A month ago…

IMG_7386

Już cały miesiąc mnie nie było na blogu, ale wypada mi chociaż się postarać napisać jeden post przez cały maj, więc oto on – częściowe (niestety nie dam rady zamieścić całości od ręki) podsumowanie maja (do części II o Prababciach na pewno wrócę niebawem) – miesiąca, który praktycznie od początku do końca był zaplanowany już od dłuższego czasu, z dodatkiem wydarzeń, które wpadły nam w plany „po drodze”, jak mój wyjazd do Londynu 1 maja, wyjazd do Warszawy na „Deszczową Piosenkę” 18 maja (który to wyjazd miał mieć miejsce w marcu, ale nie wyszło), a także 11-ste urodziny kuzyna Pana B, na które wybrałyśmy się razem z Małą A. Z pewnością będzie co wspominać, chociaż czas tak wypełniony minął nam błyskawicznie, a to jeszcze nie jest koniec podróżowania! Dopiero od połowy lipca trochę odetchniemy, aby we wrześniu zacząć nowy rozdział naszego życia, czyli „Ania idzie do szkoły”. Nadal mnie to trochę przeraża – w końcu będzie miała niecałe 5 lat, jak zacznie szkołę – ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle!

Przestaję już odbiegać od tematu maja, i zaczynam krótką podróż w czasie od wpisu, który zaczęłam 8 maja, kiedy się łudziłam, że zdążę napisać coś sensownego przed wyjazdem do Polski. 😉

***

1.05

Maj zaczął się od mojej wizyty w Londynie (która w odróżnieniu do innych wydarzeń tego miesiąca nie była planowana od mniej więcej roku – trzeba pozwalać sobie na spontaniczność od czasu do czasu ;P), podczas gdy Pan B i Mała A mieli calusieńki dzień dla siebie, wraz z kolejną wycieczką do Dales (o pierwszej pisałam tutaj) – tym razem w towarzystwie wesoło rozgrzewającego słońca; a także z wypadem z Grandmą do Makro, aby porobić niewielkie zapasy żywnościowo-gospodarcze.

DSC02275

Wizytę w Dales udokumentowano niewielką ilością zdjęć, z czego to powyżej mi się najbardziej podoba: Mała A w kapeluszu z Hello Kitty i ze swoją czerwoną woodland hat, do której były poprzyczepiane skarby znalezione w lasku jak liście, kwiatki i piórka. Zrobione przez Pana B ma – według mnie – coś w sobie z ilustracji Dr Seuss!

Słonecznej pogody też nie brakowało w Londynie, gdzie od niepamiętnych czasów (bo w większości około 10 lat temu) przechadzałam się w okolicach angielskich zabytków i miejsc turystycznych w celu ich (kolejnego) obejrzenia wraz z przyjaciółmi. Co prawda płatne obiekty omijałam wielkim łukiem (jak wnętrze St Paul’s Cathedral), ponieważ są zdecydowanie nie na moją kieszeń, ale szczerze mówiąc przyjemnie było się wcielić poniekąd w rolę turysty – a nie kolejnego przejezdnego – czego już dawno będąc w Londynie nie robiłam.

IMG_7316 IMG_7339

Nasze spotkanie – z Ann, jej bratem i Janko – zaczęliśmy właśnie od katedry, jadąc potem metrem w stronę Westminster’u, aby przejść się stamtąd przez St James Park do Buckingham Palace. Nie da się ukryć, że pogoda sprzyjała spacerowi, a i nie obyło się bez porobienia zdjęć z pięknymi tulipanami w okolicach pałacu, na tle Big Ben’a. 🙂

IMG_7365 IMG_7409

Spod Buckingham Palace ruszyliśmy na piechotę do stacji metra, z której dotarliśmy do South Kensington, aby zajrzeć do Science Museum. Muzeum jak dla mnie było w miarę interesujące (chociaż poziom/piętro  nr 3 na temat tego co nas czeka w przyszłości kompletnie mnie rozczarował); większą część czasu spędziłam na poziomie nr 2 dotyczącym klimatu i jego ocieplenia, co szczerze mówiąc wprawiło mnie w dość posępny nastrój, bo rozwiązań na przeciwdziałanie tego zjawiska nie ma wiele, a geoengineering – które wydawałoby się w miarę sensowym działaniem (w porównaniu z redukcją carbon footprint) to tak naprawdę teoretyka póki co – i zastanawiam się czasami jak wiele się zmieni za 50 lat w naszym życiu, w życiu Małej A i jej przyszłej rodziny… Starając się nie kontemplować tego zbytnio i na poprawę humoru wyruszyłam na piętro nr 1 nazwane „Who am I?” z różnymi ciekawostkami, po czym stwierdziłam, że jednak aby chociaż po części zapomnieć o tym, czego się dowiedziałam piętro wyżej, potrzebuję się wybrać na retail therapy, co oczywiście oznaczało udanie się na parter do sklepu z pamiątkami i różnego rodzaju gadżetami.

