We are going on a bear hunt!

Bywam tu coraz rzadziej, za co przepraszam, chociaż nie jest to celowe, po prostu dzień za dniem ucieka mi sprzed nosa. Część planów przez Smutne Marcowe Wydarzenie się pozmieniała (na Deszczową Piosenkę będę teraz szła w maju, ponieważ nie miałam możliwości ani nawet chęci pójścia 21 marca), część – bardzo ekscytujących (jedziemy do Disneyland Paris w czerwcu!!) – doszła… A dodatkowo staram się wygospodarować w ciągu dnia chwile dla siebie: portugalski z Duolingo (już level 6 ze znajomością 99 słów), a także wzięłam się wreszcie za przeczytanie książki dla dorosłych (nie jakiś bestseller na światową skalę, ale książka autorki – Cecelii Ahern – którą polubiłam po przeczytaniu jej najbardziej chyba popularnego tytułu PS. I love you parę lat temu; teraz czytam The Gift).

Poza tym podczas pobytu mojego i Małej A w Polsce zaczęła się przerwa semestralna w Anglii, więc Ania nie chodzi i nie będzie chodziła do przedszkola aż do środy 17 kwietnia, także dzień w dzień trzeba wymyślać różne zabawy bądź zajęcia, żeby się Mała A przypadkiem nie nudziła za bardzo bez przedszkolnych rówieśników (za którymi tęskni i co jakiś czas pyta, kiedy będzie mogła zobaczyć Ben‚a!). Dzisiaj np. stanęło na wyjściu do sklepu, do którego uzbroiłyśmy się w kalosze (nie ma brytyjskiej wiosny bez „przekomicznej” mieszanki słońca i deszczu) i zaliczałyśmy po kolei wszystkie kałuże, czy na chodniku, czy na trawie i obydwie miałyśmy wielką frajdę.

Ale pomijając to wszystko, chciałam powiedzieć, że udało nam się zabrać Anię na długo wyczekiwane (od Bożego Narodzenia) przedstawienie dla dzieci We are going on a bear hunt 4 kwietnia, które naprawdę Małej A się spodobało (i nam też). Piszę „na szczęście”, bo mało brakowało, a byśmy pewnie zostały w Polsce dłużej z powodu paskudnej zimowej pogody – nasz samolot, który miał lądować w Lublinie 31 marca, wylądował zamiast tego w Warszawie, ale przynajmniej nie został odwołany (co widzę teraz bywa częstszą opcją w przypadku złej pogody, niż przetransportowanie pasażerów, aby wylatywali z innego lotniska). Całą podróż pozostawię jednak bez komentarza, bo mnie tak wykończyła, że jak słowo daję nie latam już ze swoim dzieckiem w miesiącach zimowych, najwyżej sama…

W każdym razie wracając do tematu przedstawienia, to dekoracje i rekwizyty jakie był wykorzystane, były najprostszymi, jakie można sobie wyobrazić (np. zwyczajne brązowe puste pudła poustawiane jedno na drugim służyły jako pnie drzew w lesie), żeby jak najbardziej pobudzić wyobraźnię dzieci. Tak jak sama książka We are going on a bear hunt, przedstawienie również bazowało na wielokrotnym powtarzaniu wyrazów dźwiękonaśladowczych i wersów, które „upamiętniały” akcję, z urozmaiceniem w postaci piosenek, a dodatkowo aktorzy starali się nawiązać „dialog” z dziećmi, poprzez zadawanie pytań albo udawanie, że czegoś nie zauważyli, żeby dzieci mogły – wykrzykując odpowiedzi – podpowiedzieć aktorom, że np. niedźwiedź stoi za ich plecami. 😉 Przedstawieniu towarzyszyła również muzyka, w której wykorzystano przeróżne instrumenty muzyczne jak np. akordeon, gitara czy perkusja, a także inne (których nazw nie znam) o interesujących dźwiękach. Niespodzianką zarówno dla dzieci jak i dorosłych były pistolety wodne, którymi aktorzy strzelali w widzów podczas „przeprawy przez rzekę”, co wywołało dużo śmiechu i pozostawiło trochę lekko mokrych twarzy i ubrań. 😉 Potem była „przeprawa przez błoto”, ale zanim się zaczęła, jeden z aktorów przeszedł po scenie i zacząć głośno mówić z przepraszającą miną(szczególnie do osób z pierwszego rzędu – w którym my też mieliśmy okazję siedzieć) „I am SO sorry, I do APOLOGISE„, tak jakby mieli nas popsikać błotem tak jak wodą przed chwilą, co dość dużą ilość rodziców (w tym mnie) wystraszyło. 😛 Oczywiście, to był tylko taki psikus ze strony aktorów i nikt błotem nie rzucał w widzów. 😉

