A month ago…

IMG_7386

Już cały miesiąc mnie nie było na blogu, ale wypada mi chociaż się postarać napisać jeden post przez cały maj, więc oto on – częściowe (niestety nie dam rady zamieścić całości od ręki) podsumowanie maja (do części II o Prababciach na pewno wrócę niebawem) – miesiąca, który praktycznie od początku do końca był zaplanowany już od dłuższego czasu, z dodatkiem wydarzeń, które wpadły nam w plany „po drodze”, jak mój wyjazd do Londynu 1 maja, wyjazd do Warszawy na „Deszczową Piosenkę” 18 maja (który to wyjazd miał mieć miejsce w marcu, ale nie wyszło), a także 11-ste urodziny kuzyna Pana B, na które wybrałyśmy się razem z Małą A. Z pewnością będzie co wspominać, chociaż czas tak wypełniony minął nam błyskawicznie, a to jeszcze nie jest koniec podróżowania! Dopiero od połowy lipca trochę odetchniemy, aby we wrześniu zacząć nowy rozdział naszego życia, czyli „Ania idzie do szkoły”. Nadal mnie to trochę przeraża – w końcu będzie miała niecałe 5 lat, jak zacznie szkołę – ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle!

Przestaję już odbiegać od tematu maja, i zaczynam krótką podróż w czasie od wpisu, który zaczęłam 8 maja, kiedy się łudziłam, że zdążę napisać coś sensownego przed wyjazdem do Polski. 😉

***

1.05

Maj zaczął się od mojej wizyty w Londynie (która w odróżnieniu do innych wydarzeń tego miesiąca nie była planowana od mniej więcej roku – trzeba pozwalać sobie na spontaniczność od czasu do czasu ;P), podczas gdy Pan B i Mała A mieli calusieńki dzień dla siebie, wraz z kolejną wycieczką do Dales (o pierwszej pisałam tutaj) – tym razem w towarzystwie wesoło rozgrzewającego słońca; a także z wypadem z Grandmą do Makro, aby porobić niewielkie zapasy żywnościowo-gospodarcze.

DSC02275

Wizytę w Dales udokumentowano niewielką ilością zdjęć, z czego to powyżej mi się najbardziej podoba: Mała A w kapeluszu z Hello Kitty i ze swoją czerwoną woodland hat, do której były poprzyczepiane skarby znalezione w lasku jak liście, kwiatki i piórka. Zrobione przez Pana B ma – według mnie – coś w sobie z ilustracji Dr Seuss!

Słonecznej pogody też nie brakowało w Londynie, gdzie od niepamiętnych czasów (bo w większości około 10 lat temu) przechadzałam się w okolicach angielskich zabytków i miejsc turystycznych w celu ich (kolejnego) obejrzenia wraz z przyjaciółmi. Co prawda płatne obiekty omijałam wielkim łukiem (jak wnętrze St Paul’s Cathedral), ponieważ są zdecydowanie nie na moją kieszeń, ale szczerze mówiąc przyjemnie było się wcielić poniekąd w rolę turysty – a nie kolejnego przejezdnego – czego już dawno będąc w Londynie nie robiłam.

IMG_7316 IMG_7339

Nasze spotkanie – z Ann, jej bratem i Janko – zaczęliśmy właśnie od katedry, jadąc potem metrem w stronę Westminster’u, aby przejść się stamtąd przez St James Park do Buckingham Palace. Nie da się ukryć, że pogoda sprzyjała spacerowi, a i nie obyło się bez porobienia zdjęć z pięknymi tulipanami w okolicach pałacu, na tle Big Ben’a. 🙂

IMG_7365 IMG_7409

Spod Buckingham Palace ruszyliśmy na piechotę do stacji metra, z której dotarliśmy do South Kensington, aby zajrzeć do Science Museum. Muzeum jak dla mnie było w miarę interesujące (chociaż poziom/piętro  nr 3 na temat tego co nas czeka w przyszłości kompletnie mnie rozczarował); większą część czasu spędziłam na poziomie nr 2 dotyczącym klimatu i jego ocieplenia, co szczerze mówiąc wprawiło mnie w dość posępny nastrój, bo rozwiązań na przeciwdziałanie tego zjawiska nie ma wiele, a geoengineering – które wydawałoby się w miarę sensowym działaniem (w porównaniu z redukcją carbon footprint) to tak naprawdę teoretyka póki co – i zastanawiam się czasami jak wiele się zmieni za 50 lat w naszym życiu, w życiu Małej A i jej przyszłej rodziny… Starając się nie kontemplować tego zbytnio i na poprawę humoru wyruszyłam na piętro nr 1 nazwane „Who am I?” z różnymi ciekawostkami, po czym stwierdziłam, że jednak aby chociaż po części zapomnieć o tym, czego się dowiedziałam piętro wyżej, potrzebuję się wybrać na retail therapy, co oczywiście oznaczało udanie się na parter do sklepu z pamiątkami i różnego rodzaju gadżetami.