IMG_7442 IMG_7448

Tak więc z muzeum wyszłam z książką dla Ani z różnymi eksperymentami dla dzieci (około dwadzieścia parę eksperymentów, ale na razie nie miałam okazji z Anią z tej książki skorzystać z powodu braku czasu), teleskopem z powiększeniem x8 i mikroskopem z powiększeniem x30 w jednym – w postaci podobnej do większego pióra albo długopisu (bardzo się Ani ten prezent spodobał, szczególnie część mikroskopowa), oraz ze świeczkami, których płomienie mają różne kolory po ich zapaleniu.

IMG_7470 IMG_7513

Po Science Museum panowie poszli swoją drogą do pub’u pooglądać mecz, a ja, Ann i Ika, która do nas doszła po wizycie w muzeum, pojechałyśmy do Gloucester Road Station, aby tam nieopodal w restauracji ASK zjeść obiad (z winem oczywiście ;)). Niedługo po obiedzie i obraniu kierunku Soho, dotarł do nas kolega z klasy licealnej i razem poszliśmy do pub’u, gdzie dołączyli do nas również Janko i brat Ann. Niestety, aby zdążyć na ostatni pociąg do domu (co mi się ledwo udało) musiałam opuścić towarzystwo niedługo po tym jak się już wszyscy ponownie zebraliśmy, ale i tak się cieszę, że miałam okazję się spotkać ze wszystkimi. 🙂 Dziękuję Wam!

IMG_7545 IMG_7549

3-5.05

Tuż po londyńskiej wizycie, 3 maja, nasza mini rodzinka udała się do Oxford’u (i to w nie byle jakim stylu, bo first class w pociągu, czego żadne z nas nie miało wcześniej przyjemności doświadczyć ;)), aby 4 maja uczestniczyć w ślubie i weselu przyjaciół z Reading Christopher’a (który jest Anglikiem, o którym się marzy, żeby spotkać po nauce angielskiego w szkole – z takim akcentem, jaki on ma, brzmi na takiego w pewnym sensie – zdecydowanie pozytywnym  – staroświeckiego Brytyjczyka, o którym się właśnie uczy w szkole!) i Vicky.  Nie będę nikogo oszukiwać – angielskie wesela nie za bardzo się umywają do tych naszych polskich (biased much?), ale z pewnością ciekawą tradycją są speeches pana młodego i jego świadka, które zazwyczaj są opatrzone w parę anegdot z życia wziętych. Tym razem panowie – jako wielcy fani Gwiezdnych Wojen – powrzucali również sporo odniesień do Star Wars, z powodu 4 maja (May the Forth [force] be with you). Z Gwiezdnych Wojen obejrzałam tylko jeden odcinek (ponoć jeden z tych trzech lepszych), ale i tak zrozumiałam dużo ze „Star Wars talks”, co uważam za niewielki sukces. 😉 Dodatkowym interesującym akcentem, zagwarantowanym przez państwa młodych było to, że na ślub i potem z powrotem na wesele jechaliśmy typowym czerwonym double-decker’em starej daty z drabinką do wyjścia dla kierowcy i otwartym tyłem ze schodami prowadzącymi do siedzeń na górze. Niestety nie porobiłam zbyt dużo zdjęć, ponieważ skupiłam się na filmowaniu… co w rezultacie zostawiło nas bez żadnych zdjęć pary młodej albo w ogóle w miarę znośnych zdjęć, ups! Co prawda czego nie ma na zdjęciach, jest w naszej pamięci, oby jak najdłużej. 🙂

DSC02283

I jakby nie patrzeć wszyscy się bardzo dobrze bawiliśmy, a Mała A to zupełnie szalała na parkiecie i ganiała wokół stołów wraz ze swoim partner in crime – dziewczynką nieco młodszą od Ani, która siedziała przy tym samym stole co my. Obydwie świetnie się bawiły w swoim towarzystwie, i aż do 10 wieczorem, kiedy to stwierdziliśmy z Panem B, że musimy się zacząć zbierać pomimo młodocianych sprzeciów, że „I’m not tired!!”. Ledwo weszliśmy do naszego hotelowego pokoju (czy właściwie dokładniej Travelodge) i Mała A praktycznie od razu padła. 😉

215360_868660483113_971129783_n 486731_868662084903_731308169_n

Od tamtego czasu co jakiś czas pyta, czy znowu możemy pojechać do hotelu, bo jej się TAK tam podobało!