DSC_0041

Z teatru wyszliśmy zadowoleni i rozbawieni i z nowymi nabytkami – plakatem z przedstawienia do pokoju Ani i płytą z piosenkami, po czym udaliśmy się na nasz rodzinny obiad w restauracji Frankie and Benny’s. Pomimo niezbyt ładnej pogody, dzień był przesympatyczny i krótko mówiąc the one to remember!

IMG_6337IMG_6339

We are going on a bear hunt.
We’re going to catch a big one!
What a beautiful day.
We’re not scared!

The uncanny resemblance of…

Ostatnio jak byłam w Polsce naszło mnie wreszcie na zeskanowanie starych slajdów dla mojego taty, z czym i ja i on nosiliśmy się już od bardzo dawna. Skaner – Canon 9000F, który został dokładnie do tego celu kupiony – czekał na tę chwilę prawie dwa lata. Zabawa była przednia, chociaż wymagała dużej ilości wolnego czasu (ze względu na to, że można było skanować tylko 4 slajdy 35mm lub 3 klatki pozytywowe 6cm naraz), poza tym każdy slajd musiał być wycierany szmatką z kurzu, tak samo jak i skaner, bo się zaplątywały co jakiś czas jakieś małe farfocle. Oczywiście metoda wycierania szmatką nie była kompletnie foolproof, więc i tak parę drobinek się nawinęło, ale zawsze, jak przyjdzie czas, można to skorektować w programie graficznym. 🙂

Ponieważ pod ręką miałam tylko good ol’ Paint, to zwyczajnie posklejałam parę zdjęć bez żadnego tuszowania i mamy Małą A. i Małą D.

Like mother like daugther, jak to mówią!

combined1 combined2  combined4 combined3 combined5 combined6

The power of imagination

Korzystając z tego, że jesteśmy w Polsce, postanowiłyśmy razem z Anią znowu odwiedzić Żółwika, który – chciałoby się powiedzieć, że niespodziewanie – bardzo urósł przez ostatnie półtora miesiąca i trudno uwierzyć, że ma niecałe 3 miesiące. Zdecydowanie lepiej teraz widzi, co można zauważyć z tego jak go przyciągają wszelkie kolory i twarze, a do tych znajomych osób – przede wszystkim oczywiście mamy – się przepięknie uśmiecha. Na buzię Małej A też radośnie reagował, chociaż nie jestem pewna (a właściwie można by to nazwać wątpliwym) czy ją zapamiętał z jej poprzedniej wizyty prawie tydzień temu, kiedy spędziła razem z nim i jego mamą trochę czasu (jak ja i reszta rodziny byliśmy na pogrzebie), czy to po prostu fakt, że to buzia dziecięca, więc bardziej intrygująca, nieznana, interesująca. Poza tym coraz lepiej utrzymuje swoją główkę, a smoczek, który jeszcze na początku lutego był prawie-że nierozłącznym towarzyszem w ciągu dnia, częściowo poszedł w niepamięć i ponoć przypomina o swojej obecności tylko pod wieczór, przy zasypianiu.

IMG_6128IMG_6135IMG_6167IMG_6140

Ciągle i niezmiennie jestem pod wrażeniem jak bardzo i jak szybko dzieci się zmieniają i rosną przez pierwsze 12 miesięcy swojego życia. Wyczekiwania na te mniejsze i większe rzeczy, te milestones jak przekręcenie się na brzuszek, raczkowanie, pierwsze kroki, pierwsze ząbki, (nie-zawsze)smakowite papki do jedzenia jako dodatek do mlecznych posiłków… Uśmiechy, dźwięki, przespane noce! Potem natłok podobnych w skali rozwoju zdarzeń się zmniejsza z wiekiem. Pierwsze słowa, ostatnie pieluszki, samodzielne jedzenie… Są większe odstępy w wydarzeniach „do odhaczenia”, ale to wcale nie oznacza, że nasze dzieci przestają nas zaskakiwać.