IMG_7442 IMG_7448

Tak więc z muzeum wyszłam z książką dla Ani z różnymi eksperymentami dla dzieci (około dwadzieścia parę eksperymentów, ale na razie nie miałam okazji z Anią z tej książki skorzystać z powodu braku czasu), teleskopem z powiększeniem x8 i mikroskopem z powiększeniem x30 w jednym – w postaci podobnej do większego pióra albo długopisu (bardzo się Ani ten prezent spodobał, szczególnie część mikroskopowa), oraz ze świeczkami, których płomienie mają różne kolory po ich zapaleniu.

IMG_7470 IMG_7513

Po Science Museum panowie poszli swoją drogą do pub’u pooglądać mecz, a ja, Ann i Ika, która do nas doszła po wizycie w muzeum, pojechałyśmy do Gloucester Road Station, aby tam nieopodal w restauracji ASK zjeść obiad (z winem oczywiście ;)). Niedługo po obiedzie i obraniu kierunku Soho, dotarł do nas kolega z klasy licealnej i razem poszliśmy do pub’u, gdzie dołączyli do nas również Janko i brat Ann. Niestety, aby zdążyć na ostatni pociąg do domu (co mi się ledwo udało) musiałam opuścić towarzystwo niedługo po tym jak się już wszyscy ponownie zebraliśmy, ale i tak się cieszę, że miałam okazję się spotkać ze wszystkimi. 🙂 Dziękuję Wam!

IMG_7545 IMG_7549

3-5.05

Tuż po londyńskiej wizycie, 3 maja, nasza mini rodzinka udała się do Oxford’u (i to w nie byle jakim stylu, bo first class w pociągu, czego żadne z nas nie miało wcześniej przyjemności doświadczyć ;)), aby 4 maja uczestniczyć w ślubie i weselu przyjaciół z Reading Christopher’a (który jest Anglikiem, o którym się marzy, żeby spotkać po nauce angielskiego w szkole – z takim akcentem, jaki on ma, brzmi na takiego w pewnym sensie – zdecydowanie pozytywnym  – staroświeckiego Brytyjczyka, o którym się właśnie uczy w szkole!) i Vicky.  Nie będę nikogo oszukiwać – angielskie wesela nie za bardzo się umywają do tych naszych polskich (biased much?), ale z pewnością ciekawą tradycją są speeches pana młodego i jego świadka, które zazwyczaj są opatrzone w parę anegdot z życia wziętych. Tym razem panowie – jako wielcy fani Gwiezdnych Wojen – powrzucali również sporo odniesień do Star Wars, z powodu 4 maja (May the Forth [force] be with you). Z Gwiezdnych Wojen obejrzałam tylko jeden odcinek (ponoć jeden z tych trzech lepszych), ale i tak zrozumiałam dużo ze „Star Wars talks”, co uważam za niewielki sukces. 😉 Dodatkowym interesującym akcentem, zagwarantowanym przez państwa młodych było to, że na ślub i potem z powrotem na wesele jechaliśmy typowym czerwonym double-decker’em starej daty z drabinką do wyjścia dla kierowcy i otwartym tyłem ze schodami prowadzącymi do siedzeń na górze. Niestety nie porobiłam zbyt dużo zdjęć, ponieważ skupiłam się na filmowaniu… co w rezultacie zostawiło nas bez żadnych zdjęć pary młodej albo w ogóle w miarę znośnych zdjęć, ups! Co prawda czego nie ma na zdjęciach, jest w naszej pamięci, oby jak najdłużej. 🙂

