A month ago…

IMG_7386

Już cały miesiąc mnie nie było na blogu, ale wypada mi chociaż się postarać napisać jeden post przez cały maj, więc oto on – częściowe (niestety nie dam rady zamieścić całości od ręki) podsumowanie maja (do części II o Prababciach na pewno wrócę niebawem) – miesiąca, który praktycznie od początku do końca był zaplanowany już od dłuższego czasu, z dodatkiem wydarzeń, które wpadły nam w plany „po drodze”, jak mój wyjazd do Londynu 1 maja, wyjazd do Warszawy na „Deszczową Piosenkę” 18 maja (który to wyjazd miał mieć miejsce w marcu, ale nie wyszło), a także 11-ste urodziny kuzyna Pana B, na które wybrałyśmy się razem z Małą A. Z pewnością będzie co wspominać, chociaż czas tak wypełniony minął nam błyskawicznie, a to jeszcze nie jest koniec podróżowania! Dopiero od połowy lipca trochę odetchniemy, aby we wrześniu zacząć nowy rozdział naszego życia, czyli „Ania idzie do szkoły”. Nadal mnie to trochę przeraża – w końcu będzie miała niecałe 5 lat, jak zacznie szkołę – ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle!

Przestaję już odbiegać od tematu maja, i zaczynam krótką podróż w czasie od wpisu, który zaczęłam 8 maja, kiedy się łudziłam, że zdążę napisać coś sensownego przed wyjazdem do Polski. 😉

***

1.05

Maj zaczął się od mojej wizyty w Londynie (która w odróżnieniu do innych wydarzeń tego miesiąca nie była planowana od mniej więcej roku – trzeba pozwalać sobie na spontaniczność od czasu do czasu ;P), podczas gdy Pan B i Mała A mieli calusieńki dzień dla siebie, wraz z kolejną wycieczką do Dales (o pierwszej pisałam tutaj) – tym razem w towarzystwie wesoło rozgrzewającego słońca; a także z wypadem z Grandmą do Makro, aby porobić niewielkie zapasy żywnościowo-gospodarcze.

DSC02275

Wizytę w Dales udokumentowano niewielką ilością zdjęć, z czego to powyżej mi się najbardziej podoba: Mała A w kapeluszu z Hello Kitty i ze swoją czerwoną woodland hat, do której były poprzyczepiane skarby znalezione w lasku jak liście, kwiatki i piórka. Zrobione przez Pana B ma – według mnie – coś w sobie z ilustracji Dr Seuss!

Słonecznej pogody też nie brakowało w Londynie, gdzie od niepamiętnych czasów (bo w większości około 10 lat temu) przechadzałam się w okolicach angielskich zabytków i miejsc turystycznych w celu ich (kolejnego) obejrzenia wraz z przyjaciółmi. Co prawda płatne obiekty omijałam wielkim łukiem (jak wnętrze St Paul’s Cathedral), ponieważ są zdecydowanie nie na moją kieszeń, ale szczerze mówiąc przyjemnie było się wcielić poniekąd w rolę turysty – a nie kolejnego przejezdnego – czego już dawno będąc w Londynie nie robiłam.

IMG_7316 IMG_7339

Nasze spotkanie – z Ann, jej bratem i Janko – zaczęliśmy właśnie od katedry, jadąc potem metrem w stronę Westminster’u, aby przejść się stamtąd przez St James Park do Buckingham Palace. Nie da się ukryć, że pogoda sprzyjała spacerowi, a i nie obyło się bez porobienia zdjęć z pięknymi tulipanami w okolicach pałacu, na tle Big Ben’a. 🙂

IMG_7365 IMG_7409

Spod Buckingham Palace ruszyliśmy na piechotę do stacji metra, z której dotarliśmy do South Kensington, aby zajrzeć do Science Museum. Muzeum jak dla mnie było w miarę interesujące (chociaż poziom/piętro  nr 3 na temat tego co nas czeka w przyszłości kompletnie mnie rozczarował); większą część czasu spędziłam na poziomie nr 2 dotyczącym klimatu i jego ocieplenia, co szczerze mówiąc wprawiło mnie w dość posępny nastrój, bo rozwiązań na przeciwdziałanie tego zjawiska nie ma wiele, a geoengineering – które wydawałoby się w miarę sensowym działaniem (w porównaniu z redukcją carbon footprint) to tak naprawdę teoretyka póki co – i zastanawiam się czasami jak wiele się zmieni za 50 lat w naszym życiu, w życiu Małej A i jej przyszłej rodziny… Starając się nie kontemplować tego zbytnio i na poprawę humoru wyruszyłam na piętro nr 1 nazwane „Who am I?” z różnymi ciekawostkami, po czym stwierdziłam, że jednak aby chociaż po części zapomnieć o tym, czego się dowiedziałam piętro wyżej, potrzebuję się wybrać na retail therapy, co oczywiście oznaczało udanie się na parter do sklepu z pamiątkami i różnego rodzaju gadżetami.

