdzieś schowane w szafce za kanapą w mieszkaniu moich rodziców.

scan0005 scan0004

Natomiast Ania – Ania miała szczęście się urodzić jako pierwsza prawnuczka dla czterech żyjących Prababci (i dwóch Pradziadków: jednego polskiego i jednego angielskiego, ale o nich będzie oddzielny wpis).

Moja Perełka

Niestety jak Mała A przyszła na świat z jedną z nich – Prababcią Jadzią – nie było już wtedy najlepiej, i następne miesiące i lata tylko pogarszały jej stan zdrowia, i ostatecznie odeszła od nas w zeszłym roku przed trzecimi urodzinami Ani, zanim Ania zdążyła ją zapamiętać. Niby taka jest kolej rzeczy i nic się nie da z tym zrobić…  Na szczęście pozostają nagrane filmiki i zrobione zdjęcia, niezbyt pokaźna dokumentacja tych niewielu wizyt, które zawsze miały miejsce jak tylko byłyśmy w Polsce. Z czasem coraz rzadziej się nagrywało filmy, ponieważ widać było mieszane uczucia, jakie te wizyty wywoływały u Prababci Jadzi, która z jednej strony cieszyła się bardzo z każdych odwiedzin, a z drugiej nie mogła się pogodzić z myślą, że jej kondycja fizyczna nie pozwalała już nawet na samodzielne przytrzymanie Ani w rękach. Przykro mi było patrzeć na to wszystko – biorąc pod uwagę to, że to była moja ukochana Babcia (oczywiście drugą też kochałam, ale zawsze dzieci mają swoich faworytów, prawda?) – i tak jak Babci stan się pogarszał i z czasem nie mogła już wstawać z łóżka, tym bardziej Mała A, coraz to starsza, stawała się coraz bardziej niechętna do podejścia do niej. Wyczuwała instynktownie, że coś jest nie tak, i bała się tego, że jej Prababcia nie mogła się ruszyć.

DSCF0658 DSC08630 DSCF0348

DSCF0513

Ale Prababcia zawsze pamiętała o swojej małej, ukochanej i jedynej prawnuczce, zawsze pytała o to co u niej słychać i jak rośnie, i podsyłała pieniądze na prezenty, chociaż sama tak wiele nie miała. Wszystko dla jej Ani, którą nazywała Perełką. I tak myślę, że może i Ania nie miała sposobności tak naprawdę poznać tej wspaniałej Kobiety, którą ja miałam zaszczyt znać i której wnuczką byłam, ale mam nadzieję, że będę dla Małej A taką inspiracją, jak Babcia Jadzia dla mnie jest teraz (wydaje mi się, że doceniłam to co robiła dla nas dopiero gdy sama zostałam matką) – potrafiącą ugotować coś z praktycznie niczego w lodówce, potrafiącą szyć piękne spódniczki, szydełkować zabawki, trzymać rodzinę razem, i w ogóle dawać z siebie wszystko wszystkim samej nie mając tak dużo.

„Bacia” Kika

O ile śmierci Prababci Jadzi się spodziewano ze względu na jej stan zdrowia (co nie oznacza, że było się na to przygotowanym), o tyle śmierć Babci Kiki nadeszła dość niespodziewanie, i była kolejnym ciosem dla rodziny, w niecały rok po śmierci Babci Jadzi. Okazuje się co prawda, że ten rok różnicy był ważny dla pamięci Ani (przynajmniej na dzień dzisiejszy), ponieważ w zeszłym roku spędziłam bardzo dużo czasu z Małą A w Polsce ze względu na organizację ślubu mojego i Pana B, który miał miejsce w moim rodzinnym mieście, w związku z czym wizyt u Prababci Kiki i Pradziadzia Misia było zdecydowanie więcej. Ania bardzo lubiła odwiedzać swoich pradziadków, czasem pojechałyśmy z Dziadziem Jurkiem, czasem zwyczajnie wsiadłyśmy w autobus na Czubach, a czasem przeszłyśmy się na piechotę z centrum. Zarówno Prababcia jak i Pradziadzio mieli jeszcze energię i siłę i byli skorzy do zabawy z – również i z tej strony rodziny – ich jedyną prawnuczką. Mała A miała u nich swoje puzzle, stacjonarny nie-bezprzewodowy telefon, który uwielbiała, i kącik w małym pokoju, w którym mogła sobie usiąść przy biurku i malować flamastrami w czystych zeszytach, ten sam kącik zresztą gdzie Pradziadzio Misio zawsze trzymał swoje foldery z rachunkami, i gdzie ja kiedyś w pierwszych tygodniach pierwszej klasy liceum odrabiałam prace domowe i gdzie się uczyłam. Prababcia i Pradziadzio zawsze też trzymali czekoladę i ciasteczka specjalnie na te Guests – slash – Ania – emergencies, i Mała A dobrze o tym pamiętała. Czasami też zostawałyśmy dużo dłużej niż planowałyśmy, namówione na obiad. Wizyty nadzwyczaj przyjemne i radosne, te do zapamiętania na całe życie.

