Wiosna, jak to tak?…

Oczywiście nie powinnam była się nastawiać na to, że śnieg już więcej nie zawita w nasze progi aż do końca roku (tymczasem wiosna zagrała na nosie po swoich żarcikach w stylu spring teasers). To co się dzieje za oknem (z nieba sypie się śnieg z niewielkimi przerwami i wiatr sobie ochoczo tańcuje z płatkami śniegu) pozostawia mnie z tytułem Zbyt Optymistycznego Głupca. Prawdopodobnie to, że nie oglądam prognozy pogody – i chociaż mam widget pogodowy na swoim smartfonie to i tak tam głównie zaglądam, żeby zobaczyć jaka temperatura panuje na dworze – ma w tym swój duży udział. Trudno, płacę za swoją lekkomyślność i siedzę teraz pod cieńszym kocem niż zwykle (mój ukochany slanket, grubszy koc z rękawami, jest w praniu) z podwójną parą skarpetek założoną na rajstopy, w spodniach, bluzce i bluzie z szalikiem wokół szyi. Do tego pół dnia nosiłam także rękawiczki, ale nie były zbyt wygodne do pisania na laptopie. Jakby ktoś pytał, ogrzewanie w domu jest, ale jak w domu duża część pomieszczeń na dole, gdzie zazwyczaj wieczorami przebywam, nie ma drzwi, to ciężko się nacieszyć tym ciepłem…

Małej A co prawda cały dzień nie przeszkadzało biegać w rajstopkach, spódnicze i bluzeczce z krótkim rękawem (z uporem maniaka nazywanym przez nią „sleeve-ski”, według filozofii Pana B, że z każdego angielskiego słowa można zrobić polskie przez dodanie końcówki „ski”), a pytałam ją z milion razy, czy na pewno nie jest jej zimno i czy może z chęcią nie założyła bluzy? Ale nie, po Tatusiu ma, że jej prawie zawsze za gorąco! Pozazdrościć.

Ciekawa tylko jestem jak długo tym razem utrzyma się taka pogoda? Może wreszcie uda mi się zabrać Anię na sanki w tym roku albo chociaż ulepić bałwana, bo wcześniej nie dałyśmy rady. Nawet w Polsce pod koniec stycznia śnieg nas zawiódł, czego się nie spodziewałam po kochanych rodzinnych stronach. 😦 Jeśli się uda takie wyjście, to na pewno biorę aparat. 🙂 A póki co poraczę Was garstką zdjęć z zimy 2010, kiedy moje Maleństwo miało już prawie 2 lata, a zima nastała praktycznie w jedną noc i powitała nas z rana pięknym puszystym śniegiem w ogrodzie!

IMG_1171  IMG_1256

IMG_1158 IMG_1258

Off-topic:

Będąc w Reading w miniony weekend, zaczęłyśmy z dziewczynami sobotni wieczór panieński w dość ponury sposób – wokół restauracji, do której zmierzałyśmy, było wielkie zamieszanie, z kilkoma funkcjonariuszami policji, była także straż pożarna – okazało się, że nie tak dawno temu zaginęła dwójka dzieci (pięcio- i siedmioletnie). Rodzice, którzy wychodzili ze swoją dwójką z restauracji nagle je zgubili, nie do końca wiem jak, ale tak czy siak, zorientowali się, że w pewnym momencie ich dzieci z nimi nie ma. Możliwe, że był tłok wtedy i dzieci wyszły za dwójką nieznajomych niechcący, ale z drugiej strony drzwi do restauracji były wtedy otwarte na oścież z tego co kelner nam powiedział i dzieci mogły sobie ot tak wyjść, uważając to za genialny pomysł. Poszukiwania ich skończyły się na szczęście pomyślnie, bo mali nieletni stwierdzili, że pobawią się w chowanego w pobliskim kościele….

Zastanawiałam się jak bardzo ich rodzice musieli być przerażeni z powodu ich zguby, a zarazem wściekli na dzieci (które w ich wieku powinny niby wiedzieć lepiej, szczególnie starsze dziecko z rodzeństwa), chociaż z ich własnej winy tak naprawdę do tego doszło. O nieuwagę bardzo łatwo, ale i ocenę tego zdarzenia z zewnątrz też. Nie chcę oceniać i mówić, jacy to straszni ludzie i jak mogli to zrobić, że ja nigdy do czegoś takiego nie dopuszczę, bo przecież kto ma taki zamiar?

