The uncanny resemblance of…

Ostatnio jak byłam w Polsce naszło mnie wreszcie na zeskanowanie starych slajdów dla mojego taty, z czym i ja i on nosiliśmy się już od bardzo dawna. Skaner – Canon 9000F, który został dokładnie do tego celu kupiony – czekał na tę chwilę prawie dwa lata. Zabawa była przednia, chociaż wymagała dużej ilości wolnego czasu (ze względu na to, że można było skanować tylko 4 slajdy 35mm lub 3 klatki pozytywowe 6cm naraz), poza tym każdy slajd musiał być wycierany szmatką z kurzu, tak samo jak i skaner, bo się zaplątywały co jakiś czas jakieś małe farfocle. Oczywiście metoda wycierania szmatką nie była kompletnie foolproof, więc i tak parę drobinek się nawinęło, ale zawsze, jak przyjdzie czas, można to skorektować w programie graficznym. 🙂

Ponieważ pod ręką miałam tylko good ol’ Paint, to zwyczajnie posklejałam parę zdjęć bez żadnego tuszowania i mamy Małą A. i Małą D.

Like mother like daugther, jak to mówią!

combined1 combined2  combined4 combined3 combined5 combined6

My little pony love

Dawno nie pisałam o Małej A., więc zamiast rozpoczynania wpisów po przerwie od tego co się całkiem niedawno działo i do czego opisania potrzebuję czasu i wyciszenia – możliwie z dużą ilością chusteczek w zasięgu ręki – postanowiłam wrócić nieco ponad tydzień wstecz, do postu, który miał wtedy powstać na temat tego jak Ania spędza czas, kiedy siedzimy w domu, głównie z powodu bardzo niezachęcającej pogody za oknem (deszczu lub zimna). Oczywiście oglądanie programów i bajek na CBeebies i komputerze, czytanie dziecięcych opowiastek i przeglądanie książek (jak np Children’s picture atlas of animals wydawnictwa Usborne), rysowanie lub malowanie, i porozrzucane wszędzie zabawki – to stały punkt programu praktycznie każdego dnia, ale ostatnio powróciłam do zabawy, którą zaprezentowałam Ani prawie rok temu, a której w naszym domu nie za bardzo można było praktykować z powodu wszechobecnego bałaganu, który zazwyczaj panuje w domu przez pewien okres po przeprowadzce.

Jakiś czas temu, podczas którejś z naszych wizyt w Polsce, namówiłam Babcię Małej A. na kupienie ukochanej wnuczce DVD z filmem „My little pony – Mój mały kucyk” z 1986 roku (oczywiście w polskiej wersji językowej), którego kucykowe urywki pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Ani szybko bajka przypadła do gustu (chociaż słowo daję, że nie pamiętam, żeby ten film był aż tak dziwaczny, kiedy byłam mała) i od tamtej pory obejrzała to DVD chyba już setki razy (i nie, doprawdy nie wyolbrzymiam!). Niedługo potem, kiedy Mała A. awansowała z oglądania Baby First do MiniMini+, okazało się, że w telewizji zawitała nowa generacja kucyków, w postaci 20-minutowych odcinków serialowych (serial ma obecnie 3 sezony, w tym 2 przetłumaczone na polski i obydwa po premierze na MiniMini+), czyli „Mój mały kucyk – Przyjaźń to magia” (My little pony – Friendship is Magic). Zarówno Ciocia (chyba właśnie ona odkryła te kucyki), ja i Mała A. zakochałyśmy się (z dopiskiem „od nowa” w odniesieniu do mnie i Cioci ;))! Bajki są całkiem przeurocze, a każda z nich ma jakiś morał o tym, czego można się uczyć o przyjaźni.

Szybko wróciły wspomnienia dawnych zabaw z moją siostrą z „niewielką” kolekcją kucyków, ale ponieważ te do tej pory pozostają w ukryciu, u Ani na półkach zaczęły się nagle pojawiać serialowe kucyki (na pewno nie zgadniecie za czyją sprawką!), jeden za drugim, aż wreszcie uzbierała praktycznie wszystkie główne i często przewijające się kucyki (z duplikatami niektóre), których imion nie wymienię, żeby nie przynudzać (ale tak, wszystkie znam na pamięć tak samo jak i Ania….).