Ale oczywiście wszystko ma swój koniec, i kiedy dowiedziałam się 2 stycznia o śmierci Babci Kiki, zalałam się łzami, a Ania, siedząca obok mnie powiedziała typowo jak swój tata: What’s wrong mummy? Talk to me! Odpowiedziałam jej wtedy przez łzy, próbując dobierać proste słowa, że Prababcia Kika odeszła, i Mała A zrozumiała to w ten swój dziecięcy sposób i ze smutkiem w głosie, niecały miesiąc po naszej przeprowadzce do własnego domu, pół-szeptem rzekła: She’s never gonna see our house! 😦

A potem przyszedł dzień odwiedzin u Pradziadzia Misia pod koniec stycznia tego roku, i pewnie przez długi czas nie zapomnę tej malutkiej twarzy, na której malował się wyraz zbitego z tropu dziecka, czekającego na to, żeby jej kochana Prababcia Kika wyszła zaraz z któregoś z pokojów nas przywitać, ale oprócz Pradziadzia Misia była tylko pustka.

DSC08835 DSCF0538 DSCF0450

DSC08840 DSC08617

____________

Pomimo tego, że Mała A ze strony polskiej rodziny nie ma już pradziadków (z angielskiej na szczęście wszyscy się całkiem dobrze trzymają, o angielskich prababciach napiszę niebawem w części drugiej tego postu), to i tak się cieszę, że miała możliwość ich poznać chociaż trochę. Swoją obecnością podarowała im szczęście i radość, która – jestem pewna – towarzyszyła im przez te ostatnie lata ich życia aż do samego końca.

IMG_4690

And I will cherish all those precious memories, for both of us – myself and Ania.

Siadaj Babciu, siadaj blisko.
Zaraz Ci opowiem wszystko.
Prawie całą noc nie spałam,
bo prezenty wymyślałam.
Na kanapie się kręciłam,
aż dla Ciebie wymyśliłam:
z lodu broszkę i korale
i śniegowe cztery szale.
Dziesięć czapek w śnieżną kratkę
i lodową czekoladkę.
Jak nie będzie Ci smakować,
to mnie możesz poczęstować!

You are my sweetheart

Po ponad dwugodzinnej wyprawie z domu, wróciłyśmy zmęczone i zmarznięte. Zimny i przenikliwy wiatr szybko dał nam popalić i praktycznie w ciągu paru minut na rękach pojawiły się rękawiczki, a na głowach czapki; na szczęście parasolka okazała się być zbędnym przedmiotem na naszym „spacerze”.

Obydwie z Małą A musiałyśmy przejść w miarę spory kawałek, do Asdy (tatko potrzebował tuszy do drukarki), a droga wydawała się z każdym krokiem dłużyć, z powodu zimna (mama jest z tych leniwców pospolitych z podkategorią okropnych zmarźluchów), bo świat dookoła jest niezwykle fascynujący z tym malutkim listkiem na łódkę do kałuży (których akurat brakowało tym razem), i z tymi garściami gałązek, krótszych, dłuższych i olbrzymich, które fajnie się trzyma w rączkach, nosi i wymienia co chwilę na te ciągle to nowsze, napotkane na trawie. Brak wózka, który odstawiliśmy parę miesięcy temu, też w takich momentach nieco doskwiera, zwłaszcza, że między płytkami chodnika grasują groźne aligatory! Ale nie martwcie się, udało nam się przed nimi uciec i, jakimś dziwnym trafem – możliwe, że z powodu niezbyt przyjaznej aligatorom pogody, w naszej drodze powrotnej wszystkie się pochowały.