***

I tym samym doszłam do końca tego wpisu, jeszcze ponad połowa miesiąca wspomnień przed nami, a więc do zobaczenia! 🙂 A w międzyczasie zapraszam na niedawno stworzoną stronę facebook’ową bloga tutaj.

Siadaj (Pra)Babciu, siadaj blisko – cz. 1

I tak oto nadszedł wieczór. Pan B jeszcze nie wrócił z pracy, a Mała A smacznie śpi w swojej typowo dziewczęcej dziecinnej sypialni, w której zdecydowanie górują odcienie różu (aczkolwiek uważam, że w dość dobrym guście). Znowu w domu panuje cisza, ale inny rodzaj niż w ciągu dnia, nieco bardziej dostojna i wygląda na to, że przyszedł wreszcie czas na dokończenie przynajmniej jednego z odłożonych na później wpisów… Początek poniższego wpisu zrodził się 8 marca, 5 dni przed śmiercią Pradziadzia Misia.

____________

Zawsze uważałam, że możliwość poznania swoich dziadków, a szczególnie pradziadków to niemały zaszczyt. Nie wszyscy mają taką wspaniałą szansę i muszę przyznać, że zdecydowaną zaletą bycia młodą mamą jest to, że dziecko czy dzieci mogą poobcować trochę ze swoim dużo starszym pokoleniem i – jeśli pozwoli na to zdrowie tych babć i dziadziów – być w pobliżu swoich wnucząt na tyle długo, żeby miały okazję zbudowania własnych wspomnień, żeby same pamiętały, a nie tylko miały te momenty utrwalone na zdjęciach.

Moja Prababcia (jedyna z obydwu rodzin – reszta pradziadków nie zdołała dotrwać do pierwszej ciąży mojej mamy) dożyła dość sędziwego wieku i to w całkiem dobrej formie fizycznej, ale jak już ją choroba zmogła, to jej cierpienia nie trwały długo. Mimo że kiedy od nas odeszła miałam przeszło 13 lat, a moje wspomnienia są nieco przyćmione przez mijające lata, to przynajmniej nadal je mam dla siebie. Pamiętam, że moja prababcia była ulubioną babcią mojej siostry, że była cierpliwa, ale i do rzeczy – i z humorem też – że potrafiła opowiadać długo i takim uspokajającym głosem. Jak byłyśmy małe to się z nami bawiła, jak podrosłyśmy to nas z uwagą słuchała.  Kiedy czasami naszło nas na drzemkę na kanapie po szkole, delikatnie przykrywała kocem. Dużo się modliła w ciszy swojego pokoju i nieostentacyjnie, i sama zawsze zaczesywała swoje długie niezbyt gęste siwe włosy w warkocz, który potem upinała wsuwkami w kok. Pamiętam pudełko z kilkoma starymi zabawkami z naszego dzieciństwa schowane w kącie pokoju za regałem i przy zasłonie, przede wszystkim te kręgle-zabawki, te piłki do nich… Pamiętam zabawy w prababcinym pokoju w pchełki (Kto jeszcze w XXI wieku grywa lub przynajmniej pamięta pchełki czy bierki?). Tyle rzeczy do wspominania, a nawet nie wiem, czy mamy aż tyle zdjęć razem; przynajmniej ja nie mam ich zbyt wiele tutaj (właściwie to tylko dwa), są pewnie gdzieś schowane w szafce za kanapą w mieszkaniu moich rodziców.

scan0005 scan0004

Natomiast Ania – Ania miała szczęście się urodzić jako pierwsza prawnuczka dla czterech żyjących Prababci (i dwóch Pradziadków: jednego polskiego i jednego angielskiego, ale o nich będzie oddzielny wpis).