DSC02283

I jakby nie patrzeć wszyscy się bardzo dobrze bawiliśmy, a Mała A to zupełnie szalała na parkiecie i ganiała wokół stołów wraz ze swoim partner in crime – dziewczynką nieco młodszą od Ani, która siedziała przy tym samym stole co my. Obydwie świetnie się bawiły w swoim towarzystwie, i aż do 10 wieczorem, kiedy to stwierdziliśmy z Panem B, że musimy się zacząć zbierać pomimo młodocianych sprzeciów, że „I’m not tired!!”. Ledwo weszliśmy do naszego hotelowego pokoju (czy właściwie dokładniej Travelodge) i Mała A praktycznie od razu padła. 😉

215360_868660483113_971129783_n 486731_868662084903_731308169_n

Od tamtego czasu co jakiś czas pyta, czy znowu możemy pojechać do hotelu, bo jej się TAK tam podobało!

***

I tym samym doszłam do końca tego wpisu, jeszcze ponad połowa miesiąca wspomnień przed nami, a więc do zobaczenia! 🙂 A w międzyczasie zapraszam na niedawno stworzoną stronę facebook’ową bloga tutaj.

When better becomes the best

Dearest C & J,
We’ve known each other for around five years now, which may seem like not that much, but I know that for all of us it’s a lifetime of friendship as we have been together through the biggest changes in our lives and we’ve always had lots of fun too. You stood there happy for us when we were telling you about our Big News even though you were about to enter a long and often dreadful journey throughout the coming years. You stood strong for your own sake and the sake of your family and friends, seeing how their problems were truly nothing in comparison to your pain, yet you never said a word. We stood by you, offering support and shoulder to cry on to ease your troubles, knowing that there’s nothing else we could do to help, so we just made sure you knew we were always there for you.
Now you’ve made it through the worst, and are standing your ground firmly as before, I must say – we are over the moon to hear your Big News – you’ve finally got your long-awaited dream. It’s hard to express how happy we are for you, so let us just say that you definitely deserve it big time. And, just so you know, we are definitely tagging along on this journey too!
With all our love and forever yours,
D, B & A

Out in the Dales

Można by się zacząć martwić, że tajemniczo po Thriller‚ze at night, nie pojawiałam się tutaj przez parę dni, ale oto jestem – chwilowo przynajmniej – obecna. Ostatnio mi brakuje czasu, bo staram się wszystko ogarnąć w domu dla Małej A i Pana B (niesamowite jak krótko stan porządku trwa w tym domu!) oraz ogarnąć siebie, bo wyjeżdżam na weekend do Reading, aby w sobotę wybrać się na spotkanie w stylu wieczoru panieńskiego mojej koleżanki, dla osób, które na sam wieczór panieński nie mogły się załapać z różnych względów (ja akurat miałam wykupione bilety na koncert zespołu Fun w Norwich, na który się wybieram z Demonkiem :)). W marcu oprócz tego czeka mnie jeszcze wizyta weekend‚owa Mylenki oraz Deszczowa Piosenka w Teatrze Roma w Warszawie, więc niestety, ale mam wrażenie, że częstotliwość wpisów się nie poprawi przez jeszcze jakiś czas.

W każdym razie, oprócz rzeczy wokół mnie, którymi trzeba się zająć, są jeszcze momenty na przyjemności. Wczoraj z Anią wybrałam się do niewielkiego lasku w naszym mieście zwanym The Dales – wyjście zorganizowane przez przedszkole, a więc byli też i mali przyjaciele Małej A, panie nauczycielki/opiekunki jak i większość rodziców – wspaniała okazja do zobaczenia z kim Ania się bawi najlepiej (oczywiście poza Pewnym Nonszalanckim Osobnikiem) i wreszcie powiązać imiona wymieniane w przedszkolu („Ania spędza czas z [przeróżne imiona]”) – z dziećmi! I tak oto dowiedziałam się w końcu, która dziewczynka ma na imię Mia-Rianne i którzy to Bethany i Mikey (przesympatyczne rodzeństwo bliźniaków).