IMG_7442 IMG_7448

Tak więc z muzeum wyszłam z książką dla Ani z różnymi eksperymentami dla dzieci (około dwadzieścia parę eksperymentów, ale na razie nie miałam okazji z Anią z tej książki skorzystać z powodu braku czasu), teleskopem z powiększeniem x8 i mikroskopem z powiększeniem x30 w jednym – w postaci podobnej do większego pióra albo długopisu (bardzo się Ani ten prezent spodobał, szczególnie część mikroskopowa), oraz ze świeczkami, których płomienie mają różne kolory po ich zapaleniu.

IMG_7470 IMG_7513

Po Science Museum panowie poszli swoją drogą do pub’u pooglądać mecz, a ja, Ann i Ika, która do nas doszła po wizycie w muzeum, pojechałyśmy do Gloucester Road Station, aby tam nieopodal w restauracji ASK zjeść obiad (z winem oczywiście ;)). Niedługo po obiedzie i obraniu kierunku Soho, dotarł do nas kolega z klasy licealnej i razem poszliśmy do pub’u, gdzie dołączyli do nas również Janko i brat Ann. Niestety, aby zdążyć na ostatni pociąg do domu (co mi się ledwo udało) musiałam opuścić towarzystwo niedługo po tym jak się już wszyscy ponownie zebraliśmy, ale i tak się cieszę, że miałam okazję się spotkać ze wszystkimi. 🙂 Dziękuję Wam!

IMG_7545 IMG_7549

3-5.05

Tuż po londyńskiej wizycie, 3 maja, nasza mini rodzinka udała się do Oxford’u (i to w nie byle jakim stylu, bo first class w pociągu, czego żadne z nas nie miało wcześniej przyjemności doświadczyć ;)), aby 4 maja uczestniczyć w ślubie i weselu przyjaciół z Reading Christopher’a (który jest Anglikiem, o którym się marzy, żeby spotkać po nauce angielskiego w szkole – z takim akcentem, jaki on ma, brzmi na takiego w pewnym sensie – zdecydowanie pozytywnym  – staroświeckiego Brytyjczyka, o którym się właśnie uczy w szkole!) i Vicky.  Nie będę nikogo oszukiwać – angielskie wesela nie za bardzo się umywają do tych naszych polskich (biased much?), ale z pewnością ciekawą tradycją są speeches pana młodego i jego świadka, które zazwyczaj są opatrzone w parę anegdot z życia wziętych. Tym razem panowie – jako wielcy fani Gwiezdnych Wojen – powrzucali również sporo odniesień do Star Wars, z powodu 4 maja (May the Forth [force] be with you). Z Gwiezdnych Wojen obejrzałam tylko jeden odcinek (ponoć jeden z tych trzech lepszych), ale i tak zrozumiałam dużo ze „Star Wars talks”, co uważam za niewielki sukces. 😉 Dodatkowym interesującym akcentem, zagwarantowanym przez państwa młodych było to, że na ślub i potem z powrotem na wesele jechaliśmy typowym czerwonym double-decker’em starej daty z drabinką do wyjścia dla kierowcy i otwartym tyłem ze schodami prowadzącymi do siedzeń na górze. Niestety nie porobiłam zbyt dużo zdjęć, ponieważ skupiłam się na filmowaniu… co w rezultacie zostawiło nas bez żadnych zdjęć pary młodej albo w ogóle w miarę znośnych zdjęć, ups! Co prawda czego nie ma na zdjęciach, jest w naszej pamięci, oby jak najdłużej. 🙂

DSC02283

I jakby nie patrzeć wszyscy się bardzo dobrze bawiliśmy, a Mała A to zupełnie szalała na parkiecie i ganiała wokół stołów wraz ze swoim partner in crime – dziewczynką nieco młodszą od Ani, która siedziała przy tym samym stole co my. Obydwie świetnie się bawiły w swoim towarzystwie, i aż do 10 wieczorem, kiedy to stwierdziliśmy z Panem B, że musimy się zacząć zbierać pomimo młodocianych sprzeciów, że „I’m not tired!!”. Ledwo weszliśmy do naszego hotelowego pokoju (czy właściwie dokładniej Travelodge) i Mała A praktycznie od razu padła. 😉

215360_868660483113_971129783_n 486731_868662084903_731308169_n

Od tamtego czasu co jakiś czas pyta, czy znowu możemy pojechać do hotelu, bo jej się TAK tam podobało!

***

I tym samym doszłam do końca tego wpisu, jeszcze ponad połowa miesiąca wspomnień przed nami, a więc do zobaczenia! 🙂 A w międzyczasie zapraszam na niedawno stworzoną stronę facebook’ową bloga tutaj.