Aczkolwiek muszę przyznać, że miałam podobną sytuację, nie aż tak straszną z perspektywy czasu jak ci rodzice z Reading, ale i tak dało mi to bardzo dużo do myślenia. Kiedy byłyśmy z Małą A i jej Grandmą na zakupach w ogromnym sklepie Next, Ania chodziła sobie w zasięgu naszego wzroku, cały czas niedaleko nas albo tuż obok, nie zawsze za rękę, i niby się wydawało, że wie, że nie powinna się oddalać. Tylko problem w tym, że w takim ogromnym sklepie są niekończące się możliwości zabawy w chowanego, a w części z ubraniami, gdzie roi się na każdym kroku od manekinów, ubraniowych wystaw, regałów i półek z ubraniami itp, które zawsze są wyższe od takiego mierzącego metr dziecka,  jest się prawie jak w hide-and-seek paradise. Niecałe pięć minut kontemplacji nad jakąś bluzką, spodniami czy stanikiem i nagle odrywając wzrok od recenzowanej rzeczy, okazuje się, że Małej A nie ma w naszym zasięgu. Zaczęłam przemierzać ubraniowy labirynt i z każdym kątem, w którym Ania nie stała, napięcie zaczynało rosnąć. Jak wreszcie po 2-3 minutach ją odnalazłam, myślałam, że się poryczę ze szczęścia, chociaż było widać, że biedna Ania zaczynała chyba sobie zdawać sprawę, że jej mamy i babci nie ma w pobliżu i też zaczynała się stresować. Wyprzytulałam ją jak najdłużej mogłam, a potem razem stanęłyśmy z boku i powiedziałam jej, że nie wolno nigdy odchodzić od mamy czy babci czy kogokolwiek z kim jest, że może jej się coś stać i że mnie i babcię bardzo przestraszyła. Na wszystko posłusznie przytakiwała głową i ze skruszonym głosem mówiła przepraszam i że tak więcej nie zrobi, ale ja wiem, że niezależnie od szczerych chęci czasami jakiś pomysł wydaje się być niegłupi i z możliwością nawet spodobania się mamie, bo przecież mama lubi, jak się bawimy w chowanego. Morał jest oczywiście taki, że nigdy nie należy spuszczać dziecka z oka ani nie polegać na innym towarzyszącym dorosłym (chyba że specyficznie został on o to poproszony, wyraził zgodę, jest godny zaufania i powierzenia takiego zadania!), nawet jeśli ono „rozsądne”, bo inaczej może dojść do katastrofy, nawet jeśli „przez te 5 minut, nic mu się przecież nie stanie”.

Obym nigdy więcej w życiu już o tym nie zapominała.

Reklamy

Take me away

Nawet nie wiem gdzie mi poprzednie dni uciekły, mijają tak szybko; a tu już kończy się drugi dzień marca. Zza ściany od sąsiadów słychać po raz pierwszy od naszej przeprowadzki tutaj muzykę. Powtarzający się znany rytm, z pewnością brzmi jak Stand by me. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, oby tylko nie obudziło to Ani, chociaż akurat jej pokój jest położony najdalej od łączącej nas z naszymi jedynymi sąsiadami ściany.

Mała A ostatnio zaczęła „harcować” wieczorami. Zazwyczaj około 19 zbieramy się z Anią na górę, a mniej więcej pół godziny później już leży w łóżku po umyciu zębów i przeczytaniu jej bajki na dobranoc. Potem tak leżąc z nocnym światełkiem w pokoju, lekko uchylonymi drzwiami i z zapalonym światłem na korytarzu, spokojnie sobie zasypia. Czasami wstanie z płaczem, że potrzebuje pójść do toalety (płacz ze zmęczenia i z braku ochoty do wstawania z łóżka o nocnej porze). Ale ostatnio, po tym jak ją zostawiamy w jej pokoju i schodzimy na dół, słychać odgłosy schodzenia z łóżka na podłogę, wchodzenia z powrotem na łóżko, skakanie na tym samym nieco trzeszczącym łóżku i rozmawianie z zabawkami (pewnie im opowiada, jak to Grandad nauczył ją opowiadać kawał o tym jak się zaczyna misiowy wyścig!). Pozwalamy jej tak się „wygadać” i trochę „wyszaleć”, ponieważ – bardzo grzecznie zresztą – ani razu nie opuściła swojego pokoju po tym, jak ją położyliśmy spać, a z kolei krzyczeć na nią, że ma spać chyba zbytnio nie pomoże. Poza tym fajnie jest jednak się po cichu pobawić w swoim pokoju w tajemnicy przed rodzicami. 😉 Jedynym minusem jest to, że zaczęła wstawać bliżej 10 rano. Niby nie powinnam narzekać, prawda? Przynajmniej mogę pospać dłużej (od zawsze mam naturę śpiocha), ale jakoś nie jestem do tego późniejszego jej wstawania zbytnio przekonana… Cóż, zobaczymy jak to będzie i najwyżej trzeba będzie wprowadzić jakieś zmiany, dość radykalne jak na mnie i na nią: budzik (z którym nigdy się nie dogaduję; to Ania zawsze pełni rolę mojego budzika i zamiast okropnego alarmu jestem budzona jej głosem i buziakiem), żeby budził mnie, a potem ja będę budziła Małą A.