IMG_6162 IMG_6158

Do dzisiaj pamiętam moment, kiedy Ania po raz pierwszy powiedziała mi, że mnie kocha. Trzymałam ją na rękach, gotową do położenia spać do drzemki w domu rodziców Pana B, a ona objęła moją szyję, zrobiła dramatyczną minkę, taką poważną ze zmarszczonymi brewkami – i widać było, że te zaraz wypowiedziane słowa są dla niej ważne – i wydobyła z siebie „I love you, Mummy”. To może trochę śmieszne, ale nie pamiętam ile miała wtedy lat, wydaje mi się, że 2, ale najbardziej zapamiętałam sam moment i gdzie on miał miejsce. Możliwe, że gdzieś mam to zapisane, ale za dużo by było wiadomości, e-maili i sms-ów do przeszukania.

IMG_0393

(Moja prawie 8-mio miesięczna Mała A. Wieki temu.)

Ale tak się rozpisałam trochę nie na temat, ponieważ miałam zamiar pisać o pewnej przygodzie z Czarnoksiężnikiem. 😉

Kiedy Dziadzio nas odbierał z naszej wizyty u Żółwika, powiedział nam, że samochód (nazywany przez Anię „Anika”) stoi daleko, ponieważ w pobliżu bloku nie było miejsca. Więc wpadłam na pomysł (za dużo czytam chyba bajek dla dzieci, jak zaraz stwierdzicie) – bo zauważyłam, że Ania jakoś niezbyt ochoczo myślała o perspektywie dłuższego spaceru – który szczerze mówiąc nie sądziłam, że aż tak bardzo Małą A zajmie!

„Aniu” – powiedziałam – „Dziadzio mówi, że Anika stoi hen daleko… Widzisz?….”

Mała A i jej mama były właśnie u progu Wielkiej Przygody; Anika, ich wierny samochód, czekała na nie za wielkimi górami [niewielkie poboczne górki śniegu – rezultat odśnieżenia chodników], głębokimi i szerokimi rzekami [oczywiście kałuże z topniejącego miejscami śniegu] i lasami [gałęzie krzaków], a tuż przed nimi roztaczał się ogromny zamek [gimnazjum, do którego chodziłam] Czarnoksiężnika. Musiały się pospieszyć, każda chwila spędzona na granicach królestwa tego czarodzieja narażała je na niebezpieczeństwo.

– Szybko Aniu! Musimy uciekać! – zarządziła mama, zauważywszy zbliżającego się Czarnoksiężnika. – Do Aniki!!

Mała A i mama rzuciły się naprzód i w trudach pokonując ruchome piaski [zapadająca się pod każdym krokiem warstwa śniegu sięgająca mi do kostek, a Ani po łydki], dotarły szczęśliwie i doprawdy w ostatniej chwili do Aniki. Dziadzio uruchomił Anikę i oto cała trójka była w drodze, aczkolwiek zły Czarnoksiężnik deptał im po piętach. Zjeżdżając w dół ze szczytu góry [ulica była pod dość dużym kątem], Czarnoksiężnik pozostał w tyle, ale nie na długo – jego magiczna moc bowiem zawładnęła śniegiem z gór i białe puszyste chmury zmrożonego śniegu zaczęły atakować Anikę [kompletna improwizacja opowieści ze strony Ani], już cała trójka popadała w rozpacz, kiedy oto nadciągnęły z pomocą malutkie leśne wróżki [z przydrożnego lasku] i osłoniły Anikę swoimi czarami – Abrakadabra! Hokus pokus! Czary mary! [krzyczała Mała A ze swojego fotelika z tyłu samochodu] – pozostawiając ją pod ochronną bańką. Toczyła się wielka bitwa między wróżkami a Czarnoksiężnikiem [Ania mówiła w tym momencie już coraz szybciej i wykrzykiwała rzeczy typu „Fire!!!„], ale ostatecznie wróżki musiały ustąpić potędze Czarnoksiężnika, który z każdą chwilą stawał się coraz to groźniejszy i bardziej zły [„He’s going to smash Anika to pieces!!” coraz bardziej podekcytowanym głosem mówiła Ania]. Zyskawszy nieco na czasie, chowając się za Olbrzymem [ciężarówką], cichaczem [musiałam Anię trochę przystopować z tym jej natłokiem słów 😉] cała trójka zbliżała się do celu, tak niewiele zostało! Czarnoksiężnik jednak się nie poddawał.

