Lazy days

Dzisiejszy dzień rozpoczęłam dość leniwie, pozwalając półroczniakowi z logo Sony zająć się Małą A., podczas gdy ja próbowałam się zacząć uczyć języka portugalskiego za pomocą aplikacji Babel na moim smartfonie, a dowiedziawszy się o Duolingo tutaj postanowiłam tenże portal również wypróbować – wszystko to w ramach przygotowań do lipcowych odwiedzin Mruffki w Portugalii. Póki co, przyjemniejsze do nauki było Duolingo i od razu jedno z nauczonych słów (menino) przydało się całkiem przypadkowo parę godzin później, kiedy na moim facebook‚owym news feed‚zie, ktoś podzielił się zdjęciem z fragmentem modlitwy w języku portugalskim. Może to jakiś znak. 😉

Resztę dnia spędziłam na wypluwaniu płuc poprzez robienie „wydmuszek” z jajek, żeby Ania mogła się pobawić w malowanie pisanek, czego nigdy wcześniej nie robiłyśmy. Pierwsze jajko zajęło mi bardzo dużo czasu (za dużo), bo zrobiłam za małe dziurki, ale człowiek w miarę możliwości uczy się na błędach, więc następne poszły mi nieco lżej, chociaż z drugiego ostatecznie podczas malowania jeszcze trochę ściekało żółtko… a trzecie trzymałam tak mocno, że praktycznie z ostatnim „wydmuchem” je zgniotłam. Na czwartym zaczęły mnie boleć plecy od godzinnego pochylania się nad zlewem, a przy piątym, które ostatecznie stało się czwartym z powodu braku trzeciego, stwierdziłam, że mamy wystarczająco dużo materiału do zabawy w pisanki wielkanocne aż do następnych świąt wielkanocnych.

IMG_6069 IMG_6072 IMG_6076 IMG_6068

I w sumie chyba wyszło nam całkiem fajnie. 🙂 [zdjęcia by Ciocia]

IMG_6094

A późnym wieczorem, kiedy Mała A. już była w łóżeczku, zasiadłam przed telewizorem (nic nie oglądałam od ponad tygodnia) i to nie tylko mając inny kanał niż Disney Junior albo MiniMini+ przed oczami, ale prawdziwy film (no dobrze, może oczami kobiety można to opisać jako „prawdziwy”) na HBO – „Crazy stupid love„, z Ryan’em Gosling‚iem! (Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś był tym nastolatkiem w „Szkole na fali”, zawsze z odzywką „Call me!„)

Reklamy

My little pony love

Dawno nie pisałam o Małej A., więc zamiast rozpoczynania wpisów po przerwie od tego co się całkiem niedawno działo i do czego opisania potrzebuję czasu i wyciszenia – możliwie z dużą ilością chusteczek w zasięgu ręki – postanowiłam wrócić nieco ponad tydzień wstecz, do postu, który miał wtedy powstać na temat tego jak Ania spędza czas, kiedy siedzimy w domu, głównie z powodu bardzo niezachęcającej pogody za oknem (deszczu lub zimna). Oczywiście oglądanie programów i bajek na CBeebies i komputerze, czytanie dziecięcych opowiastek i przeglądanie książek (jak np Children’s picture atlas of animals wydawnictwa Usborne), rysowanie lub malowanie, i porozrzucane wszędzie zabawki – to stały punkt programu praktycznie każdego dnia, ale ostatnio powróciłam do zabawy, którą zaprezentowałam Ani prawie rok temu, a której w naszym domu nie za bardzo można było praktykować z powodu wszechobecnego bałaganu, który zazwyczaj panuje w domu przez pewien okres po przeprowadzce.