Aczkolwiek zastanawiam się, czy to może nie jest jej pewien bunt – już kolejną noc z rzędu od czasu skype‚owej rozmowy z Babcią i Dziadziem słyszę tylko You wake me up in the morning, OK? And you say „Ania Ania, wake up, it’s time to go to Poland!”.  A następnego dnia, wchodzi do mnie do pokoju i ze smutkiem w głosie oznajmia, że znowu jej nie obudziłam mówiąc it’s time to go to Poland. 😦

Tylko jak to zrobić, kiedy najprawdopodobniej nie będziemy w Polsce aż do czerwca…?

gwiazdka

Miłosne perypetie Przedszkolaka

Odprowadzając Małą A do przedszkola, rozmawiałyśmy o przeróżnych rzeczach, chociaż może bardziej przypominało to monolog prowadzony przeze mnie, a Ania pogrążona w swoich myślach albo mnie tak uważnie słuchała albo zastanawiała się jak ze wzmianki o koszach i kwestii pod tytułem recycling (dzisiaj jest ten dzień w tygodniu nazywany bin day, więc kosze są powystawiane przed domy w oczekiwaniu na śmieciarkę) zeszłam na temat o lekarzach i szpitalach…

Dygresja: W sumie wracając z przedszkola do domu też nad tym rozmyślałam i wyszło mi, że z użalania się nad sobą, że zapomnieliśmy wystawić nasz niebieski kosz pełen rzeczy plastikowych, puszek i różnorodnych wyrobów papierniczych, zeszłam na temat recycling‚u i tego jak Charlie i Lola w książce wypożyczonej z biblioteki Charlie & Lola – Look after your planet sortowali te właśnie rzeczy i mówili o tym jak trzeba dbać o Ziemię. Z tego Mała A zmieniła temat na space (bo jak planeta, to kosmos oczywiście) i zaczęłam mówić o tym jak to tylko astronauci latają w kosmos, i tak jakoś płynnie temat zamienił się w to, czym się zajmują Babcia i Dziadzio (lekarze).

…A może myślała zupełnie o czymś innym, na przykład o tym, co będzie robiła w przedszkolu (mama zadała to pytanie na początku drogi). I tak dochodząc do przedszkola, Ania wyrwała się z mojej ręki i pobiegła prosto do bramy, a ja za nią, trochę wolniej, śmiejąc się, że ha, wygrała i dobiegła do bramy pierwsza. Ale okazało się, że jej rozpromieniona twarz i nieoczekiwany entuzjazm podczas biegu do bramy (nigdy tak nie robi, zazwyczaj to muszę ciągać ją do przedszkola, a potem wychodzić jak się prawie zalewa łzami) były wywołane wypatrzeniem Pewnego Nonszalanckiego Osobnika, nadciągającego z naprzeciwka.

BEEEEEN! – radośnie oznajmiła mi Mała A – It’s BEN, MUMMY!!!

Pewien Nonszalancki Osobnik przeszedł obok Ani jak gdyby nigdy nic. W przedszkolu w szatni to samo, Ben już wyszedł, a Mała A being so excited as she was nie mogła szybciej zdjąć kurtki i zmienić butów. Ledwo zaczepiłam jej rzep na drugim bucie i już jej nie ma, a ja zostałam z kurtką i siatką do powieszenia. Nie szkodzi, lepiej tak, niż gdyby miała płakać za mną… Gdy opuszczałam przedszkole Ania szczęśliwie, lecz cicho i nieśmiało, stała przy Pewnym Nonszalanckim Osobniku przy stoliku z piaskiem. Wydawało mi się, że Ben jej łaskawie pozwolił stanąć przy nim, ale to moja bardzo subiektywna opinia nadopiekuńczej matki, która mi się czasami włącza.