– Ania! Musimy poszukać Kota w Butach, tak jak w tej bajce, którą Ci czytałam wczoraj przed snem! Pamiętasz? On przechytrzył Czarnoksiężnika, żeby się zamienił w mysz!

– BUT I CAN’T SEE ANY CATS MUMMY!! [zauważyło bystrze dziecko rozglądając się dookoła po przemierzanych ulicach]

Mama z Małą A gorączkowo szukały Kota w Butach, już praktycznie czuły oddech Czarnoksiężnika na ich plecach, aż nagle…

– Uma-uma-jej-uma-uma-uma-jej – zabrzmiało Anikowe radio.

– To zaczarowana piosenka Ania! – zawołała radośnie mama. – Ona nam pomoże! [w sumie czego nie, do tej pory nie wiem o czym jest piosenka „Dragostea din tei”]

I mama zaczęła podśpiewywać do piosenki, a Mała A wtórowała, tworząc kompletnie nowe słowa potężnej magicznej pieśni… [Ania nuciła sobie w różnych melodiach coś typu „Magic song, singing magic, I love fairies…„]

I uwierzcie mi lub nie, ale śpiew pokonał Czarnoksiężnika, a my bezpiecznie z Anikowego garażu (ale na wszelki wypadek biegiem) dotarłyśmy do naszej wieży – bloku mieszkalnego, a tam cały magiczny świat został kompletnie zapomniany na widok ukochanej Cioci.

Oczywiście do czasu!

Wiosna, jak to tak?…

Oczywiście nie powinnam była się nastawiać na to, że śnieg już więcej nie zawita w nasze progi aż do końca roku (tymczasem wiosna zagrała na nosie po swoich żarcikach w stylu spring teasers). To co się dzieje za oknem (z nieba sypie się śnieg z niewielkimi przerwami i wiatr sobie ochoczo tańcuje z płatkami śniegu) pozostawia mnie z tytułem Zbyt Optymistycznego Głupca. Prawdopodobnie to, że nie oglądam prognozy pogody – i chociaż mam widget pogodowy na swoim smartfonie to i tak tam głównie zaglądam, żeby zobaczyć jaka temperatura panuje na dworze – ma w tym swój duży udział. Trudno, płacę za swoją lekkomyślność i siedzę teraz pod cieńszym kocem niż zwykle (mój ukochany slanket, grubszy koc z rękawami, jest w praniu) z podwójną parą skarpetek założoną na rajstopy, w spodniach, bluzce i bluzie z szalikiem wokół szyi. Do tego pół dnia nosiłam także rękawiczki, ale nie były zbyt wygodne do pisania na laptopie. Jakby ktoś pytał, ogrzewanie w domu jest, ale jak w domu duża część pomieszczeń na dole, gdzie zazwyczaj wieczorami przebywam, nie ma drzwi, to ciężko się nacieszyć tym ciepłem…

Małej A co prawda cały dzień nie przeszkadzało biegać w rajstopkach, spódnicze i bluzeczce z krótkim rękawem (z uporem maniaka nazywanym przez nią „sleeve-ski”, według filozofii Pana B, że z każdego angielskiego słowa można zrobić polskie przez dodanie końcówki „ski”), a pytałam ją z milion razy, czy na pewno nie jest jej zimno i czy może z chęcią nie założyła bluzy? Ale nie, po Tatusiu ma, że jej prawie zawsze za gorąco! Pozazdrościć.

Ciekawa tylko jestem jak długo tym razem utrzyma się taka pogoda? Może wreszcie uda mi się zabrać Anię na sanki w tym roku albo chociaż ulepić bałwana, bo wcześniej nie dałyśmy rady. Nawet w Polsce pod koniec stycznia śnieg nas zawiódł, czego się nie spodziewałam po kochanych rodzinnych stronach. 😦 Jeśli się uda takie wyjście, to na pewno biorę aparat. 🙂 A póki co poraczę Was garstką zdjęć z zimy 2010, kiedy moje Maleństwo miało już prawie 2 lata, a zima nastała praktycznie w jedną noc i powitała nas z rana pięknym puszystym śniegiem w ogrodzie!