Jakiś czas temu, podczas którejś z naszych wizyt w Polsce, namówiłam Babcię Małej A. na kupienie ukochanej wnuczce DVD z filmem „My little pony – Mój mały kucyk” z 1986 roku (oczywiście w polskiej wersji językowej), którego kucykowe urywki pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Ani szybko bajka przypadła do gustu (chociaż słowo daję, że nie pamiętam, żeby ten film był aż tak dziwaczny, kiedy byłam mała) i od tamtej pory obejrzała to DVD chyba już setki razy (i nie, doprawdy nie wyolbrzymiam!). Niedługo potem, kiedy Mała A. awansowała z oglądania Baby First do MiniMini+, okazało się, że w telewizji zawitała nowa generacja kucyków, w postaci 20-minutowych odcinków serialowych (serial ma obecnie 3 sezony, w tym 2 przetłumaczone na polski i obydwa po premierze na MiniMini+), czyli „Mój mały kucyk – Przyjaźń to magia” (My little pony – Friendship is Magic). Zarówno Ciocia (chyba właśnie ona odkryła te kucyki), ja i Mała A. zakochałyśmy się (z dopiskiem „od nowa” w odniesieniu do mnie i Cioci ;))! Bajki są całkiem przeurocze, a każda z nich ma jakiś morał o tym, czego można się uczyć o przyjaźni.

Szybko wróciły wspomnienia dawnych zabaw z moją siostrą z „niewielką” kolekcją kucyków, ale ponieważ te do tej pory pozostają w ukryciu, u Ani na półkach zaczęły się nagle pojawiać serialowe kucyki (na pewno nie zgadniecie za czyją sprawką!), jeden za drugim, aż wreszcie uzbierała praktycznie wszystkie główne i często przewijające się kucyki (z duplikatami niektóre), których imion nie wymienię, żeby nie przynudzać (ale tak, wszystkie znam na pamięć tak samo jak i Ania….).

IMG_6031 IMG_6030

W każdym razie oprócz zwykłego bawienia się kucykami – rozmawiania z nimi i między nimi, budowania im domków i zabierania na przygody – zabawa, która bardzo Małej A. przypadła do gustu, to wyproszenie Ani z pokoju, pochowanie kucyków, czy to na półce, czy to za nogą stołu (najlepiej w miarę widocznym miejscu i na pewno nie w szafkach, żeby nie uczyć grzebania po nich), i poproszenie jej z powrotem do pokoju, żeby znalazła wszystkie swoje kucyki! Możecie mi uwierzyć na słowo, że może się tak bawić godzinami. 🙂 A jak wszystkie znajdzie, to potem mnie wyprasza z pokoju i sama je chowa, żeby każda z nas miała swoją „kolejkę”, tylko jak wracam do pokoju to podekscytowana pokazuje mi jak to mądrze schowała kucyki tu, i tu, i tu i tu i tam! No nic, kiedyś się nauczy, że się nie podpowiada od razu z miejsca, ale póki co świetnie się tak bawimy. (Chociaż Ania pewnie też tak robi trochę, żeby szybciej mogła zacząć swoją następną „kolejkę” szukania. :))

A oto parę zdjęć naszych chowających się kucyków.

IMG_5944 IMG_5942 IMG_5952 IMG_5946 IMG_5949 IMG_5953 IMG_5930 IMG_5938

PS. W takie niezbyt ciekawe i pochmurne dni, oprócz zabaw kucykami, często też odwiedzamy zarówno angielską (Hasbro) jak i polską (MiniMini+) stronę z kucykowymi grami komputerowymi – też Małej A. się bardzo podobają. (A i ubrania z ulubionymi bohaterami też chętniej nakłada!)

IMG_6029 IMG_5712

PPS. Ktoś mi powiedział, że te nowe kucyki są obrzydliwe, bo nie wyglądają jak koniki, i o ile poniekąd się zgadzam, że faktycznie nie są aż tak „konio-podobne”, to i tak uważam, że są całkiem przesympatyczne i da się je lubić!

The sound of silence

Na blogu cisza, w głowie sformułowane już parę postów, aczkolwiek myśli nie zostały sfinalizowane z powodu braku dostępu do internetu. Brak czasu również odgrywał znaczną rolę, ale mam nadzieję, że począwszy od jutra przestanę topić się w blogowych zaległościach.