IMG_5516 IMG_5529

IMG_5534IMG_5519

Do sklepu dotarłyśmy niecałą godzinę po wyjściu z domu, czyli około 2-3 razy dłużej niż by mi to zajęło, gdybym poszła sama. Zazwyczaj taka różnica czasowa mi jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale niestety z powodu zimna i bólu w mostku, który mnie budził w nocy, dokuczał w ciągu dnia i pozostawił w dość podłym nastroju, mój poziom cierpliwości był niższy niż zwykle, choć Ania to bardzo dzielnie znosiła. (Krótkie wyjaśnienie, gdyby ktoś z bliższych mi osób się martwił: ból ten, na tle mięśniowym, pojawia się i znika co jakiś czas od czasów przeprowadzki do naszego domu w grudniu, kiedy musiałam się nadwyrężyć z przenoszeniem pudeł, rozpakowywaniu ich itp itd, poza tym Mała A waży już ponad 15kg, i mimo że kocha się każdy kilogram tej osóbki nad życie, to miłość nie wpływa na lekkość tych kilogramów niestety!)

Tak więc na moje pocieszenie (retail therapy), a na pożytek Ani, kupiłam jej 2 nowe spódniczki, 1 T-shirt (o kolorze trochę krzyczącej pomarańczy, ale z rysunkiem kotka, który się strasznie Małej A spodobał, więc uległam) i nową niebiesko-turkusową bluzę. Po drodze do domu wstąpiłyśmy na plac zabaw, żeby Ania sobie trochę poszalała, a na koniec wycieczki jeszcze wpadłyśmy do sklepiku bliżej naszego „zamku”, aby się ogrzać troszkę  i kupić Małej A 2 magazyny – Alphablocks i Octonauts z edukacyjnymi dodatkami do zabawy na później.

IMG_5537 IMG_5540 IMG_5552 IMG_5555 IMG_5559 IMG_5567

Jak już wreszcie wróciłyśmy do naszych czterech kątów, usadowiłam Małą A na kanapie pod kocykiem, a sama poszłam do kuchni przygotować obiad, w międzyczasie przynosząc Ani czekoladę na gorąco, żeby się szybciej rozgrzała. Ania grzecznie podziękowała, po czym spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała:

Mummy, you are my sweetheart.

IMG_5589

Jeden uśmiech, milion powodów do radości, nawet w te zimne i pochmurne dni.

You’ve got a friend in me

Wieczorem gdy wsiadałam z Małą A do trolejbusu numer 151, aby wrócić do mieszkania Babci i Dziadzia (gdzie zawsze rezydujemy podczas naszych wizyt rodzinnych) po kolejnym dniu spędzonym poza domem, moje dziecko zalało się łzami. Dopiero się rozstałyśmy z Obuzem i jego tatem i zastanawiałam się co było prawdopodobnym powodem jej płaczu: czy to, że naburmuszona (bardziej ze zmęczenia niż czegokolwiek innego) nie za bardzo wyraziła chęć pożegnania się z małym Obuzem i wujkiem, czy to, że tuż przed opuszczeniem tejże dwójki powiedziałam Ani, że się jutro znowu z nimi spotkamy, a ona odrzekła, że nie chce, a teraz tego żałuje. Okazało się, że to ta druga opcja męczyła Małą A, ale samo przytulenie nie starczało (jak zwykle w takich sytuacjach) i trzeba było się odwoływać do nierozłącznego przyjaciela od urodzenia – misia Teddy, oraz jednego z trzech (białego, różowego i czerwonego; w tym wypadku akurat białego) pokochanych paszminowych szalów mamy, które w cieplejsze dni, z powodu ich rozmiaru i grubości, stały się Ani letnim okryciem zamiast kocyka – gdy miała zaledwie 6 miesięcy. Czy to znany zapach na nich, kolory czy materiał tak przypadły Małej A do gustu, nie wiem, ale niedługo po ich pierwszym użyciu, zostały przez nią przywłaszczone, a trochę później jak zaczęła mówić otrzymały pieszczotliwą nazwę „klakli” (a ja już nigdy nie odzyskałam ich jako dodatek ocieplająco-dekoracyjny na szyję oczywiście). I tak klakli, jak wiele razy przedtem, wchłonął Aniowe łzy, a misio ożył w czarodziejskim świecie Mamy i Ani, i rozmawiał z Małą A przez całą podróż, delikatnie tłumacząc jej, że nie warto płakać, że wszystko jest w porządku, ale że jeśli jeszcze chce trochę popłakać, to żeby to robiła cichutko, wtulona w ramiona mamy. Muszę przyznać, że misio jak zawsze okazał się być niezastąpionym and talked some sense into Ania. 😉