IMG_1171  IMG_1256

IMG_1158 IMG_1258

Off-topic:

Będąc w Reading w miniony weekend, zaczęłyśmy z dziewczynami sobotni wieczór panieński w dość ponury sposób – wokół restauracji, do której zmierzałyśmy, było wielkie zamieszanie, z kilkoma funkcjonariuszami policji, była także straż pożarna – okazało się, że nie tak dawno temu zaginęła dwójka dzieci (pięcio- i siedmioletnie). Rodzice, którzy wychodzili ze swoją dwójką z restauracji nagle je zgubili, nie do końca wiem jak, ale tak czy siak, zorientowali się, że w pewnym momencie ich dzieci z nimi nie ma. Możliwe, że był tłok wtedy i dzieci wyszły za dwójką nieznajomych niechcący, ale z drugiej strony drzwi do restauracji były wtedy otwarte na oścież z tego co kelner nam powiedział i dzieci mogły sobie ot tak wyjść, uważając to za genialny pomysł. Poszukiwania ich skończyły się na szczęście pomyślnie, bo mali nieletni stwierdzili, że pobawią się w chowanego w pobliskim kościele….

Zastanawiałam się jak bardzo ich rodzice musieli być przerażeni z powodu ich zguby, a zarazem wściekli na dzieci (które w ich wieku powinny niby wiedzieć lepiej, szczególnie starsze dziecko z rodzeństwa), chociaż z ich własnej winy tak naprawdę do tego doszło. O nieuwagę bardzo łatwo, ale i ocenę tego zdarzenia z zewnątrz też. Nie chcę oceniać i mówić, jacy to straszni ludzie i jak mogli to zrobić, że ja nigdy do czegoś takiego nie dopuszczę, bo przecież kto ma taki zamiar?

Aczkolwiek muszę przyznać, że miałam podobną sytuację, nie aż tak straszną z perspektywy czasu jak ci rodzice z Reading, ale i tak dało mi to bardzo dużo do myślenia. Kiedy byłyśmy z Małą A i jej Grandmą na zakupach w ogromnym sklepie Next, Ania chodziła sobie w zasięgu naszego wzroku, cały czas niedaleko nas albo tuż obok, nie zawsze za rękę, i niby się wydawało, że wie, że nie powinna się oddalać. Tylko problem w tym, że w takim ogromnym sklepie są niekończące się możliwości zabawy w chowanego, a w części z ubraniami, gdzie roi się na każdym kroku od manekinów, ubraniowych wystaw, regałów i półek z ubraniami itp, które zawsze są wyższe od takiego mierzącego metr dziecka,  jest się prawie jak w hide-and-seek paradise. Niecałe pięć minut kontemplacji nad jakąś bluzką, spodniami czy stanikiem i nagle odrywając wzrok od recenzowanej rzeczy, okazuje się, że Małej A nie ma w naszym zasięgu. Zaczęłam przemierzać ubraniowy labirynt i z każdym kątem, w którym Ania nie stała, napięcie zaczynało rosnąć. Jak wreszcie po 2-3 minutach ją odnalazłam, myślałam, że się poryczę ze szczęścia, chociaż było widać, że biedna Ania zaczynała chyba sobie zdawać sprawę, że jej mamy i babci nie ma w pobliżu i też zaczynała się stresować. Wyprzytulałam ją jak najdłużej mogłam, a potem razem stanęłyśmy z boku i powiedziałam jej, że nie wolno nigdy odchodzić od mamy czy babci czy kogokolwiek z kim jest, że może jej się coś stać i że mnie i babcię bardzo przestraszyła. Na wszystko posłusznie przytakiwała głową i ze skruszonym głosem mówiła przepraszam i że tak więcej nie zrobi, ale ja wiem, że niezależnie od szczerych chęci czasami jakiś pomysł wydaje się być niegłupi i z możliwością nawet spodobania się mamie, bo przecież mama lubi, jak się bawimy w chowanego. Morał jest oczywiście taki, że nigdy nie należy spuszczać dziecka z oka ani nie polegać na innym towarzyszącym dorosłym (chyba że specyficznie został on o to poproszony, wyraził zgodę, jest godny zaufania i powierzenia takiego zadania!), nawet jeśli ono „rozsądne”, bo inaczej może dojść do katastrofy, nawet jeśli „przez te 5 minut, nic mu się przecież nie stanie”.

Obym nigdy więcej w życiu już o tym nie zapominała.