IMG_6031 IMG_6030

W każdym razie oprócz zwykłego bawienia się kucykami – rozmawiania z nimi i między nimi, budowania im domków i zabierania na przygody – zabawa, która bardzo Małej A. przypadła do gustu, to wyproszenie Ani z pokoju, pochowanie kucyków, czy to na półce, czy to za nogą stołu (najlepiej w miarę widocznym miejscu i na pewno nie w szafkach, żeby nie uczyć grzebania po nich), i poproszenie jej z powrotem do pokoju, żeby znalazła wszystkie swoje kucyki! Możecie mi uwierzyć na słowo, że może się tak bawić godzinami. 🙂 A jak wszystkie znajdzie, to potem mnie wyprasza z pokoju i sama je chowa, żeby każda z nas miała swoją „kolejkę”, tylko jak wracam do pokoju to podekscytowana pokazuje mi jak to mądrze schowała kucyki tu, i tu, i tu i tu i tam! No nic, kiedyś się nauczy, że się nie podpowiada od razu z miejsca, ale póki co świetnie się tak bawimy. (Chociaż Ania pewnie też tak robi trochę, żeby szybciej mogła zacząć swoją następną „kolejkę” szukania. :))

A oto parę zdjęć naszych chowających się kucyków.

IMG_5944 IMG_5942 IMG_5952 IMG_5946 IMG_5949 IMG_5953 IMG_5930 IMG_5938

PS. W takie niezbyt ciekawe i pochmurne dni, oprócz zabaw kucykami, często też odwiedzamy zarówno angielską (Hasbro) jak i polską (MiniMini+) stronę z kucykowymi grami komputerowymi – też Małej A. się bardzo podobają. (A i ubrania z ulubionymi bohaterami też chętniej nakłada!)

IMG_6029 IMG_5712

PPS. Ktoś mi powiedział, że te nowe kucyki są obrzydliwe, bo nie wyglądają jak koniki, i o ile poniekąd się zgadzam, że faktycznie nie są aż tak „konio-podobne”, to i tak uważam, że są całkiem przesympatyczne i da się je lubić!

The sound of silence

Na blogu cisza, w głowie sformułowane już parę postów, aczkolwiek myśli nie zostały sfinalizowane z powodu braku dostępu do internetu. Brak czasu również odgrywał znaczną rolę, ale mam nadzieję, że począwszy od jutra przestanę topić się w blogowych zaległościach.

Od razu ostrzegam co prawda, że mogą się pojawić dość smętne wpisy i głównie o charakterze wspomnieniowym, z „okazji” niezbyt odległego pogrzebu Pradziadzia Małej A. – Dziadzia Misia, momentu w moim życiu, w którym przestałam być „wnuczką”, ale o tym będzie później…

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

You raise me up

Są ludzie, o których można opowiadać i pisać bez końca, nasi Bohaterowie Dziecięcy, którzy zawsze ratowali nas przed kolejnym starciem z rodzicami, brali pod skrzydła i kochali inną miłością, prawie że wolną od ciężkiej wagi wychowania, bo my sami chcieliśmy się od Nich uczyć i wchłaniać opowieści Ich pokolenia nawet jeszcze wtedy nie do końca o tym wiedząc. Spędzać z Nimi czas, Ich obserwować i cieszyć się niezmiernie Ich obecnością to była nagroda, którą czasami zbyt rzadko się docenia, dopiero z perspektywy czasu.
Od dzisiaj Ich wszystkich, całą Czwórkę – Prababcię, dwie Babcie i Dziadzia – będę mogła nosić tylko w sercu i w pamięci, mając nadzieję, że chociaż namiastka mglistych wspomnień pozostanie Ani z obecności w jej życiu jej polskich Pradziadków, którzy tak bardzo ją kochali. Choć przez tak krótką chwilę, wprowadziła do Ich życia taką nieopisaną radość i nową energię, chociaż sama nie będzie mogła sobie z tego zdawać sprawy.
Ku Waszej pamięci, z ogromnym bólem w sercu i łzami w oczach, ale z ogromnym uśmiechem na wspomnienia naszych wspólnych chwil, tych z mojego dzieciństwa i z dorosłości, chciałam Wam podziękować za Wasz niesamowity wkład w moje, nasze, życie.
Kocham Was,
D.
Xxxxx

Take me away

Nawet nie wiem gdzie mi poprzednie dni uciekły, mijają tak szybko; a tu już kończy się drugi dzień marca. Zza ściany od sąsiadów słychać po raz pierwszy od naszej przeprowadzki tutaj muzykę. Powtarzający się znany rytm, z pewnością brzmi jak Stand by me. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, oby tylko nie obudziło to Ani, chociaż akurat jej pokój jest położony najdalej od łączącej nas z naszymi jedynymi sąsiadami ściany.