Dzieci miały mnóstwo zabaw w trakcie przechadzki po lasku: bieganie po polanie, zbieranie listków, gałązek i innych rzeczy, które przyciągały uwagę (ślimakowe muszle, piórka, kwiatki, mech itp.) i przyklejanie tego wszystkiego na niewielką karteczkę z dwustronną taśmą klejącą, którą panie opiekunki rozdawały każdemu dziecku;

DSC02107

budowanie niewielkich namiotów (z pomocą dorosłych), żeby zjeść w nich  „małe co nieco”, była też zabawa w chowanego i wiele innych, np. jak malowanie drzew kolorową wodą czy chodzenie w błocie (nie ma to jak kalosze, aczkolwiek Ania nie miała swoich, bo gdzieś nam się zapodziały w domu albo w przedszkolu – nie wiem – w każdym razie jej kozaczki w miarę się spisały). Udało się także złapać niewielką żabę, pokazać dzieciom i wypuścić, aby odskoczyła w siną dal.

DSC02088 DSC02091

Małej A tak się podobało, że nie chciała wracać do domu. 😉

DSC02078 DSC02075 DSC02073

All alone in the moonlight, I can smile at the old days

Zebrało mnie na wspomnienia i zaczęłam wracać do wiadomości tych sprzed lat i tych sprzed paru dni… Pewnie nie raz pojawią się tu powroty do przeszłości. Ale teraz pozostawię jedynie namiastkę mojego wieczoru:

Lata mijają i bez przerwy fizyczna lokalizacja Twoich przyjaciół się zmienia. Pamiętam jak dziś, gdy przeczytałem wiadomość od Ciebie lata świetlne temu (tak tak, lata świetlne to odległość), że byłaś w ciąży i że przygotowujesz się na nadejście swojego nowego pokolenia. Byłaś wtedy pierwszą znaną mi i bliską mi osobą, która spodziewała się dziecka. Czasem myślę, że ten moment był momentem przełomowym – dla Ciebie na pewno, ale dla mnie i dla nas wszystkich też. Reprezentował sobą przejście do innego, następnego poziomu życia. Tobie Ania zmieniła życie całkowicie, jak tylko można przez miłość. Ale i nam wszystkim otworzyło oczy na fakt, że nasze codzienne, przyziemne zmartwienia nie umywają się ani do batalii z przyszłym pokoleniem, ani do obdarzania go wszystkimi zasobami miłości, jakie się ma. Wtedy wszyscy byliśmy z Ciebie dumni. I teraz ja wiem, że nadal jestem dumny – bo pomimo wielu doświadczeń i gruntownych zmian w Twoim życiu, nadal byłaś tą samą (ale wzbogaconą) osobą.

Ania jest teraz duża […] życzę Tobie i Jej, żeby dorastała w atmosferze otwartości, ciekawości świata i możliwości wnikliwej jego obserwacji. […] Wiesz, dochodzę do wniosku, że często nawet nie zauważamy, kiedy kroczymy dobrą drogą – idziemy, idziemy, i nagle zdajemy sobie sprawę, że ta ścieżka gdzieś nas prowadzi, a nie wciąga nas głębiej i głębiej w puszczę.  W zeszłym roku poczyniłaś wielki krok, ale sama wiesz najlepiej, że wielkie kroki są tylko wynikiem małych, każdy z których jest równie ważny. I nigdy nie zapomnij, że niezależnie od oceanów, gór, lasów i rzek, Twoi przyjaciele Cię kochają, pamiętają i myślą o Tobie, i (miejmy nadzieję) nie przestaną Cię zaskakiwać – i tak pozostanie do końca ich dni. […]

I  believe that you measure yourself by the people who measure themselves by you.

Medacynkowe wspomnienia z pączkami

Dzisiaj wpadam na nieco krócej niż zwykle (te prace domowe, które zaniedbałam z powodu bólu w mostku łypią na mnie naburmuszone), korzystając z okazji, że Pan B w ten swój dzień wolny wreszcie – za moją namową – zabiera Małą A na pływalnię, na której Ania nie była już od bardzo dawna (a uwielbia zabawy w wodzie). Mama chętnie by się wybrała na pływalnię, ale ciągle nie może przełamać strachu i nauczyć się pływać… Próbowałam wiele razy, ale nadal się nie przeprosiłam ze wspomnieniami basenowymi z podstawówki, kiedy nie mogłam się wydostać spod wody (po trzymaniu się za ręce ze wszystkimi i zanurzeniu się na rozgrzewkę). Poślizgnęłam się czy coś tego typu, już nawet dokładnie nie pamiętam, i zaczęłam panikować. Poza tym tyle się zawsze nasłuchałam o skakaniu do wody (radio, telewizja, rodzice-lekarze) i różnego rodzaju śmiertelnych wypadkach z tym powiązanych, że również nigdy nie mogłam skoczyć do wody inaczej niż na „bombę”. Zatrzymam się tutaj co prawda, ponieważ nie o tym chciałam pisać, a Ania all excited właśnie wyszła ze swoim tatkiem z domu, więc countdown do ich powrotu się zaczął, a czas trzeba wykorzystać najlepiej jak się da (jak na ironię ze Spotify poleciała The Lazy Song, ha!).