Out in the Dales

Można by się zacząć martwić, że tajemniczo po Thriller‚ze at night, nie pojawiałam się tutaj przez parę dni, ale oto jestem – chwilowo przynajmniej – obecna. Ostatnio mi brakuje czasu, bo staram się wszystko ogarnąć w domu dla Małej A i Pana B (niesamowite jak krótko stan porządku trwa w tym domu!) oraz ogarnąć siebie, bo wyjeżdżam na weekend do Reading, aby w sobotę wybrać się na spotkanie w stylu wieczoru panieńskiego mojej koleżanki, dla osób, które na sam wieczór panieński nie mogły się załapać z różnych względów (ja akurat miałam wykupione bilety na koncert zespołu Fun w Norwich, na który się wybieram z Demonkiem :)). W marcu oprócz tego czeka mnie jeszcze wizyta weekend‚owa Mylenki oraz Deszczowa Piosenka w Teatrze Roma w Warszawie, więc niestety, ale mam wrażenie, że częstotliwość wpisów się nie poprawi przez jeszcze jakiś czas.

W każdym razie, oprócz rzeczy wokół mnie, którymi trzeba się zająć, są jeszcze momenty na przyjemności. Wczoraj z Anią wybrałam się do niewielkiego lasku w naszym mieście zwanym The Dales – wyjście zorganizowane przez przedszkole, a więc byli też i mali przyjaciele Małej A, panie nauczycielki/opiekunki jak i większość rodziców – wspaniała okazja do zobaczenia z kim Ania się bawi najlepiej (oczywiście poza Pewnym Nonszalanckim Osobnikiem) i wreszcie powiązać imiona wymieniane w przedszkolu („Ania spędza czas z [przeróżne imiona]”) – z dziećmi! I tak oto dowiedziałam się w końcu, która dziewczynka ma na imię Mia-Rianne i którzy to Bethany i Mikey (przesympatyczne rodzeństwo bliźniaków).

Dzieci miały mnóstwo zabaw w trakcie przechadzki po lasku: bieganie po polanie, zbieranie listków, gałązek i innych rzeczy, które przyciągały uwagę (ślimakowe muszle, piórka, kwiatki, mech itp.) i przyklejanie tego wszystkiego na niewielką karteczkę z dwustronną taśmą klejącą, którą panie opiekunki rozdawały każdemu dziecku;

DSC02107

budowanie niewielkich namiotów (z pomocą dorosłych), żeby zjeść w nich  „małe co nieco”, była też zabawa w chowanego i wiele innych, np. jak malowanie drzew kolorową wodą czy chodzenie w błocie (nie ma to jak kalosze, aczkolwiek Ania nie miała swoich, bo gdzieś nam się zapodziały w domu albo w przedszkolu – nie wiem – w każdym razie jej kozaczki w miarę się spisały). Udało się także złapać niewielką żabę, pokazać dzieciom i wypuścić, aby odskoczyła w siną dal.

DSC02088 DSC02091

Małej A tak się podobało, że nie chciała wracać do domu. 😉

DSC02078 DSC02075 DSC02073

Take me away

Nawet nie wiem gdzie mi poprzednie dni uciekły, mijają tak szybko; a tu już kończy się drugi dzień marca. Zza ściany od sąsiadów słychać po raz pierwszy od naszej przeprowadzki tutaj muzykę. Powtarzający się znany rytm, z pewnością brzmi jak Stand by me. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, oby tylko nie obudziło to Ani, chociaż akurat jej pokój jest położony najdalej od łączącej nas z naszymi jedynymi sąsiadami ściany.

Mała A ostatnio zaczęła „harcować” wieczorami. Zazwyczaj około 19 zbieramy się z Anią na górę, a mniej więcej pół godziny później już leży w łóżku po umyciu zębów i przeczytaniu jej bajki na dobranoc. Potem tak leżąc z nocnym światełkiem w pokoju, lekko uchylonymi drzwiami i z zapalonym światłem na korytarzu, spokojnie sobie zasypia. Czasami wstanie z płaczem, że potrzebuje pójść do toalety (płacz ze zmęczenia i z braku ochoty do wstawania z łóżka o nocnej porze). Ale ostatnio, po tym jak ją zostawiamy w jej pokoju i schodzimy na dół, słychać odgłosy schodzenia z łóżka na podłogę, wchodzenia z powrotem na łóżko, skakanie na tym samym nieco trzeszczącym łóżku i rozmawianie z zabawkami (pewnie im opowiada, jak to Grandad nauczył ją opowiadać kawał o tym jak się zaczyna misiowy wyścig!). Pozwalamy jej tak się „wygadać” i trochę „wyszaleć”, ponieważ – bardzo grzecznie zresztą – ani razu nie opuściła swojego pokoju po tym, jak ją położyliśmy spać, a z kolei krzyczeć na nią, że ma spać chyba zbytnio nie pomoże. Poza tym fajnie jest jednak się po cichu pobawić w swoim pokoju w tajemnicy przed rodzicami. 😉 Jedynym minusem jest to, że zaczęła wstawać bliżej 10 rano. Niby nie powinnam narzekać, prawda? Przynajmniej mogę pospać dłużej (od zawsze mam naturę śpiocha), ale jakoś nie jestem do tego późniejszego jej wstawania zbytnio przekonana… Cóż, zobaczymy jak to będzie i najwyżej trzeba będzie wprowadzić jakieś zmiany, dość radykalne jak na mnie i na nią: budzik (z którym nigdy się nie dogaduję; to Ania zawsze pełni rolę mojego budzika i zamiast okropnego alarmu jestem budzona jej głosem i buziakiem), żeby budził mnie, a potem ja będę budziła Małą A.