Historia pierwszej przedszkolnej miłości Małej A swoimi początkami wraca do końcówki października lub pierwszych dni listopada 2012, niedługo po tym, jak Ania zaczynała chodzić do swojego obecnego przedszkola. Pewnego dnia Mała A zapytana, czy jest happy, odpowiedziała, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, że nie. Jak się zapytałam dlaczego, to typowym kłapołuchowym tonem w głosie odrzekła „Because I love the boy„. Próby wytłumaczenia jej, że jak się kogoś kocha, to powinno się być szczęśliwym, zeszły na marne. Moje dziecko się pogrążyło w smutku, tak jakby się zakochała bardzo nieszczęśliwie i kompletnie bez wzajemności.

Początkowo nie mogąc ogarnąć jak ten chłopiec ma na imię, nazywała go Owen (przez nieopatrzność mamy, która nie do końca wtedy przyuważyła na kogo Mała A pokazuje, że jest jej best friend), ale ostatecznie po burzliwych wyjaśnieniach udało się ustalić, że to jednak jest Ben. Od tego czasu to imię rozbrzmiewało w domu bardzo często i jak Ania nie chciała się w coś ubrać do przedszkola albo nie spieszyło jej się (wtedy jeszcze) na autobus (bo mieszkaliśmy u teściów), padało zdanie „Ale chyba przecież chcesz zobaczyć Ben‚a?” i praktycznie zawsze działało. Pytane co jakiś czas panie opiekunki w przedszkolu z kim Mała A się zazwyczaj bawi, odpowiedź od każdej z nich brzmiała tak samo: właściwie to tylko z Ben’em się bawi! Są jak papużki nierozłączki, zawsze razem!

Wszystko szło wspaniale, aż w pewnym momencie Pewnemu Nonszalanckiemu Osobnikowi się odmieniło w okolicach połowy grudnia i tuż przed przerwą świąteczną. Ania, nie prowokując go (według zeznań pań opiekunek na uporczywe i dociekliwe pytania matczyne „jak to się stało?!”), dostała bardzo mocno w policzek prezentem, który Ben dostał od świętego Mikołaja. Nie tylko ona co prawda, żeby nie było, że została singled out. Ben‚a chyba po prostu dopadła przedświąteczna gorączka… Ponieważ incydent miał miejsce parę minut przed odbiorem dzieci, Ben nie przeprosił Małej A za to co zrobił, powiedziano mi za to, że wie, że źle się zachował. Nie spodobało mi się to, bo Ania zawsze była i jest uczona, że jak się coś źle zrobi to trzeba przeprosić; poprosiłam więc o to, żeby dopilnowano tego, żeby padły słowa przeprosin. Niestety, następnego dnia, w ostatni dzień zajęć przedszkolnych przed świętami, Ania zapytana czy Ben ją przeprosił, powiedziała, że nie, a opiekunki, przy której zdarzył się ten wypadek poprzedniego dnia, nie było już…

I tak oto w domu panował dramat. Tragedia. Łzy i zranione serce. Bo Ben nie powiedział przepraszam. Mała A ten „szczegół” tak sobie zapamiętała, że przez cały styczeń czekała tylko na te słowa przeprosin i wtedy próby tłumaczenia, że mógł już zapomnieć i że nie powinna się tym tak martwić i że czasami tak niestety bywa, również poszły na marne. A potem Ania zaczęła opowiadać, jak to Pewien Nonszalancki Osobnik zarządził, że z jakąkolwiek przyjaźnią koniec, bo ponoć powiedział Małej A, że nie chce być best friends anymore. A w przedszkolu, cóż, panie opiekunki zaczęły mi mówić jak to Ania zaczyna się bawić trochę z tą osobą, trochę z tą. O Ben‚ie nie było ani słowa przez jakiś czas.

Aż tu teraz w lutym moje dziecko znowu biegnie za Ben’em. Widocznie stwierdziła, że jednak nie może bez niego żyć? Muszę ją wypytać po przedszkolu.

Ciekawe, czy jak dorośnie, będzie pamiętała o swojej pierwszej burzliwej miłości?