Reklamy

My little pony love

Dawno nie pisałam o Małej A., więc zamiast rozpoczynania wpisów po przerwie od tego co się całkiem niedawno działo i do czego opisania potrzebuję czasu i wyciszenia – możliwie z dużą ilością chusteczek w zasięgu ręki – postanowiłam wrócić nieco ponad tydzień wstecz, do postu, który miał wtedy powstać na temat tego jak Ania spędza czas, kiedy siedzimy w domu, głównie z powodu bardzo niezachęcającej pogody za oknem (deszczu lub zimna). Oczywiście oglądanie programów i bajek na CBeebies i komputerze, czytanie dziecięcych opowiastek i przeglądanie książek (jak np Children’s picture atlas of animals wydawnictwa Usborne), rysowanie lub malowanie, i porozrzucane wszędzie zabawki – to stały punkt programu praktycznie każdego dnia, ale ostatnio powróciłam do zabawy, którą zaprezentowałam Ani prawie rok temu, a której w naszym domu nie za bardzo można było praktykować z powodu wszechobecnego bałaganu, który zazwyczaj panuje w domu przez pewien okres po przeprowadzce.

Jakiś czas temu, podczas którejś z naszych wizyt w Polsce, namówiłam Babcię Małej A. na kupienie ukochanej wnuczce DVD z filmem „My little pony – Mój mały kucyk” z 1986 roku (oczywiście w polskiej wersji językowej), którego kucykowe urywki pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Ani szybko bajka przypadła do gustu (chociaż słowo daję, że nie pamiętam, żeby ten film był aż tak dziwaczny, kiedy byłam mała) i od tamtej pory obejrzała to DVD chyba już setki razy (i nie, doprawdy nie wyolbrzymiam!). Niedługo potem, kiedy Mała A. awansowała z oglądania Baby First do MiniMini+, okazało się, że w telewizji zawitała nowa generacja kucyków, w postaci 20-minutowych odcinków serialowych (serial ma obecnie 3 sezony, w tym 2 przetłumaczone na polski i obydwa po premierze na MiniMini+), czyli „Mój mały kucyk – Przyjaźń to magia” (My little pony – Friendship is Magic). Zarówno Ciocia (chyba właśnie ona odkryła te kucyki), ja i Mała A. zakochałyśmy się (z dopiskiem „od nowa” w odniesieniu do mnie i Cioci ;))! Bajki są całkiem przeurocze, a każda z nich ma jakiś morał o tym, czego można się uczyć o przyjaźni.

Szybko wróciły wspomnienia dawnych zabaw z moją siostrą z „niewielką” kolekcją kucyków, ale ponieważ te do tej pory pozostają w ukryciu, u Ani na półkach zaczęły się nagle pojawiać serialowe kucyki (na pewno nie zgadniecie za czyją sprawką!), jeden za drugim, aż wreszcie uzbierała praktycznie wszystkie główne i często przewijające się kucyki (z duplikatami niektóre), których imion nie wymienię, żeby nie przynudzać (ale tak, wszystkie znam na pamięć tak samo jak i Ania….).

IMG_6031 IMG_6030

W każdym razie oprócz zwykłego bawienia się kucykami – rozmawiania z nimi i między nimi, budowania im domków i zabierania na przygody – zabawa, która bardzo Małej A. przypadła do gustu, to wyproszenie Ani z pokoju, pochowanie kucyków, czy to na półce, czy to za nogą stołu (najlepiej w miarę widocznym miejscu i na pewno nie w szafkach, żeby nie uczyć grzebania po nich), i poproszenie jej z powrotem do pokoju, żeby znalazła wszystkie swoje kucyki! Możecie mi uwierzyć na słowo, że może się tak bawić godzinami. 🙂 A jak wszystkie znajdzie, to potem mnie wyprasza z pokoju i sama je chowa, żeby każda z nas miała swoją „kolejkę”, tylko jak wracam do pokoju to podekscytowana pokazuje mi jak to mądrze schowała kucyki tu, i tu, i tu i tu i tam! No nic, kiedyś się nauczy, że się nie podpowiada od razu z miejsca, ale póki co świetnie się tak bawimy. (Chociaż Ania pewnie też tak robi trochę, żeby szybciej mogła zacząć swoją następną „kolejkę” szukania. :))

A oto parę zdjęć naszych chowających się kucyków.

IMG_5944 IMG_5942 IMG_5952 IMG_5946 IMG_5949 IMG_5953 IMG_5930 IMG_5938

PS. W takie niezbyt ciekawe i pochmurne dni, oprócz zabaw kucykami, często też odwiedzamy zarówno angielską (Hasbro) jak i polską (MiniMini+) stronę z kucykowymi grami komputerowymi – też Małej A. się bardzo podobają. (A i ubrania z ulubionymi bohaterami też chętniej nakłada!)