Aczkolwiek zastanawiam się, czy to może nie jest jej pewien bunt – już kolejną noc z rzędu od czasu skype‚owej rozmowy z Babcią i Dziadziem słyszę tylko You wake me up in the morning, OK? And you say „Ania Ania, wake up, it’s time to go to Poland!”.  A następnego dnia, wchodzi do mnie do pokoju i ze smutkiem w głosie oznajmia, że znowu jej nie obudziłam mówiąc it’s time to go to Poland. 😦

Tylko jak to zrobić, kiedy najprawdopodobniej nie będziemy w Polsce aż do czerwca…?

gwiazdka

Miłosne perypetie Przedszkolaka

Odprowadzając Małą A do przedszkola, rozmawiałyśmy o przeróżnych rzeczach, chociaż może bardziej przypominało to monolog prowadzony przeze mnie, a Ania pogrążona w swoich myślach albo mnie tak uważnie słuchała albo zastanawiała się jak ze wzmianki o koszach i kwestii pod tytułem recycling (dzisiaj jest ten dzień w tygodniu nazywany bin day, więc kosze są powystawiane przed domy w oczekiwaniu na śmieciarkę) zeszłam na temat o lekarzach i szpitalach…

Dygresja: W sumie wracając z przedszkola do domu też nad tym rozmyślałam i wyszło mi, że z użalania się nad sobą, że zapomnieliśmy wystawić nasz niebieski kosz pełen rzeczy plastikowych, puszek i różnorodnych wyrobów papierniczych, zeszłam na temat recycling‚u i tego jak Charlie i Lola w książce wypożyczonej z biblioteki Charlie & Lola – Look after your planet sortowali te właśnie rzeczy i mówili o tym jak trzeba dbać o Ziemię. Z tego Mała A zmieniła temat na space (bo jak planeta, to kosmos oczywiście) i zaczęłam mówić o tym jak to tylko astronauci latają w kosmos, i tak jakoś płynnie temat zamienił się w to, czym się zajmują Babcia i Dziadzio (lekarze).

…A może myślała zupełnie o czymś innym, na przykład o tym, co będzie robiła w przedszkolu (mama zadała to pytanie na początku drogi). I tak dochodząc do przedszkola, Ania wyrwała się z mojej ręki i pobiegła prosto do bramy, a ja za nią, trochę wolniej, śmiejąc się, że ha, wygrała i dobiegła do bramy pierwsza. Ale okazało się, że jej rozpromieniona twarz i nieoczekiwany entuzjazm podczas biegu do bramy (nigdy tak nie robi, zazwyczaj to muszę ciągać ją do przedszkola, a potem wychodzić jak się prawie zalewa łzami) były wywołane wypatrzeniem Pewnego Nonszalanckiego Osobnika, nadciągającego z naprzeciwka.

BEEEEEN! – radośnie oznajmiła mi Mała A – It’s BEN, MUMMY!!!

Pewien Nonszalancki Osobnik przeszedł obok Ani jak gdyby nigdy nic. W przedszkolu w szatni to samo, Ben już wyszedł, a Mała A being so excited as she was nie mogła szybciej zdjąć kurtki i zmienić butów. Ledwo zaczepiłam jej rzep na drugim bucie i już jej nie ma, a ja zostałam z kurtką i siatką do powieszenia. Nie szkodzi, lepiej tak, niż gdyby miała płakać za mną… Gdy opuszczałam przedszkole Ania szczęśliwie, lecz cicho i nieśmiało, stała przy Pewnym Nonszalanckim Osobniku przy stoliku z piaskiem. Wydawało mi się, że Ben jej łaskawie pozwolił stanąć przy nim, ale to moja bardzo subiektywna opinia nadopiekuńczej matki, która mi się czasami włącza.