Monster confessions

Poczytuję dosłownie garstkę różnych dziecięcych blogów (dla inspiracji), ale sama już nie wiem czy to taki dobry pomysł, bo dochodzę do wniosku, że to tylko pomału popycha mnie w stronę depresji. Możliwe, że to dobór blogów, często z pięknymi zdjęciami i radosnymi hymnami do macierzyństwa, które przecież tak łatwo się czyta i niby napawają optymizmem. Wybrałam te, które wpadły mi w oko z nazwy lub z najnowszego postu i formy, albo na które się zwyczajnie „napatoczyłam”. W kategorii blogów dziecięcych i matczynych, w ogóle w świecie blogów, czuję się jakbym płynęła w malutkiej łódce przez ocean i nie wiedziała skąd mam płynąć i dokąd, czego szukać. Więc może jest tam ktoś, kto czuje się podobnie do mnie, ale jeszcze tam nie dotarłam…

Nie ma co ukrywać – macierzyństwo ma naprawdę mnóstwo pozytywnych stron i sama wielu doświadczyłam i wciąż doświadczam (inspiracje do robienia nowych rzeczy, chociażby, albo stykanie się z dziedzinami życia, których pewnie bym sama z siebie jakoś nie ruszyła np makaton i BSL), ale są takie dni, takie darker days, kiedy nie wszystko widzi się przez różowe okulary, kiedy ma się dość i jest się zmęczonym, kiedy cierpliwości brak, a stres i nerwy biorą górę. Tylko kto i po co ma o tym pisać, narażać się na opinie świata (zła matka!), kiedy własne opinie o sobie nie są jakieś specjalnie wysokie, obnażać się z tych niezbyt dobrych nawyków (tak, telewizor jest większość czasu włączony) i chwil słabości w gniewie (krzyki i klapsy)? Niepowodzenia? Jakie niepowodzenia? Przynajmniej w świecie internetowym można stać się kimś innym i lepszym i udawać przed samą sobą, że daję sobie radę ze wszystkim i ze wszystkimi, że zawsze i wszędzie. Zdjęcia uśmiechów dzieci i przyjemnie spędzonego ich czy wspólnego z nimi czasu, na zabawach i edukowaniu, tak jak na załączonym obrazku. Oczywiście, że nad te złe rzeczy, które mają miejsce w ciągu prawie każdego dnia, te gorsze i dużo gorsze, które się czasami zdarzają, wybieram zazwyczaj tylko te dobre, pozytywne i lepsze do wrzucenia tutaj.

Zastanawiałam się tylko dlaczego tak robię, bo założyłam bloga głównie dla siebie, trochę dla Ani, w celu zmotywowania się do robienia więcej ciekawszych rzeczy z Małą A, wrócić do robienia lepszych zdjęć nie tylko zwykłą cyfrówką, ale lustrzanką, która zaczynała zbierać już grube warstwy kurzu. Keeping up with all these days, so to speak. Odpowiedź ostatecznie bardzo prosta brzmiała tak: wstydzę się przed samą sobą i przed swoim dzieckiem, że tak często nie potrafię zapanować na swoimi złymi emocjami, że tak jak dzisiaj nie mogłam zebrać się w sobie i przestać krzyczeć, kiedy Mała A, w łzach, po raz pięćdziesiąty mówiła przepraszam za tą samą rzecz, kiedy stała w kałuży przed toaletą, bo nie zdążyła… I wiem, że te sceny, może i za parę miesięcy albo lat zapomniane, a może wcale nie i wręcz odwrotnie będą dwelt on, kształtują jej charakter i coś, z czym będzie musiała żyć później. It is easier to build up a child than it is to repair an adult, przeczytałam ostatnio na blogu. Nie musiałam tego czytać, żeby to wiedzieć, a jednak czasami potrafię się zachować tak, jakbym tego nigdy nie wiedziała…. Staram się nad sobą pracować, i za każdym razem kiedy podniosę głos, albo Mała A dostanie klapsa (co rzadko, bo rzadko, ale miewało miejsce) próbuję wytłumaczyć dlaczego i przeprosić za każdym razem, kiedy nie potrafiłam zapanować nad sobą. Wziąć w ramiona, pocałować, uspokoić i pokazać jej, że jakimkolwiek potworem bym nie była przed chwilą, czy się pokłóciłyśmy, czy ona coś źle zrobiła, czy ja źle zareagowałam, to i tak nie zostawię jej. Może to i nic nie znaczy po fakcie, ale chcę, żeby to wiedziała…

Poza tym I am only human. Nie zawsze da radę wszystko na wesoło. I czuję się jednocześnie zdołowana tym co czytam i pełna podziwu dla tych, którzy – według ich blogów – naprawdę żyją tylko codziennymi spacerami, codziennymi kąpielami, wspólnym gotowaniem, ciągłym czytaniem, wymyślaniem wspólnych zabaw, wzmacnianiem odporności na zimę itp itd. Kudos Wam.