Od razu ostrzegam co prawda, że mogą się pojawić dość smętne wpisy i głównie o charakterze wspomnieniowym, z „okazji” niezbyt odległego pogrzebu Pradziadzia Małej A. – Dziadzia Misia, momentu w moim życiu, w którym przestałam być „wnuczką”, ale o tym będzie później…

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

You raise me up

Są ludzie, o których można opowiadać i pisać bez końca, nasi Bohaterowie Dziecięcy, którzy zawsze ratowali nas przed kolejnym starciem z rodzicami, brali pod skrzydła i kochali inną miłością, prawie że wolną od ciężkiej wagi wychowania, bo my sami chcieliśmy się od Nich uczyć i wchłaniać opowieści Ich pokolenia nawet jeszcze wtedy nie do końca o tym wiedząc. Spędzać z Nimi czas, Ich obserwować i cieszyć się niezmiernie Ich obecnością to była nagroda, którą czasami zbyt rzadko się docenia, dopiero z perspektywy czasu.
Od dzisiaj Ich wszystkich, całą Czwórkę – Prababcię, dwie Babcie i Dziadzia – będę mogła nosić tylko w sercu i w pamięci, mając nadzieję, że chociaż namiastka mglistych wspomnień pozostanie Ani z obecności w jej życiu jej polskich Pradziadków, którzy tak bardzo ją kochali. Choć przez tak krótką chwilę, wprowadziła do Ich życia taką nieopisaną radość i nową energię, chociaż sama nie będzie mogła sobie z tego zdawać sprawy.
Ku Waszej pamięci, z ogromnym bólem w sercu i łzami w oczach, ale z ogromnym uśmiechem na wspomnienia naszych wspólnych chwil, tych z mojego dzieciństwa i z dorosłości, chciałam Wam podziękować za Wasz niesamowity wkład w moje, nasze, życie.
Kocham Was,
D.
Xxxxx

Wiosna, jak to tak?…

Oczywiście nie powinnam była się nastawiać na to, że śnieg już więcej nie zawita w nasze progi aż do końca roku (tymczasem wiosna zagrała na nosie po swoich żarcikach w stylu spring teasers). To co się dzieje za oknem (z nieba sypie się śnieg z niewielkimi przerwami i wiatr sobie ochoczo tańcuje z płatkami śniegu) pozostawia mnie z tytułem Zbyt Optymistycznego Głupca. Prawdopodobnie to, że nie oglądam prognozy pogody – i chociaż mam widget pogodowy na swoim smartfonie to i tak tam głównie zaglądam, żeby zobaczyć jaka temperatura panuje na dworze – ma w tym swój duży udział. Trudno, płacę za swoją lekkomyślność i siedzę teraz pod cieńszym kocem niż zwykle (mój ukochany slanket, grubszy koc z rękawami, jest w praniu) z podwójną parą skarpetek założoną na rajstopy, w spodniach, bluzce i bluzie z szalikiem wokół szyi. Do tego pół dnia nosiłam także rękawiczki, ale nie były zbyt wygodne do pisania na laptopie. Jakby ktoś pytał, ogrzewanie w domu jest, ale jak w domu duża część pomieszczeń na dole, gdzie zazwyczaj wieczorami przebywam, nie ma drzwi, to ciężko się nacieszyć tym ciepłem…

Małej A co prawda cały dzień nie przeszkadzało biegać w rajstopkach, spódnicze i bluzeczce z krótkim rękawem (z uporem maniaka nazywanym przez nią „sleeve-ski”, według filozofii Pana B, że z każdego angielskiego słowa można zrobić polskie przez dodanie końcówki „ski”), a pytałam ją z milion razy, czy na pewno nie jest jej zimno i czy może z chęcią nie założyła bluzy? Ale nie, po Tatusiu ma, że jej prawie zawsze za gorąco! Pozazdrościć.

Ciekawa tylko jestem jak długo tym razem utrzyma się taka pogoda? Może wreszcie uda mi się zabrać Anię na sanki w tym roku albo chociaż ulepić bałwana, bo wcześniej nie dałyśmy rady. Nawet w Polsce pod koniec stycznia śnieg nas zawiódł, czego się nie spodziewałam po kochanych rodzinnych stronach. 😦 Jeśli się uda takie wyjście, to na pewno biorę aparat. 🙂 A póki co poraczę Was garstką zdjęć z zimy 2010, kiedy moje Maleństwo miało już prawie 2 lata, a zima nastała praktycznie w jedną noc i powitała nas z rana pięknym puszystym śniegiem w ogrodzie!