IMG_6029 IMG_5712

PPS. Ktoś mi powiedział, że te nowe kucyki są obrzydliwe, bo nie wyglądają jak koniki, i o ile poniekąd się zgadzam, że faktycznie nie są aż tak „konio-podobne”, to i tak uważam, że są całkiem przesympatyczne i da się je lubić!

Wiosna, jak to tak?…

Oczywiście nie powinnam była się nastawiać na to, że śnieg już więcej nie zawita w nasze progi aż do końca roku (tymczasem wiosna zagrała na nosie po swoich żarcikach w stylu spring teasers). To co się dzieje za oknem (z nieba sypie się śnieg z niewielkimi przerwami i wiatr sobie ochoczo tańcuje z płatkami śniegu) pozostawia mnie z tytułem Zbyt Optymistycznego Głupca. Prawdopodobnie to, że nie oglądam prognozy pogody – i chociaż mam widget pogodowy na swoim smartfonie to i tak tam głównie zaglądam, żeby zobaczyć jaka temperatura panuje na dworze – ma w tym swój duży udział. Trudno, płacę za swoją lekkomyślność i siedzę teraz pod cieńszym kocem niż zwykle (mój ukochany slanket, grubszy koc z rękawami, jest w praniu) z podwójną parą skarpetek założoną na rajstopy, w spodniach, bluzce i bluzie z szalikiem wokół szyi. Do tego pół dnia nosiłam także rękawiczki, ale nie były zbyt wygodne do pisania na laptopie. Jakby ktoś pytał, ogrzewanie w domu jest, ale jak w domu duża część pomieszczeń na dole, gdzie zazwyczaj wieczorami przebywam, nie ma drzwi, to ciężko się nacieszyć tym ciepłem…

Małej A co prawda cały dzień nie przeszkadzało biegać w rajstopkach, spódnicze i bluzeczce z krótkim rękawem (z uporem maniaka nazywanym przez nią „sleeve-ski”, według filozofii Pana B, że z każdego angielskiego słowa można zrobić polskie przez dodanie końcówki „ski”), a pytałam ją z milion razy, czy na pewno nie jest jej zimno i czy może z chęcią nie założyła bluzy? Ale nie, po Tatusiu ma, że jej prawie zawsze za gorąco! Pozazdrościć.

Ciekawa tylko jestem jak długo tym razem utrzyma się taka pogoda? Może wreszcie uda mi się zabrać Anię na sanki w tym roku albo chociaż ulepić bałwana, bo wcześniej nie dałyśmy rady. Nawet w Polsce pod koniec stycznia śnieg nas zawiódł, czego się nie spodziewałam po kochanych rodzinnych stronach. 😦 Jeśli się uda takie wyjście, to na pewno biorę aparat. 🙂 A póki co poraczę Was garstką zdjęć z zimy 2010, kiedy moje Maleństwo miało już prawie 2 lata, a zima nastała praktycznie w jedną noc i powitała nas z rana pięknym puszystym śniegiem w ogrodzie!

IMG_1171  IMG_1256

IMG_1158 IMG_1258

Off-topic:

Będąc w Reading w miniony weekend, zaczęłyśmy z dziewczynami sobotni wieczór panieński w dość ponury sposób – wokół restauracji, do której zmierzałyśmy, było wielkie zamieszanie, z kilkoma funkcjonariuszami policji, była także straż pożarna – okazało się, że nie tak dawno temu zaginęła dwójka dzieci (pięcio- i siedmioletnie). Rodzice, którzy wychodzili ze swoją dwójką z restauracji nagle je zgubili, nie do końca wiem jak, ale tak czy siak, zorientowali się, że w pewnym momencie ich dzieci z nimi nie ma. Możliwe, że był tłok wtedy i dzieci wyszły za dwójką nieznajomych niechcący, ale z drugiej strony drzwi do restauracji były wtedy otwarte na oścież z tego co kelner nam powiedział i dzieci mogły sobie ot tak wyjść, uważając to za genialny pomysł. Poszukiwania ich skończyły się na szczęście pomyślnie, bo mali nieletni stwierdzili, że pobawią się w chowanego w pobliskim kościele….

Zastanawiałam się jak bardzo ich rodzice musieli być przerażeni z powodu ich zguby, a zarazem wściekli na dzieci (które w ich wieku powinny niby wiedzieć lepiej, szczególnie starsze dziecko z rodzeństwa), chociaż z ich własnej winy tak naprawdę do tego doszło. O nieuwagę bardzo łatwo, ale i ocenę tego zdarzenia z zewnątrz też. Nie chcę oceniać i mówić, jacy to straszni ludzie i jak mogli to zrobić, że ja nigdy do czegoś takiego nie dopuszczę, bo przecież kto ma taki zamiar?