Wracając do wspomnień z pobytu Medacynki, pamiętam, że jakoś nasza wspólna podróż nie zaczęła się tak szczęśliwie. Na blogu miała pokazać się wzmianka na ten temat pod tytułem „Kłębek nerwów”, nie miałam okazji jej skończyć (m.in. dlatego, że dowiedziałam się, że jeden z moich bliskich przyjaciół praktycznie walczył o życie wtedy w szpitalu i mi było głupio, że tak się rozkleiłam, jakby mój dzień był najgorszym w życiu każdego człowieka), ale teraz z perkspetywy czasu Was uraczę tym co powstało wtedy w środę 6 lutego:

„Nie lubię takich dni jak dzisiaj. Sądzę, że w sumie mało kto za takimi przepada. Wszystko szło opornie i chociaż nie latam od dziś tylko w miarę regularnie od szczęściu przeszło lat, w tym trzy i pół z Małą A (pierwszy raz leciałam z nią po jej skończonych sześciu miesiącach życia), i wydawałoby się, że mam w tym jako takie doświadczenie, szczególnie z przygotowaniem do podróży, dzisiejszy dzień pokazał mi, że nie powinno się spoczywać na laurach i że trzeba spodziewać się wszystkiego. W moim wypadku to „wszystko” zawarło się w „W[alizka] stanęła do góry dnem”, tylko niczego nie udawała. Kontrolę przed wylotem z nowego, dodam tyciego, bo mniejszego niż Modlin, lotniska od wczoraj uważam za najsurowszą, z którą dane mi się było spotkać, bo oprócz oczywistego wyjęcia rzeczy elektronicznych czyli laptopów, tabletów i telefonów, okazuje się, że trzeba także wyjąć aparat cyfrowy (nie lustrzankę, o którą mnie pytano), niańkę elektroniczną i na wszelki wypadek elektroniczne szczoteczki do zębów, i może od razu kable i ładowarki…

Zapytacie może, skąd to wszystko znalazło się w moim bagażu podręcznym (zażartowałabym, ale chyba sobie i Wam odpuszczę na wszelki wypadek, nie wiadomo kto się tu pojawia, więc kontynuując na poważnie: ) – otóż są to niejako drogie rzeczy, które w miarę możliwości wolę trzymać przy sobie, nie wspominając o tym, że waga takich rzeczy jest dość duża, a jak się leci tanimi liniami, to każdy gram jest na wagę złota, i to dosłownie. (Jeden z dwóch głównych powodów nielubienia tanich linii; ale jak połączenia są korzystniejsze to niby całą resztę można przeboleć.)”