Nie wiem, czy każde dziecko ma swoją ukochaną zabawkę albo przedmiot, z którym nie może się rozstać. Wiem za to, że jak ja byłam mała to uczepiłam się pewnej kolorowej szmatki i ją ciągałam zawsze i wszędzie ze sobą, a rodzice mieli problem, żeby znaleźć moment, w którym bym nie była na tyle uważna, żeby podkraść tą szmatkę i wrzucić do prania. Chciałam, aby Mała A miała takie coś, takie jej coś, co dawałoby jej poczucie komfortu i bezpieczeństwa, i muszę przyznać, że nie obeszło się bez sporządzenia planu, a był on prosty i wyglądał tak:

My First Bunny Grabber Rattler

Skąd taki pomysł? Na ciut ponad rok przed narodzinami Ani poznałam Czerwonego Skrzacika, który posiadał bardzo podobny do mojego planu „królikowy pierścień”; a jak na pierścień przystało, był on potęgą; ten szczególny o magicznej mocy „uspokajanie”. Zaintrygowana takim nieznanym mi wcześniej zjawiskiem, pomyślałam, że jak (i jeśli) przyjdzie czas, obdaruję swoje własne dziecko przedmiotem o podobnych właściwościach.

Możecie się domyślić miary mojego zaskoczenia, gdy plan całkowicie legł w gruzach i skończyło się na moich łzach i złości, kiedy wesoło grzechoczący pierścień pod postacią miękkiego różowego królika zaginął w akcji, a mojego dziecka jego nieobecność nawet nie ruszyła. Okazało się za to, że Mała A miała dużo lepszy plan niż ten przeze mnie uknuty, a mianowicie ukochać misia podarowanego przez jej Babcię. I to niebyle jakiego misia, tylko rodowo polskiego, bo z Galerii Bukowski (firma może i założona w Sztokholmie, ale przez polskie małżeństwo) – miś pluszowy Baby Ivo (dostępny jeszcze tu i tu; na oficjalnej stronie Galerii podobne misie pod względem wyglądu i rozmiaru to Misie Viggo & Maria Bean Bag).

I pomimo tego, że Teddy dawno już stracił swój kremowo-beżowy blask nowości na codzienną szarość, krągłości i „pluszowatość” na rzecz wielu kąpieli w pralce i niekończących się przytulanek (a także początkowo przeżuwanych łapek i czapki), i jestem pewna, że parę razy sam samoistnie wyskoczył z wózka pod koła bez pomocy Ani (bo każdy ma dni słabości w największej miłości, nawet pluszak!), to jednak z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to najbardziej kochany miś na świecie.

Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Kiedy szukasz, gdzie twój kąt
A przytulny dom jest wiele mil stąd
Nie zapomnij, bo popełnisz błąd, że
Ty druha we mnie masz
Tak, ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Kiedy masz kłopot – diabeł z nim
Pomocy trzeba Ci – wal jak w dym
Razem trzymajmy się – przekonasz się, że
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Niektórym wydaje się, że są dużo lepsi, silniejsi itede (może)
Lecz żaden z nich na pewno nie ma pojęcia, że ja kocham cię, wiesz
Z biegiem zim i lat ta przyjaźń bez przerwy trwa
Gdzie Ja tam Ty, w złe i dobre dni
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz
Ty druha we mnie masz…