Aczkolwiek muszę przyznać, że miałam podobną sytuację, nie aż tak straszną z perspektywy czasu jak ci rodzice z Reading, ale i tak dało mi to bardzo dużo do myślenia. Kiedy byłyśmy z Małą A i jej Grandmą na zakupach w ogromnym sklepie Next, Ania chodziła sobie w zasięgu naszego wzroku, cały czas niedaleko nas albo tuż obok, nie zawsze za rękę, i niby się wydawało, że wie, że nie powinna się oddalać. Tylko problem w tym, że w takim ogromnym sklepie są niekończące się możliwości zabawy w chowanego, a w części z ubraniami, gdzie roi się na każdym kroku od manekinów, ubraniowych wystaw, regałów i półek z ubraniami itp, które zawsze są wyższe od takiego mierzącego metr dziecka,  jest się prawie jak w hide-and-seek paradise. Niecałe pięć minut kontemplacji nad jakąś bluzką, spodniami czy stanikiem i nagle odrywając wzrok od recenzowanej rzeczy, okazuje się, że Małej A nie ma w naszym zasięgu. Zaczęłam przemierzać ubraniowy labirynt i z każdym kątem, w którym Ania nie stała, napięcie zaczynało rosnąć. Jak wreszcie po 2-3 minutach ją odnalazłam, myślałam, że się poryczę ze szczęścia, chociaż było widać, że biedna Ania zaczynała chyba sobie zdawać sprawę, że jej mamy i babci nie ma w pobliżu i też zaczynała się stresować. Wyprzytulałam ją jak najdłużej mogłam, a potem razem stanęłyśmy z boku i powiedziałam jej, że nie wolno nigdy odchodzić od mamy czy babci czy kogokolwiek z kim jest, że może jej się coś stać i że mnie i babcię bardzo przestraszyła. Na wszystko posłusznie przytakiwała głową i ze skruszonym głosem mówiła przepraszam i że tak więcej nie zrobi, ale ja wiem, że niezależnie od szczerych chęci czasami jakiś pomysł wydaje się być niegłupi i z możliwością nawet spodobania się mamie, bo przecież mama lubi, jak się bawimy w chowanego. Morał jest oczywiście taki, że nigdy nie należy spuszczać dziecka z oka ani nie polegać na innym towarzyszącym dorosłym (chyba że specyficznie został on o to poproszony, wyraził zgodę, jest godny zaufania i powierzenia takiego zadania!), nawet jeśli ono „rozsądne”, bo inaczej może dojść do katastrofy, nawet jeśli „przez te 5 minut, nic mu się przecież nie stanie”.

Obym nigdy więcej w życiu już o tym nie zapominała.

Take me away

Nawet nie wiem gdzie mi poprzednie dni uciekły, mijają tak szybko; a tu już kończy się drugi dzień marca. Zza ściany od sąsiadów słychać po raz pierwszy od naszej przeprowadzki tutaj muzykę. Powtarzający się znany rytm, z pewnością brzmi jak Stand by me. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, oby tylko nie obudziło to Ani, chociaż akurat jej pokój jest położony najdalej od łączącej nas z naszymi jedynymi sąsiadami ściany.

Mała A ostatnio zaczęła „harcować” wieczorami. Zazwyczaj około 19 zbieramy się z Anią na górę, a mniej więcej pół godziny później już leży w łóżku po umyciu zębów i przeczytaniu jej bajki na dobranoc. Potem tak leżąc z nocnym światełkiem w pokoju, lekko uchylonymi drzwiami i z zapalonym światłem na korytarzu, spokojnie sobie zasypia. Czasami wstanie z płaczem, że potrzebuje pójść do toalety (płacz ze zmęczenia i z braku ochoty do wstawania z łóżka o nocnej porze). Ale ostatnio, po tym jak ją zostawiamy w jej pokoju i schodzimy na dół, słychać odgłosy schodzenia z łóżka na podłogę, wchodzenia z powrotem na łóżko, skakanie na tym samym nieco trzeszczącym łóżku i rozmawianie z zabawkami (pewnie im opowiada, jak to Grandad nauczył ją opowiadać kawał o tym jak się zaczyna misiowy wyścig!). Pozwalamy jej tak się „wygadać” i trochę „wyszaleć”, ponieważ – bardzo grzecznie zresztą – ani razu nie opuściła swojego pokoju po tym, jak ją położyliśmy spać, a z kolei krzyczeć na nią, że ma spać chyba zbytnio nie pomoże. Poza tym fajnie jest jednak się po cichu pobawić w swoim pokoju w tajemnicy przed rodzicami. 😉 Jedynym minusem jest to, że zaczęła wstawać bliżej 10 rano. Niby nie powinnam narzekać, prawda? Przynajmniej mogę pospać dłużej (od zawsze mam naturę śpiocha), ale jakoś nie jestem do tego późniejszego jej wstawania zbytnio przekonana… Cóż, zobaczymy jak to będzie i najwyżej trzeba będzie wprowadzić jakieś zmiany, dość radykalne jak na mnie i na nią: budzik (z którym nigdy się nie dogaduję; to Ania zawsze pełni rolę mojego budzika i zamiast okropnego alarmu jestem budzona jej głosem i buziakiem), żeby budził mnie, a potem ja będę budziła Małą A.