Moja Perełka

Niestety jak Mała A przyszła na świat z jedną z nich – Prababcią Jadzią – nie było już wtedy najlepiej, i następne miesiące i lata tylko pogarszały jej stan zdrowia, i ostatecznie odeszła od nas w zeszłym roku przed trzecimi urodzinami Ani, zanim Ania zdążyła ją zapamiętać. Niby taka jest kolej rzeczy i nic się nie da z tym zrobić…  Na szczęście pozostają nagrane filmiki i zrobione zdjęcia, niezbyt pokaźna dokumentacja tych niewielu wizyt, które zawsze miały miejsce jak tylko byłyśmy w Polsce. Z czasem coraz rzadziej się nagrywało filmy, ponieważ widać było mieszane uczucia, jakie te wizyty wywoływały u Prababci Jadzi, która z jednej strony cieszyła się bardzo z każdych odwiedzin, a z drugiej nie mogła się pogodzić z myślą, że jej kondycja fizyczna nie pozwalała już nawet na samodzielne przytrzymanie Ani w rękach. Przykro mi było patrzeć na to wszystko – biorąc pod uwagę to, że to była moja ukochana Babcia (oczywiście drugą też kochałam, ale zawsze dzieci mają swoich faworytów, prawda?) – i tak jak Babci stan się pogarszał i z czasem nie mogła już wstawać z łóżka, tym bardziej Mała A, coraz to starsza, stawała się coraz bardziej niechętna do podejścia do niej. Wyczuwała instynktownie, że coś jest nie tak, i bała się tego, że jej Prababcia nie mogła się ruszyć.

DSCF0658 DSC08630 DSCF0348

DSCF0513

Ale Prababcia zawsze pamiętała o swojej małej, ukochanej i jedynej prawnuczce, zawsze pytała o to co u niej słychać i jak rośnie, i podsyłała pieniądze na prezenty, chociaż sama tak wiele nie miała. Wszystko dla jej Ani, którą nazywała Perełką. I tak myślę, że może i Ania nie miała sposobności tak naprawdę poznać tej wspaniałej Kobiety, którą ja miałam zaszczyt znać i której wnuczką byłam, ale mam nadzieję, że będę dla Małej A taką inspiracją, jak Babcia Jadzia dla mnie jest teraz (wydaje mi się, że doceniłam to co robiła dla nas dopiero gdy sama zostałam matką) – potrafiącą ugotować coś z praktycznie niczego w lodówce, potrafiącą szyć piękne spódniczki, szydełkować zabawki, trzymać rodzinę razem, i w ogóle dawać z siebie wszystko wszystkim samej nie mając tak dużo.

„Bacia” Kika

O ile śmierci Prababci Jadzi się spodziewano ze względu na jej stan zdrowia (co nie oznacza, że było się na to przygotowanym), o tyle śmierć Babci Kiki nadeszła dość niespodziewanie, i była kolejnym ciosem dla rodziny, w niecały rok po śmierci Babci Jadzi. Okazuje się co prawda, że ten rok różnicy był ważny dla pamięci Ani (przynajmniej na dzień dzisiejszy), ponieważ w zeszłym roku spędziłam bardzo dużo czasu z Małą A w Polsce ze względu na organizację ślubu mojego i Pana B, który miał miejsce w moim rodzinnym mieście, w związku z czym wizyt u Prababci Kiki i Pradziadzia Misia było zdecydowanie więcej. Ania bardzo lubiła odwiedzać swoich pradziadków, czasem pojechałyśmy z Dziadziem Jurkiem, czasem zwyczajnie wsiadłyśmy w autobus na Czubach, a czasem przeszłyśmy się na piechotę z centrum. Zarówno Prababcia jak i Pradziadzio mieli jeszcze energię i siłę i byli skorzy do zabawy z – również i z tej strony rodziny – ich jedyną prawnuczką. Mała A miała u nich swoje puzzle, stacjonarny nie-bezprzewodowy telefon, który uwielbiała, i kącik w małym pokoju, w którym mogła sobie usiąść przy biurku i malować flamastrami w czystych zeszytach, ten sam kącik zresztą gdzie Pradziadzio Misio zawsze trzymał swoje foldery z rachunkami, i gdzie ja kiedyś w pierwszych tygodniach pierwszej klasy liceum odrabiałam prace domowe i gdzie się uczyłam. Prababcia i Pradziadzio zawsze też trzymali czekoladę i ciasteczka specjalnie na te Guests – slash – Ania – emergencies, i Mała A dobrze o tym pamiętała. Czasami też zostawałyśmy dużo dłużej niż planowałyśmy, namówione na obiad. Wizyty nadzwyczaj przyjemne i radosne, te do zapamiętania na całe życie.