Mała A ostatnio zaczęła „harcować” wieczorami. Zazwyczaj około 19 zbieramy się z Anią na górę, a mniej więcej pół godziny później już leży w łóżku po umyciu zębów i przeczytaniu jej bajki na dobranoc. Potem tak leżąc z nocnym światełkiem w pokoju, lekko uchylonymi drzwiami i z zapalonym światłem na korytarzu, spokojnie sobie zasypia. Czasami wstanie z płaczem, że potrzebuje pójść do toalety (płacz ze zmęczenia i z braku ochoty do wstawania z łóżka o nocnej porze). Ale ostatnio, po tym jak ją zostawiamy w jej pokoju i schodzimy na dół, słychać odgłosy schodzenia z łóżka na podłogę, wchodzenia z powrotem na łóżko, skakanie na tym samym nieco trzeszczącym łóżku i rozmawianie z zabawkami (pewnie im opowiada, jak to Grandad nauczył ją opowiadać kawał o tym jak się zaczyna misiowy wyścig!). Pozwalamy jej tak się „wygadać” i trochę „wyszaleć”, ponieważ – bardzo grzecznie zresztą – ani razu nie opuściła swojego pokoju po tym, jak ją położyliśmy spać, a z kolei krzyczeć na nią, że ma spać chyba zbytnio nie pomoże. Poza tym fajnie jest jednak się po cichu pobawić w swoim pokoju w tajemnicy przed rodzicami. 😉 Jedynym minusem jest to, że zaczęła wstawać bliżej 10 rano. Niby nie powinnam narzekać, prawda? Przynajmniej mogę pospać dłużej (od zawsze mam naturę śpiocha), ale jakoś nie jestem do tego późniejszego jej wstawania zbytnio przekonana… Cóż, zobaczymy jak to będzie i najwyżej trzeba będzie wprowadzić jakieś zmiany, dość radykalne jak na mnie i na nią: budzik (z którym nigdy się nie dogaduję; to Ania zawsze pełni rolę mojego budzika i zamiast okropnego alarmu jestem budzona jej głosem i buziakiem), żeby budził mnie, a potem ja będę budziła Małą A.

Aczkolwiek zastanawiam się, czy to może nie jest jej pewien bunt – już kolejną noc z rzędu od czasu skype‚owej rozmowy z Babcią i Dziadziem słyszę tylko You wake me up in the morning, OK? And you say „Ania Ania, wake up, it’s time to go to Poland!”.  A następnego dnia, wchodzi do mnie do pokoju i ze smutkiem w głosie oznajmia, że znowu jej nie obudziłam mówiąc it’s time to go to Poland. 😦

Tylko jak to zrobić, kiedy najprawdopodobniej nie będziemy w Polsce aż do czerwca…?

gwiazdka

Rodzinnie

11 stycznia tego roku, jadąc autokarem z lotniska w London Stansted do domu, otrzymałam bardzo szczęśliwą nowinę o narodzinach pewnego Żółwika. Czekałam z niecierpliwością na jego przyjście na ten świat, od dawna myśląc co by sprawić jemu i jego rodzicom na prezent z okazji powiększenia rodziny, a sama będąc mamą i przerabiając rozdziały pod tytułem „Pierwszy bobas” oraz „Zostaliśmy rodzicami” na własnej skórze, wiedziałam, że opcji przydatnych jest całe mnóstwo. Począwszy od ubranek i śliniaków, których w pierwszym roku życia dziecka nigdy za dużo, bo tak szybko z nich wyrastają i tak szybko je brudzą, po gryzaczki na czas wyrzynania się pierwszych ząbków i swędzenie dziąseł, poprzez przeróżne akcesoria do kąpieli, aż do edukacyjnych mat do zabawy, skończywszy na akcesoriach dużo dłuższego użytku takich jak niańki elektroniczne (które jednak wiążą się z większym wydatkiem). Nie wymieniam tu zabawek, bo na zabawki zawsze jest czas i można praktycznie prawie zawsze zagwarantować, że chociaż jedna osoba przychodząca w odwiedziny przyniesie jakąś grzechotkę albo maskotkę z babciami i dziadkami na czele. 😉