Aczkolwiek zastanawiam się, czy to może nie jest jej pewien bunt – już kolejną noc z rzędu od czasu skype‚owej rozmowy z Babcią i Dziadziem słyszę tylko You wake me up in the morning, OK? And you say „Ania Ania, wake up, it’s time to go to Poland!”.  A następnego dnia, wchodzi do mnie do pokoju i ze smutkiem w głosie oznajmia, że znowu jej nie obudziłam mówiąc it’s time to go to Poland. 😦

Tylko jak to zrobić, kiedy najprawdopodobniej nie będziemy w Polsce aż do czerwca…?

gwiazdka

Monster confessions

Poczytuję dosłownie garstkę różnych dziecięcych blogów (dla inspiracji), ale sama już nie wiem czy to taki dobry pomysł, bo dochodzę do wniosku, że to tylko pomału popycha mnie w stronę depresji. Możliwe, że to dobór blogów, często z pięknymi zdjęciami i radosnymi hymnami do macierzyństwa, które przecież tak łatwo się czyta i niby napawają optymizmem. Wybrałam te, które wpadły mi w oko z nazwy lub z najnowszego postu i formy, albo na które się zwyczajnie „napatoczyłam”. W kategorii blogów dziecięcych i matczynych, w ogóle w świecie blogów, czuję się jakbym płynęła w malutkiej łódce przez ocean i nie wiedziała skąd mam płynąć i dokąd, czego szukać. Więc może jest tam ktoś, kto czuje się podobnie do mnie, ale jeszcze tam nie dotarłam…

Nie ma co ukrywać – macierzyństwo ma naprawdę mnóstwo pozytywnych stron i sama wielu doświadczyłam i wciąż doświadczam (inspiracje do robienia nowych rzeczy, chociażby, albo stykanie się z dziedzinami życia, których pewnie bym sama z siebie jakoś nie ruszyła np makaton i BSL), ale są takie dni, takie darker days, kiedy nie wszystko widzi się przez różowe okulary, kiedy ma się dość i jest się zmęczonym, kiedy cierpliwości brak, a stres i nerwy biorą górę. Tylko kto i po co ma o tym pisać, narażać się na opinie świata (zła matka!), kiedy własne opinie o sobie nie są jakieś specjalnie wysokie, obnażać się z tych niezbyt dobrych nawyków (tak, telewizor jest większość czasu włączony) i chwil słabości w gniewie (krzyki i klapsy)? Niepowodzenia? Jakie niepowodzenia? Przynajmniej w świecie internetowym można stać się kimś innym i lepszym i udawać przed samą sobą, że daję sobie radę ze wszystkim i ze wszystkimi, że zawsze i wszędzie. Zdjęcia uśmiechów dzieci i przyjemnie spędzonego ich czy wspólnego z nimi czasu, na zabawach i edukowaniu, tak jak na załączonym obrazku. Oczywiście, że nad te złe rzeczy, które mają miejsce w ciągu prawie każdego dnia, te gorsze i dużo gorsze, które się czasami zdarzają, wybieram zazwyczaj tylko te dobre, pozytywne i lepsze do wrzucenia tutaj.

Zastanawiałam się tylko dlaczego tak robię, bo założyłam bloga głównie dla siebie, trochę dla Ani, w celu zmotywowania się do robienia więcej ciekawszych rzeczy z Małą A, wrócić do robienia lepszych zdjęć nie tylko zwykłą cyfrówką, ale lustrzanką, która zaczynała zbierać już grube warstwy kurzu. Keeping up with all these days, so to speak. Odpowiedź ostatecznie bardzo prosta brzmiała tak: wstydzę się przed samą sobą i przed swoim dzieckiem, że tak często nie potrafię zapanować na swoimi złymi emocjami, że tak jak dzisiaj nie mogłam zebrać się w sobie i przestać krzyczeć, kiedy Mała A, w łzach, po raz pięćdziesiąty mówiła przepraszam za tą samą rzecz, kiedy stała w kałuży przed toaletą, bo nie zdążyła… I wiem, że te sceny, może i za parę miesięcy albo lat zapomniane, a może wcale nie i wręcz odwrotnie będą dwelt on, kształtują jej charakter i coś, z czym będzie musiała żyć później. It is easier to build up a child than it is to repair an adult, przeczytałam ostatnio na blogu. Nie musiałam tego czytać, żeby to wiedzieć, a jednak czasami potrafię się zachować tak, jakbym tego nigdy nie wiedziała…. Staram się nad sobą pracować, i za każdym razem kiedy podniosę głos, albo Mała A dostanie klapsa (co rzadko, bo rzadko, ale miewało miejsce) próbuję wytłumaczyć dlaczego i przeprosić za każdym razem, kiedy nie potrafiłam zapanować nad sobą. Wziąć w ramiona, pocałować, uspokoić i pokazać jej, że jakimkolwiek potworem bym nie była przed chwilą, czy się pokłóciłyśmy, czy ona coś źle zrobiła, czy ja źle zareagowałam, to i tak nie zostawię jej. Może to i nic nie znaczy po fakcie, ale chcę, żeby to wiedziała…