Historia pierwszej przedszkolnej miłości Małej A swoimi początkami wraca do końcówki października lub pierwszych dni listopada 2012, niedługo po tym, jak Ania zaczynała chodzić do swojego obecnego przedszkola. Pewnego dnia Mała A zapytana, czy jest happy, odpowiedziała, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, że nie. Jak się zapytałam dlaczego, to typowym kłapołuchowym tonem w głosie odrzekła „Because I love the boy„. Próby wytłumaczenia jej, że jak się kogoś kocha, to powinno się być szczęśliwym, zeszły na marne. Moje dziecko się pogrążyło w smutku, tak jakby się zakochała bardzo nieszczęśliwie i kompletnie bez wzajemności.

Początkowo nie mogąc ogarnąć jak ten chłopiec ma na imię, nazywała go Owen (przez nieopatrzność mamy, która nie do końca wtedy przyuważyła na kogo Mała A pokazuje, że jest jej best friend), ale ostatecznie po burzliwych wyjaśnieniach udało się ustalić, że to jednak jest Ben. Od tego czasu to imię rozbrzmiewało w domu bardzo często i jak Ania nie chciała się w coś ubrać do przedszkola albo nie spieszyło jej się (wtedy jeszcze) na autobus (bo mieszkaliśmy u teściów), padało zdanie „Ale chyba przecież chcesz zobaczyć Ben‚a?” i praktycznie zawsze działało. Pytane co jakiś czas panie opiekunki w przedszkolu z kim Mała A się zazwyczaj bawi, odpowiedź od każdej z nich brzmiała tak samo: właściwie to tylko z Ben’em się bawi! Są jak papużki nierozłączki, zawsze razem!

Wszystko szło wspaniale, aż w pewnym momencie Pewnemu Nonszalanckiemu Osobnikowi się odmieniło w okolicach połowy grudnia i tuż przed przerwą świąteczną. Ania, nie prowokując go (według zeznań pań opiekunek na uporczywe i dociekliwe pytania matczyne „jak to się stało?!”), dostała bardzo mocno w policzek prezentem, który Ben dostał od świętego Mikołaja. Nie tylko ona co prawda, żeby nie było, że została singled out. Ben‚a chyba po prostu dopadła przedświąteczna gorączka… Ponieważ incydent miał miejsce parę minut przed odbiorem dzieci, Ben nie przeprosił Małej A za to co zrobił, powiedziano mi za to, że wie, że źle się zachował. Nie spodobało mi się to, bo Ania zawsze była i jest uczona, że jak się coś źle zrobi to trzeba przeprosić; poprosiłam więc o to, żeby dopilnowano tego, żeby padły słowa przeprosin. Niestety, następnego dnia, w ostatni dzień zajęć przedszkolnych przed świętami, Ania zapytana czy Ben ją przeprosił, powiedziała, że nie, a opiekunki, przy której zdarzył się ten wypadek poprzedniego dnia, nie było już…

I tak oto w domu panował dramat. Tragedia. Łzy i zranione serce. Bo Ben nie powiedział przepraszam. Mała A ten „szczegół” tak sobie zapamiętała, że przez cały styczeń czekała tylko na te słowa przeprosin i wtedy próby tłumaczenia, że mógł już zapomnieć i że nie powinna się tym tak martwić i że czasami tak niestety bywa, również poszły na marne. A potem Ania zaczęła opowiadać, jak to Pewien Nonszalancki Osobnik zarządził, że z jakąkolwiek przyjaźnią koniec, bo ponoć powiedział Małej A, że nie chce być best friends anymore. A w przedszkolu, cóż, panie opiekunki zaczęły mi mówić jak to Ania zaczyna się bawić trochę z tą osobą, trochę z tą. O Ben‚ie nie było ani słowa przez jakiś czas.

Aż tu teraz w lutym moje dziecko znowu biegnie za Ben’em. Widocznie stwierdziła, że jednak nie może bez niego żyć? Muszę ją wypytać po przedszkolu.

Ciekawe, czy jak dorośnie, będzie pamiętała o swojej pierwszej burzliwej miłości?