IMG_1171  IMG_1256

IMG_1158 IMG_1258

Off-topic:

Będąc w Reading w miniony weekend, zaczęłyśmy z dziewczynami sobotni wieczór panieński w dość ponury sposób – wokół restauracji, do której zmierzałyśmy, było wielkie zamieszanie, z kilkoma funkcjonariuszami policji, była także straż pożarna – okazało się, że nie tak dawno temu zaginęła dwójka dzieci (pięcio- i siedmioletnie). Rodzice, którzy wychodzili ze swoją dwójką z restauracji nagle je zgubili, nie do końca wiem jak, ale tak czy siak, zorientowali się, że w pewnym momencie ich dzieci z nimi nie ma. Możliwe, że był tłok wtedy i dzieci wyszły za dwójką nieznajomych niechcący, ale z drugiej strony drzwi do restauracji były wtedy otwarte na oścież z tego co kelner nam powiedział i dzieci mogły sobie ot tak wyjść, uważając to za genialny pomysł. Poszukiwania ich skończyły się na szczęście pomyślnie, bo mali nieletni stwierdzili, że pobawią się w chowanego w pobliskim kościele….

Zastanawiałam się jak bardzo ich rodzice musieli być przerażeni z powodu ich zguby, a zarazem wściekli na dzieci (które w ich wieku powinny niby wiedzieć lepiej, szczególnie starsze dziecko z rodzeństwa), chociaż z ich własnej winy tak naprawdę do tego doszło. O nieuwagę bardzo łatwo, ale i ocenę tego zdarzenia z zewnątrz też. Nie chcę oceniać i mówić, jacy to straszni ludzie i jak mogli to zrobić, że ja nigdy do czegoś takiego nie dopuszczę, bo przecież kto ma taki zamiar?

Aczkolwiek muszę przyznać, że miałam podobną sytuację, nie aż tak straszną z perspektywy czasu jak ci rodzice z Reading, ale i tak dało mi to bardzo dużo do myślenia. Kiedy byłyśmy z Małą A i jej Grandmą na zakupach w ogromnym sklepie Next, Ania chodziła sobie w zasięgu naszego wzroku, cały czas niedaleko nas albo tuż obok, nie zawsze za rękę, i niby się wydawało, że wie, że nie powinna się oddalać. Tylko problem w tym, że w takim ogromnym sklepie są niekończące się możliwości zabawy w chowanego, a w części z ubraniami, gdzie roi się na każdym kroku od manekinów, ubraniowych wystaw, regałów i półek z ubraniami itp, które zawsze są wyższe od takiego mierzącego metr dziecka,  jest się prawie jak w hide-and-seek paradise. Niecałe pięć minut kontemplacji nad jakąś bluzką, spodniami czy stanikiem i nagle odrywając wzrok od recenzowanej rzeczy, okazuje się, że Małej A nie ma w naszym zasięgu. Zaczęłam przemierzać ubraniowy labirynt i z każdym kątem, w którym Ania nie stała, napięcie zaczynało rosnąć. Jak wreszcie po 2-3 minutach ją odnalazłam, myślałam, że się poryczę ze szczęścia, chociaż było widać, że biedna Ania zaczynała chyba sobie zdawać sprawę, że jej mamy i babci nie ma w pobliżu i też zaczynała się stresować. Wyprzytulałam ją jak najdłużej mogłam, a potem razem stanęłyśmy z boku i powiedziałam jej, że nie wolno nigdy odchodzić od mamy czy babci czy kogokolwiek z kim jest, że może jej się coś stać i że mnie i babcię bardzo przestraszyła. Na wszystko posłusznie przytakiwała głową i ze skruszonym głosem mówiła przepraszam i że tak więcej nie zrobi, ale ja wiem, że niezależnie od szczerych chęci czasami jakiś pomysł wydaje się być niegłupi i z możliwością nawet spodobania się mamie, bo przecież mama lubi, jak się bawimy w chowanego. Morał jest oczywiście taki, że nigdy nie należy spuszczać dziecka z oka ani nie polegać na innym towarzyszącym dorosłym (chyba że specyficznie został on o to poproszony, wyraził zgodę, jest godny zaufania i powierzenia takiego zadania!), nawet jeśli ono „rozsądne”, bo inaczej może dojść do katastrofy, nawet jeśli „przez te 5 minut, nic mu się przecież nie stanie”.