Poza tym I am only human. Nie zawsze da radę wszystko na wesoło. I czuję się jednocześnie zdołowana tym co czytam i pełna podziwu dla tych, którzy – według ich blogów – naprawdę żyją tylko codziennymi spacerami, codziennymi kąpielami, wspólnym gotowaniem, ciągłym czytaniem, wymyślaniem wspólnych zabaw, wzmacnianiem odporności na zimę itp itd. Kudos Wam.

If you’re tossin’ and you’re turnin’
And you just can’t fall asleep
I’ll sing a song beside you
And if you ever forget how much you really mean to me
Every day I will remind you

(…)

You’ll always have my shoulder when you cry
I’ll never let go, never say goodbye
You know…

You are my sweetheart

Po ponad dwugodzinnej wyprawie z domu, wróciłyśmy zmęczone i zmarznięte. Zimny i przenikliwy wiatr szybko dał nam popalić i praktycznie w ciągu paru minut na rękach pojawiły się rękawiczki, a na głowach czapki; na szczęście parasolka okazała się być zbędnym przedmiotem na naszym „spacerze”.

Obydwie z Małą A musiałyśmy przejść w miarę spory kawałek, do Asdy (tatko potrzebował tuszy do drukarki), a droga wydawała się z każdym krokiem dłużyć, z powodu zimna (mama jest z tych leniwców pospolitych z podkategorią okropnych zmarźluchów), bo świat dookoła jest niezwykle fascynujący z tym malutkim listkiem na łódkę do kałuży (których akurat brakowało tym razem), i z tymi garściami gałązek, krótszych, dłuższych i olbrzymich, które fajnie się trzyma w rączkach, nosi i wymienia co chwilę na te ciągle to nowsze, napotkane na trawie. Brak wózka, który odstawiliśmy parę miesięcy temu, też w takich momentach nieco doskwiera, zwłaszcza, że między płytkami chodnika grasują groźne aligatory! Ale nie martwcie się, udało nam się przed nimi uciec i, jakimś dziwnym trafem – możliwe, że z powodu niezbyt przyjaznej aligatorom pogody, w naszej drodze powrotnej wszystkie się pochowały.

IMG_5516 IMG_5529

IMG_5534IMG_5519

Do sklepu dotarłyśmy niecałą godzinę po wyjściu z domu, czyli około 2-3 razy dłużej niż by mi to zajęło, gdybym poszła sama. Zazwyczaj taka różnica czasowa mi jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale niestety z powodu zimna i bólu w mostku, który mnie budził w nocy, dokuczał w ciągu dnia i pozostawił w dość podłym nastroju, mój poziom cierpliwości był niższy niż zwykle, choć Ania to bardzo dzielnie znosiła. (Krótkie wyjaśnienie, gdyby ktoś z bliższych mi osób się martwił: ból ten, na tle mięśniowym, pojawia się i znika co jakiś czas od czasów przeprowadzki do naszego domu w grudniu, kiedy musiałam się nadwyrężyć z przenoszeniem pudeł, rozpakowywaniu ich itp itd, poza tym Mała A waży już ponad 15kg, i mimo że kocha się każdy kilogram tej osóbki nad życie, to miłość nie wpływa na lekkość tych kilogramów niestety!)

Tak więc na moje pocieszenie (retail therapy), a na pożytek Ani, kupiłam jej 2 nowe spódniczki, 1 T-shirt (o kolorze trochę krzyczącej pomarańczy, ale z rysunkiem kotka, który się strasznie Małej A spodobał, więc uległam) i nową niebiesko-turkusową bluzę. Po drodze do domu wstąpiłyśmy na plac zabaw, żeby Ania sobie trochę poszalała, a na koniec wycieczki jeszcze wpadłyśmy do sklepiku bliżej naszego „zamku”, aby się ogrzać troszkę  i kupić Małej A 2 magazyny – Alphablocks i Octonauts z edukacyjnymi dodatkami do zabawy na później.