Ale oczywiście wszystko ma swój koniec, i kiedy dowiedziałam się 2 stycznia o śmierci Babci Kiki, zalałam się łzami, a Ania, siedząca obok mnie powiedziała typowo jak swój tata: What’s wrong mummy? Talk to me! Odpowiedziałam jej wtedy przez łzy, próbując dobierać proste słowa, że Prababcia Kika odeszła, i Mała A zrozumiała to w ten swój dziecięcy sposób i ze smutkiem w głosie, niecały miesiąc po naszej przeprowadzce do własnego domu, pół-szeptem rzekła: She’s never gonna see our house! 😦

A potem przyszedł dzień odwiedzin u Pradziadzia Misia pod koniec stycznia tego roku, i pewnie przez długi czas nie zapomnę tej malutkiej twarzy, na której malował się wyraz zbitego z tropu dziecka, czekającego na to, żeby jej kochana Prababcia Kika wyszła zaraz z któregoś z pokojów nas przywitać, ale oprócz Pradziadzia Misia była tylko pustka.

DSC08835 DSCF0538 DSCF0450

DSC08840 DSC08617

____________

Pomimo tego, że Mała A ze strony polskiej rodziny nie ma już pradziadków (z angielskiej na szczęście wszyscy się całkiem dobrze trzymają, o angielskich prababciach napiszę niebawem w części drugiej tego postu), to i tak się cieszę, że miała możliwość ich poznać chociaż trochę. Swoją obecnością podarowała im szczęście i radość, która – jestem pewna – towarzyszyła im przez te ostatnie lata ich życia aż do samego końca.

IMG_4690

And I will cherish all those precious memories, for both of us – myself and Ania.

Siadaj Babciu, siadaj blisko.
Zaraz Ci opowiem wszystko.
Prawie całą noc nie spałam,
bo prezenty wymyślałam.
Na kanapie się kręciłam,
aż dla Ciebie wymyśliłam:
z lodu broszkę i korale
i śniegowe cztery szale.
Dziesięć czapek w śnieżną kratkę
i lodową czekoladkę.
Jak nie będzie Ci smakować,
to mnie możesz poczęstować!

I’m taking my time

IMG_7313

Wiosna rozgościła się na drzewach i trawnikach, pozwalając słońcu opanować całkiem spory kawałek nieba. Usiadłam więc przy stole z otwartymi drzwiami na ogród – i chociaż nasz kawałek zieleni jest ledwo widoczny za stertami starych drzwi i mebli, i, nie oszukujmy się, przypomina bardziej puszczę póki co niż ogród – to  i tak wsłuchując się w dźwięki grających owadów i ptaków, co jakiś czas z akompaniamentem samochodów przejeżdżających z przodu naszego domu, czuję przenikający mnie spokój i nawet coś jest takiego w tym wszystkim, jakby wyjęte z jakiejś książki czy z filmu, że mogę się prawie poczuć jak pisarka (oczywiście, w rzeczywistości tak o sobie piszę, więc trudno to nazwać „pisarką”).

IMG_7298 IMG_7309

Chociaż, szczerze powiedziawszy, bycie pisarką nigdy jakoś nie stanowiło mojego największego marzenia, jeśli w ogóle można to sklasyfikować za marzenie z mojej strony. Pozostawię więc tą myśl doświadczonym.

IMG_7308

Tymczasem maj zza rogu wychyla się z całą garścią planów, chociaż kwiecień wcale nie było dużo gorszy. Poprzedni tydzień wydaje się jednym z najlepszych, które spędziłam do tej pory w tym roku, kto wie, może uda mi się niebawem napisać więcej na ten temat? Może jutro, ale dzisiaj będę się napawać tą chwilą, spędzoną w zaciszu naszego domu, po tym jak Pan B w biegu pojechał do pracy, a Mała A radośnie podskakując i trzymając w jednej ręce mleczyk, a w drugiej moją rękę, została odprowadzona do przedszkola. Już niewiele mi zostało z tych 3 godzin, które Ania tam spędzi.

Także zostawię Was z wczorajszym zdjęciem Ani zrobionym w parku w Needham Market, gdzie pojechałyśmy z odwiedzinami do rodzinki.

IMG_7244

The sound of silence

Na blogu cisza, w głowie sformułowane już parę postów, aczkolwiek myśli nie zostały sfinalizowane z powodu braku dostępu do internetu. Brak czasu również odgrywał znaczną rolę, ale mam nadzieję, że począwszy od jutra przestanę topić się w blogowych zaległościach.