Obym nigdy więcej w życiu już o tym nie zapominała.

When better becomes the best

Dearest C & J,
We’ve known each other for around five years now, which may seem like not that much, but I know that for all of us it’s a lifetime of friendship as we have been together through the biggest changes in our lives and we’ve always had lots of fun too. You stood there happy for us when we were telling you about our Big News even though you were about to enter a long and often dreadful journey throughout the coming years. You stood strong for your own sake and the sake of your family and friends, seeing how their problems were truly nothing in comparison to your pain, yet you never said a word. We stood by you, offering support and shoulder to cry on to ease your troubles, knowing that there’s nothing else we could do to help, so we just made sure you knew we were always there for you.
Now you’ve made it through the worst, and are standing your ground firmly as before, I must say – we are over the moon to hear your Big News – you’ve finally got your long-awaited dream. It’s hard to express how happy we are for you, so let us just say that you definitely deserve it big time. And, just so you know, we are definitely tagging along on this journey too!
With all our love and forever yours,
D, B & A

Out in the Dales

Można by się zacząć martwić, że tajemniczo po Thriller‚ze at night, nie pojawiałam się tutaj przez parę dni, ale oto jestem – chwilowo przynajmniej – obecna. Ostatnio mi brakuje czasu, bo staram się wszystko ogarnąć w domu dla Małej A i Pana B (niesamowite jak krótko stan porządku trwa w tym domu!) oraz ogarnąć siebie, bo wyjeżdżam na weekend do Reading, aby w sobotę wybrać się na spotkanie w stylu wieczoru panieńskiego mojej koleżanki, dla osób, które na sam wieczór panieński nie mogły się załapać z różnych względów (ja akurat miałam wykupione bilety na koncert zespołu Fun w Norwich, na który się wybieram z Demonkiem :)). W marcu oprócz tego czeka mnie jeszcze wizyta weekend‚owa Mylenki oraz Deszczowa Piosenka w Teatrze Roma w Warszawie, więc niestety, ale mam wrażenie, że częstotliwość wpisów się nie poprawi przez jeszcze jakiś czas.

W każdym razie, oprócz rzeczy wokół mnie, którymi trzeba się zająć, są jeszcze momenty na przyjemności. Wczoraj z Anią wybrałam się do niewielkiego lasku w naszym mieście zwanym The Dales – wyjście zorganizowane przez przedszkole, a więc byli też i mali przyjaciele Małej A, panie nauczycielki/opiekunki jak i większość rodziców – wspaniała okazja do zobaczenia z kim Ania się bawi najlepiej (oczywiście poza Pewnym Nonszalanckim Osobnikiem) i wreszcie powiązać imiona wymieniane w przedszkolu („Ania spędza czas z [przeróżne imiona]”) – z dziećmi! I tak oto dowiedziałam się w końcu, która dziewczynka ma na imię Mia-Rianne i którzy to Bethany i Mikey (przesympatyczne rodzeństwo bliźniaków).

Dzieci miały mnóstwo zabaw w trakcie przechadzki po lasku: bieganie po polanie, zbieranie listków, gałązek i innych rzeczy, które przyciągały uwagę (ślimakowe muszle, piórka, kwiatki, mech itp.) i przyklejanie tego wszystkiego na niewielką karteczkę z dwustronną taśmą klejącą, którą panie opiekunki rozdawały każdemu dziecku;

DSC02107

budowanie niewielkich namiotów (z pomocą dorosłych), żeby zjeść w nich  „małe co nieco”, była też zabawa w chowanego i wiele innych, np. jak malowanie drzew kolorową wodą czy chodzenie w błocie (nie ma to jak kalosze, aczkolwiek Ania nie miała swoich, bo gdzieś nam się zapodziały w domu albo w przedszkolu – nie wiem – w każdym razie jej kozaczki w miarę się spisały). Udało się także złapać niewielką żabę, pokazać dzieciom i wypuścić, aby odskoczyła w siną dal.

DSC02088 DSC02091

Małej A tak się podobało, że nie chciała wracać do domu. 😉

DSC02078 DSC02075 DSC02073