IMG_5537 IMG_5540 IMG_5552 IMG_5555 IMG_5559 IMG_5567

Jak już wreszcie wróciłyśmy do naszych czterech kątów, usadowiłam Małą A na kanapie pod kocykiem, a sama poszłam do kuchni przygotować obiad, w międzyczasie przynosząc Ani czekoladę na gorąco, żeby się szybciej rozgrzała. Ania grzecznie podziękowała, po czym spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała:

Mummy, you are my sweetheart.

IMG_5589

Jeden uśmiech, milion powodów do radości, nawet w te zimne i pochmurne dni.

Rodzinnie

11 stycznia tego roku, jadąc autokarem z lotniska w London Stansted do domu, otrzymałam bardzo szczęśliwą nowinę o narodzinach pewnego Żółwika. Czekałam z niecierpliwością na jego przyjście na ten świat, od dawna myśląc co by sprawić jemu i jego rodzicom na prezent z okazji powiększenia rodziny, a sama będąc mamą i przerabiając rozdziały pod tytułem „Pierwszy bobas” oraz „Zostaliśmy rodzicami” na własnej skórze, wiedziałam, że opcji przydatnych jest całe mnóstwo. Począwszy od ubranek i śliniaków, których w pierwszym roku życia dziecka nigdy za dużo, bo tak szybko z nich wyrastają i tak szybko je brudzą, po gryzaczki na czas wyrzynania się pierwszych ząbków i swędzenie dziąseł, poprzez przeróżne akcesoria do kąpieli, aż do edukacyjnych mat do zabawy, skończywszy na akcesoriach dużo dłuższego użytku takich jak niańki elektroniczne (które jednak wiążą się z większym wydatkiem). Nie wymieniam tu zabawek, bo na zabawki zawsze jest czas i można praktycznie prawie zawsze zagwarantować, że chociaż jedna osoba przychodząca w odwiedziny przyniesie jakąś grzechotkę albo maskotkę z babciami i dziadkami na czele. 😉

Niespodziewanie wielką radość sprawiło mi przeglądanie internetowych sklepów dla dzieci z produktami w kategorii od 0+, po tym jak moja ukochana Ania dawno temu z niej wyrosła, a zabawki już od jakiegoś czasu znalazły schronienie w pudełkach wraz z pajacykami i śliniakami z okresu, kiedy skrzętnie liczyło się tygodnie i miesiące życia, a nie lata, dzielnie czekając na szansę pojawienia się rodzeństwa. Ostatecznie skończyło się na dwóch prezentach: jednym, nad którym myśleliśmy wraz z Panem B, kiedy urodziła się Mała A (kupna jednak nigdy nie sfinalizowaliśmy z powodu innych podobnych rzeczy, które dostaliśmy w prezencie od rodziny bądź przyjaciół), a mianowicie Rainforest Waterfall Peek-a-Boo Soother marki Fisher Price, którego demo można zobaczyć tutaj. Drugim prezentem była gumowa kaczuszka do kąpieli – zabawka i termometr w jednym, ostrzegająca rodziców, gdy woda w kąpieli dziecka jest za gorąca poprzez pojawienie się na jej spodzie napisu hot (napis powinien się pojawić gdy woda osiągnie 39-40 stopni C). Kaczuszka wygląda tak. Nie wiem na ile prezenty te się sprawdzą (szczególnie z kaczką może bywać różnie co do odczytu temperatury, choć zawsze wtedy zostaje jej użyteczność jako zabawka!), ale mam nadzieję, że przynajmniej trochę odciążą nową mamę. 🙂

Dzisiaj obydwa prezenty trafiły do ich przeznaczonego domu i póki co dostały nods of approval from both parents. A my przy okazji z Anią spędziłyśmy popołudnie w przemiłej rodzinnej atmosferze, i oczywiście obydwie miałyśmy okazję potrzymać małego Żółwika w ramionach. 🙂

Parenaście lat temu moi rodzice często spotykali się z ciociami i wujkami na imieniny, urodziny, święta (you name it) i zawsze wtedy miałam okazję bawić się ze swoimi kuzynami i pamiętam, że było bardzo fajnie. Potem jakoś to wszystko się zmieniło, wszyscy porośliśmy i nie mieliśmy takiego zainteresowania spotkaniami rodzinnymi, bo a to poszło się gdzieś z koleżanką, a to gdzieś ktoś organizował imprezę… Kontakty rodzinne ograniczyły się trochę do rozmów przez telefon. Teraz, jak już nie jesteśmy dziećmi i zakładamy albo założyliśmy już własne rodziny, miło jest wrócić do tej „tradycji”.

A my z Anią idziemy jutro odwiedzić rodzinkę Czekoladowego. 🙂