Od razu ostrzegam co prawda, że mogą się pojawić dość smętne wpisy i głównie o charakterze wspomnieniowym, z „okazji” niezbyt odległego pogrzebu Pradziadzia Małej A. – Dziadzia Misia, momentu w moim życiu, w którym przestałam być „wnuczką”, ale o tym będzie później…

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

All I wanna say is that they don’t really care about us

Dziś grumpy to za mało powiedziane. Dziś to mieszanka złości i smutku. Dziś mi praktycznie oświadczono, że nieważne, co myślę o swoim małżeństwie, wychowaniu dziecka czy życiu as a whole, szanse są, że co robię, robię to źle.
Powiedziano mi, że nasza generacja szybko się nudzi i moje prognozy na przyszłość najprawdopodobniej wyglądają tak:

  1. Rozwód, bo tak i już.
  2. Rozwód, bo mąż ma dość tego, że zamiast zarabiania pieniędzy siedzę w domu z dzieckiem jako pełnoetatowa mama, bo to on musi utrzymywać rodzinę.
  3. Rozwód, bo mąż sobie kogoś znalazł.
  4. Rozwód, bo koleżanka mi odbiła męża. (Posunięto się do zasugerowania, czy koleżanka, którą zaprosiłam do siebie na tydzień jest godna zaufania.)
  5. Rozwód, ponieważ mąż myśli, że sobie kogoś znalazłam podczas wizyt do rodziny w Polsce.

Dodatkowo opcje od nr 1 do 5, czyli WSZYSTKIE, kończą się ze mną bez dachu nad głową i ogólnie czegokolwiek – mi się nic nie należy, przecież jestem matką pełnoetatową, czyli dla pewnych ludzi synonimem nikogo. (Oczywiście rozważano te nadwyraz optymistyczne opcje przede mną na znak martwienia się o mnie.)

Non-stop rzuca się we mnie także pytaniami zatytułowanymi „praca” z obligatoryjnym dodatkiem „w zawodzie”, i dzisiaj również mi tego pytania po powyższym wywodzie nie pożałowano. Nie powiem, miło się zarabia własne pieniądze, ale jeśli ktoś się mnie zapyta (a nie pyta nikt), czy jest mi dobrze po prostu w roli mamy, w domu z Małą A i tak naprawdę bez pracy, odpowiem, że nie jest źle, choć owszem, bywało ciężko. Nie mam nic przeciwko mojemu życiu, cieszę się z tego, że posiadam opcję zostania w domu i obserwowania jak moje dziecko dorasta, opcję ciągłego uczenia się siebie nawzajem – nie wszyscy mogą sobie pozwolić na taki luksus. Problem polega na tym, że wszyscy oczekują ode mnie dużo więcej, więc czuję się pod presją, że to co robię jest niewystarczające. Więc może faktycznie nie jest? Może pozostanie w domu to moja ucieczka przed szukaniem nie byle jakiej pracy, takiej, w której mogłabym się odnaleźć tak samo jak się odnajduję w domu? A może mi się wydaje, że się odnajduję w domu…?
W miarę niedawne dwa przypadkowe spotkania ze „Znawcami ds Dwujęzyczności u Dzieci”, próbują mi udowodnić chyba, że jednak dom nie stanowi rozwiązania do problemu „ja i moje życie”. Pan Taksówkarz i Pani Prababcia oczywiście stwierdzili, że sobie nie radzę z nauką językową mojego dziecka, ponieważ mając angielskiego tatę i rodzinę, mieszkając w Anglii i uczęszczając angielskie przedszkole, O DZIWO, preferencją Ani jest język angielski. Przy czym doskonale rozumie co się do niej mówi w języku polskim, bo od niemowlęcia mówiłam do niej po polsku i śpiewałam polskie kołysanki i piosenki. I co tam, że dziecko się speszyło przy dwójce obcych jej ludzi podczas wizyty u Żółwika, czyli Panu Dziadkowi i Pani Prababci i dla własnego komfortu kompletnie zaprzestała przed nimi używać nawet pojedyńczych słów polskich; Pani Prababcia stwierdziła, że dziecko nie umie i to moja wina.

No to niech i będzie moją „winą”.

Tell me what has become of my rights
Am I invisible because you ignore me?
Your proclamation promised me free liberty, now
I’m tired of bein’ the victim of shame
They’re throwing me in a class with a bad name
I can’t believe this is the land from which I came