Niespodziewanie wielką radość sprawiło mi przeglądanie internetowych sklepów dla dzieci z produktami w kategorii od 0+, po tym jak moja ukochana Ania dawno temu z niej wyrosła, a zabawki już od jakiegoś czasu znalazły schronienie w pudełkach wraz z pajacykami i śliniakami z okresu, kiedy skrzętnie liczyło się tygodnie i miesiące życia, a nie lata, dzielnie czekając na szansę pojawienia się rodzeństwa. Ostatecznie skończyło się na dwóch prezentach: jednym, nad którym myśleliśmy wraz z Panem B, kiedy urodziła się Mała A (kupna jednak nigdy nie sfinalizowaliśmy z powodu innych podobnych rzeczy, które dostaliśmy w prezencie od rodziny bądź przyjaciół), a mianowicie Rainforest Waterfall Peek-a-Boo Soother marki Fisher Price, którego demo można zobaczyć tutaj. Drugim prezentem była gumowa kaczuszka do kąpieli – zabawka i termometr w jednym, ostrzegająca rodziców, gdy woda w kąpieli dziecka jest za gorąca poprzez pojawienie się na jej spodzie napisu hot (napis powinien się pojawić gdy woda osiągnie 39-40 stopni C). Kaczuszka wygląda tak. Nie wiem na ile prezenty te się sprawdzą (szczególnie z kaczką może bywać różnie co do odczytu temperatury, choć zawsze wtedy zostaje jej użyteczność jako zabawka!), ale mam nadzieję, że przynajmniej trochę odciążą nową mamę. 🙂

Dzisiaj obydwa prezenty trafiły do ich przeznaczonego domu i póki co dostały nods of approval from both parents. A my przy okazji z Anią spędziłyśmy popołudnie w przemiłej rodzinnej atmosferze, i oczywiście obydwie miałyśmy okazję potrzymać małego Żółwika w ramionach. 🙂

Parenaście lat temu moi rodzice często spotykali się z ciociami i wujkami na imieniny, urodziny, święta (you name it) i zawsze wtedy miałam okazję bawić się ze swoimi kuzynami i pamiętam, że było bardzo fajnie. Potem jakoś to wszystko się zmieniło, wszyscy porośliśmy i nie mieliśmy takiego zainteresowania spotkaniami rodzinnymi, bo a to poszło się gdzieś z koleżanką, a to gdzieś ktoś organizował imprezę… Kontakty rodzinne ograniczyły się trochę do rozmów przez telefon. Teraz, jak już nie jesteśmy dziećmi i zakładamy albo założyliśmy już własne rodziny, miło jest wrócić do tej „tradycji”.

A my z Anią idziemy jutro odwiedzić rodzinkę Czekoladowego. 🙂

The time traveller czyli bardzo króciutko o książkach z wierszami z dzieciństwa

W ciągu dnia nachodzi mnie wiele myśli i pomysłów na to, co mogłabym tutaj napisać, ale niestety w biegu nie ma możliwości sfinalizowania owych przemyśleń i opublikowania ich na blogu, a do czasu, kiedy zasiadam przed laptopem, cały proces myśleniowy już dawno zabrał mnie w kompletnie inny zakamarek niż ten, z którego zaczęłam…

Nawiązując wobec tego do mojego poprzedniego wpisu, w którym napisałam, że nie mam za bardzo czasu na czytanie książek, dzisiejszy dzień przypomniał mi, że ostatnią moją przeczytaną od deski do deski książką (mniej więcej w połowie zeszłego roku) było „One Day” David’a Nicholls’a. Książka ta wpłynęła na mnie dość znacznie, przypominając mi trochę życie dwójki moich przyjaciół (do tego stopnia, że jedno z nich przed wyjazdem w dość odległą ode mnie część świata dostało kopię z dedykacją w środku), trochę moje własne. Wydaje mi się, że będąc w latach, kiedy dwudziestka jest już bliżej trzydziestki niż rok temu, wybrałam bardzo odpowiedni moment na przeczytanie tej powieści. Jej nastrój nazwałabym dramatyczno-filozoficznym, z dużą dozą samoironii, a bit pessimistic maybe, yet very addictive to read. Uważam, że jest to „życiowa” książka, jeśli można tak opisywać książki !