Och, byłam wściekła w środę. I roztrzęsiona. Stres mnie zjadł całkowicie, nerwy sięgały szczytu, a Ania przy mnie stała i patrzyła jak całą zawartość walizki staram się z powrotem poskładać tak, żeby się wszystko zmieściło (prawa fizyki nie pozwalają oczywiście wrzucić wszystkiego byle jak, bo przecież się bagaż nie zamknie!). Nie było czasu, żeby coś Małej A kupić do picia do samolotu (a na pokładzie jakoś nie przepadam, ale jak mus to mus). Ledwo zdążyłyśmy do kolejki priorytetowej (z dzieckiem uważam, że warto zapłacić więcej, żeby uniknąć zamieszania i dodatkowego stresu na wypadek, gdyby się okazało, że wszystkie wolne miejsca obok siebie są zajęte i trzeba prosić innych o przesiadanie się, a oni nie zawsze chętnie do tego zagadnienia podchodzą). Na samym pokładzie samolotu wszystko się nieco uspokoiło i można było odetchnąć, chociaż nie miałam nastroju do pogaduch (Medacynka co prawda siedziała w innym miejscu niż my, bo my rezerwowałyśmy miejsca – potem się okazało, że mogła siedzieć obok nas, bo nikt więcej nie wykupił miejsc w naszym rzędzie, ale było za późno) i zabawy, ale jakoś dało radę. Jak wylądowałyśmy wszystko szło całkiem smooth, aż do chwili, kiedy trzeba było biec do toalety z Anią, a na drzwiach do tej najbliższej wisiała tabliczka z napisem „Nieczynne”… no to sprintem na drugi koniec lotniska i sprintem z powrotem, żeby potem sprintem po raz kolejny biec – tym razem z Medacynką już i całym bagażem – na przystanek na autokar, bo bałam się, że się spóźnimy. Potem oczywiście były korki, na szczęście niewielkie, więc opóźnienie tylko około 10 minut. Mój plan też do końca nie wypalił, bo postój taksówek przy przystanku naszego autokaru (już w moim mieście) został zlikwidowany jak byłam w Polsce, więc trzeba było dzwonić po taksówkę. Niby pół biedy, ale jak taksówka zaczęła odjeżdżać z OTWARTYMI drzwiami, bo przypinałam Ani pasy stojąc na zewnątrz, myślałam, że mnie zaraz szlag trafi. Na zwieńczenie tego cudownego dnia, już w domu, zalałam się sosem pomidorowym + ścianę + kanapę. W rezultacie czego dodatkowo zalałam się łzami. And the joke’s on me.

Podziwiam Medacynkę za to, że to wszystko wytrzymała i nie chciała uciekać ode mnie pierwszym lepszym samolotem do Polski! Ale niby znamy się już te prawie 10 lat i one would hope, że wszystkie najgorsze momenty mamy za sobą, a jeśli jakieś na nas czekają, to że sobie z nimi poradzimy. 🙂

Co do tych pączków, które mają zaszczytne miejsce w tytule, Medacynkę strasznie nosiło, żeby z okazji Tłustego Czwartku urządzić pieczenie w kuchni, i – chociaż z małym poślizgiem czasowym, bo wylądowałyśmy z pieczeniem pączków w Shrove Tuesday, czyli w wersji wtorkowo-naleśnikowej Tłustego Czwartku w Wielkiej Brytanii – nie wahając się długo po zobaczeniu przepisu na pączki typu Krispy Kreme (kto raz spróbował te zupełnie inne niż nasze polskie pączki wie czym się zachwycać) na blogu Przypalonego Czajnika naszej kochanej drogiej MiNy, spędziłyśmy dzień przed wyjazdem Medacynki prawie całkowicie i jedynie w kuchni: robiąc ciasto, doglądając go, wycinając pączki, doglądając je, smażąc pączki i dekorując je, a potem jedząc wspólnie ze wszystkimi. 😉

Moim głównym celem było stworzenie pączka podobnego przynajmniej w smaku do Strawberries & Kreme. Dla Pana B oczywiście, bo to jego ukochany smak. 🙂 Do nadzienia użyłyśmy z Medacynką smooth strawberry jam i swiss meringue buttercream, przepis na buttercream pochodził z mojej ukochanej, niezawodnej książki do robienia babeczek Cupcakes autorstwa Sue McMahon, dostępnej np tu.

IMG_5623IMG_5621

Podjęłyśmy się też próby zrobienia Millionaire’s Shortbread (mój ulubiony smak!), ale skończyło się na zrobieniu pączków z czekoladową polewą z przepisu i z nadzieniem karmelowym (bez czekoladowego), według przepisu na all-purpose caramel recipe z tej strony.

IMG_5321 IMG_5334IMG_5327 IMG_5331 IMG_5332

Zabawa była całkiem przednia (ja po raz pierwszy w życiu robiłam pączki, natomiast Medacynka to zaprawiony kucharz ;)), ale dość męcząca!

IMG_5253IMG_5233IMG_5245IMG_5252IMG_5263 IMG_5286

Poza tym wielkie podziękowania idą w stronę Medacynki za niekończące się zabawy z Małą A, przede wszystkim jej lalkami w olbrzymim domku dla lalek, i za tą nieograniczoną niczym cierpliwość do swojego podążającego za Nią wszędzie nowego „cienia”. 😉 I za mile spędzone wieczory z grzanym winem przed „kominkiem” bez Ani. Będzie co wspominać!

DSC02024DSC02023

DSC02035DSC02048DSC02052

DSC02036DSC02033DSC02037DSC02044