If you’re tossin’ and you’re turnin’
And you just can’t fall asleep
I’ll sing a song beside you
And if you ever forget how much you really mean to me
Every day I will remind you

(…)

You’ll always have my shoulder when you cry
I’ll never let go, never say goodbye
You know…

All I wanna say is that they don’t really care about us

Dziś grumpy to za mało powiedziane. Dziś to mieszanka złości i smutku. Dziś mi praktycznie oświadczono, że nieważne, co myślę o swoim małżeństwie, wychowaniu dziecka czy życiu as a whole, szanse są, że co robię, robię to źle.
Powiedziano mi, że nasza generacja szybko się nudzi i moje prognozy na przyszłość najprawdopodobniej wyglądają tak:

  1. Rozwód, bo tak i już.
  2. Rozwód, bo mąż ma dość tego, że zamiast zarabiania pieniędzy siedzę w domu z dzieckiem jako pełnoetatowa mama, bo to on musi utrzymywać rodzinę.
  3. Rozwód, bo mąż sobie kogoś znalazł.
  4. Rozwód, bo koleżanka mi odbiła męża. (Posunięto się do zasugerowania, czy koleżanka, którą zaprosiłam do siebie na tydzień jest godna zaufania.)
  5. Rozwód, ponieważ mąż myśli, że sobie kogoś znalazłam podczas wizyt do rodziny w Polsce.

Dodatkowo opcje od nr 1 do 5, czyli WSZYSTKIE, kończą się ze mną bez dachu nad głową i ogólnie czegokolwiek – mi się nic nie należy, przecież jestem matką pełnoetatową, czyli dla pewnych ludzi synonimem nikogo. (Oczywiście rozważano te nadwyraz optymistyczne opcje przede mną na znak martwienia się o mnie.)

Non-stop rzuca się we mnie także pytaniami zatytułowanymi „praca” z obligatoryjnym dodatkiem „w zawodzie”, i dzisiaj również mi tego pytania po powyższym wywodzie nie pożałowano. Nie powiem, miło się zarabia własne pieniądze, ale jeśli ktoś się mnie zapyta (a nie pyta nikt), czy jest mi dobrze po prostu w roli mamy, w domu z Małą A i tak naprawdę bez pracy, odpowiem, że nie jest źle, choć owszem, bywało ciężko. Nie mam nic przeciwko mojemu życiu, cieszę się z tego, że posiadam opcję zostania w domu i obserwowania jak moje dziecko dorasta, opcję ciągłego uczenia się siebie nawzajem – nie wszyscy mogą sobie pozwolić na taki luksus. Problem polega na tym, że wszyscy oczekują ode mnie dużo więcej, więc czuję się pod presją, że to co robię jest niewystarczające. Więc może faktycznie nie jest? Może pozostanie w domu to moja ucieczka przed szukaniem nie byle jakiej pracy, takiej, w której mogłabym się odnaleźć tak samo jak się odnajduję w domu? A może mi się wydaje, że się odnajduję w domu…?
W miarę niedawne dwa przypadkowe spotkania ze „Znawcami ds Dwujęzyczności u Dzieci”, próbują mi udowodnić chyba, że jednak dom nie stanowi rozwiązania do problemu „ja i moje życie”. Pan Taksówkarz i Pani Prababcia oczywiście stwierdzili, że sobie nie radzę z nauką językową mojego dziecka, ponieważ mając angielskiego tatę i rodzinę, mieszkając w Anglii i uczęszczając angielskie przedszkole, O DZIWO, preferencją Ani jest język angielski. Przy czym doskonale rozumie co się do niej mówi w języku polskim, bo od niemowlęcia mówiłam do niej po polsku i śpiewałam polskie kołysanki i piosenki. I co tam, że dziecko się speszyło przy dwójce obcych jej ludzi podczas wizyty u Żółwika, czyli Panu Dziadkowi i Pani Prababci i dla własnego komfortu kompletnie zaprzestała przed nimi używać nawet pojedyńczych słów polskich; Pani Prababcia stwierdziła, że dziecko nie umie i to moja wina.

No to niech i będzie moją „winą”.

Tell me what has become of my rights
Am I invisible because you ignore me?
Your proclamation promised me free liberty, now
I’m tired of bein’ the victim of shame
They’re throwing me in a class with a bad name
I can’t believe this is the land from which I came