„What are you going to do with your life?” In one way or another it seemed that people had been asking her this forever; teachers, her parents, friends at three in the morning, but the question had never seemed this pressing and still she was no nearer an answer… ‚Live each day as if it’s your last’, that was the conventional advice, but really, who had the energy for that? What if it rained or you felt a bit glandy? It just wasn’t practical. Better by far to be good and courageous and bold and to make difference. Not change the world exactly, but the bit around you. Cherish your friends, stay true to your principles, live passionately and fully and well. Experience new things. Love and be loved, if you ever get the chance.

Książki oczywiście stanowią bardzo ważną część w życiu każdego człowieka, szczególnie małego w jego edukacji i kształtowaniu wyobraźni, więc o ile nie mam czasu czytać dla siebie książek dla dorosłych, w ciągu dnia i obligatoryjnie przynajmniej raz na dobranoc, przenoszę się wraz z Małą A w czarodziejskie światy pięknie ilustrowanych wierszy i bajek dla dzieci. Ostatnio ulubionymi krótkimi opowiastkami dla mojego szkraba przed snem stały się „Chory kotek” Stanisława Jachowicza oraz „Abecadło” Juliana Tuwima (ze względu na coraz większe zainteresowanie literami).

Muszę przyznać, że z Julianem Tuwimem Ania zaprzyjaźniła się dopiero niedawno (pomimo tego, że na jej półce z książkami w pokoju stoją dwie pozycje Tuwima z czasów mojego dzieciństwa, choć nie są to edycje bogato ilustrowane), zaledwie 2 tygodnie temu, kiedy wróciwszy z Polski, po pogrzebie prababci Kiki (na który nie chciałam zabierać Ani z powodu mroźnej zimowej pogody i atmosfery żalu i goryczy, która towarzyszy tym smutnym ceremoniom), przywiozłam podpisaną przez pradziadzia Misia cudownie ilustrowaną kopię wierszy Juliana Tuwima, polecaną na blogu Leny i Kuby tutaj. Faktycznie był to zakup, którego zdecydowanie nie żałuję, a ilustracje towarzyszące wierszom bardzo się Ani spodobały, chociaż póki co powtarzamy tylko w kółko „Spóźnionego słowika” oraz „Słonia Trąbalskiego”, do których od czasu do czasu jak mi Ania pozwoli dorzucę „Lokomotywę” i „Rzepkę” (do tej pory mnie fascynują swoją rytmicznością). Niestety w tym wydaniu wierszy Tuwima nie ma wszystkich, które ja tak ukochałam w swoim dzieciństwie jak „Pstryk”, tak więc na mojej liście zakupowej znalazło się jeszcze wydanie „Najpiękniejszych wierszy dla dzieci” Juliana Tuwima, dostępne tutaj.

Będąc w Plazowym Empiku, połakomiłam się także na zbiorowe opracowanie „Wierszy i rymowanek polskich” (link tutaj), które dosłownie sprawiły, że czytając rymowanki typu „Dylu dylu” albo piosenki takie jak „Misia A Misia B” czy „Mam chusteczkę haftowaną”, usłyszałam głosy swoich babć, dziadzia i rodziców czytających i śpiewających je mnie i mojemu rodzeństwu. Posługując się opisem widniejącym na stronie Empiku, z którym całkowicie się zgadzam „Wyróżniająca się wśród  publikacji na polskim rynku wydawniczym elegancka edytorsko książka jest znakomitym pomysłem na niebanalny prezent. Wszyscy dbający o polską tradycję literacką i kulturę, chcący przekazać to dzieciom, powinni mieć ten tom w domu.” Książka widnieje ze znakiem „tylko w empiku”, tak więc biegnijcie tam kupić kopię dla siebie i swoich podopiecznych. 😉

I jednak jak się okazało nie tylko zapachy i muzyka mają niesamowitą moc przenoszenia w czasie.