We are going on a bear hunt!

Bywam tu coraz rzadziej, za co przepraszam, chociaż nie jest to celowe, po prostu dzień za dniem ucieka mi sprzed nosa. Część planów przez Smutne Marcowe Wydarzenie się pozmieniała (na Deszczową Piosenkę będę teraz szła w maju, ponieważ nie miałam możliwości ani nawet chęci pójścia 21 marca), część – bardzo ekscytujących (jedziemy do Disneyland Paris w czerwcu!!) – doszła… A dodatkowo staram się wygospodarować w ciągu dnia chwile dla siebie: portugalski z Duolingo (już level 6 ze znajomością 99 słów), a także wzięłam się wreszcie za przeczytanie książki dla dorosłych (nie jakiś bestseller na światową skalę, ale książka autorki – Cecelii Ahern – którą polubiłam po przeczytaniu jej najbardziej chyba popularnego tytułu PS. I love you parę lat temu; teraz czytam The Gift).

Poza tym podczas pobytu mojego i Małej A w Polsce zaczęła się przerwa semestralna w Anglii, więc Ania nie chodzi i nie będzie chodziła do przedszkola aż do środy 17 kwietnia, także dzień w dzień trzeba wymyślać różne zabawy bądź zajęcia, żeby się Mała A przypadkiem nie nudziła za bardzo bez przedszkolnych rówieśników (za którymi tęskni i co jakiś czas pyta, kiedy będzie mogła zobaczyć Ben‚a!). Dzisiaj np. stanęło na wyjściu do sklepu, do którego uzbroiłyśmy się w kalosze (nie ma brytyjskiej wiosny bez „przekomicznej” mieszanki słońca i deszczu) i zaliczałyśmy po kolei wszystkie kałuże, czy na chodniku, czy na trawie i obydwie miałyśmy wielką frajdę.

Ale pomijając to wszystko, chciałam powiedzieć, że udało nam się zabrać Anię na długo wyczekiwane (od Bożego Narodzenia) przedstawienie dla dzieci We are going on a bear hunt 4 kwietnia, które naprawdę Małej A się spodobało (i nam też). Piszę „na szczęście”, bo mało brakowało, a byśmy pewnie zostały w Polsce dłużej z powodu paskudnej zimowej pogody – nasz samolot, który miał lądować w Lublinie 31 marca, wylądował zamiast tego w Warszawie, ale przynajmniej nie został odwołany (co widzę teraz bywa częstszą opcją w przypadku złej pogody, niż przetransportowanie pasażerów, aby wylatywali z innego lotniska). Całą podróż pozostawię jednak bez komentarza, bo mnie tak wykończyła, że jak słowo daję nie latam już ze swoim dzieckiem w miesiącach zimowych, najwyżej sama…

W każdym razie wracając do tematu przedstawienia, to dekoracje i rekwizyty jakie był wykorzystane, były najprostszymi, jakie można sobie wyobrazić (np. zwyczajne brązowe puste pudła poustawiane jedno na drugim służyły jako pnie drzew w lesie), żeby jak najbardziej pobudzić wyobraźnię dzieci. Tak jak sama książka We are going on a bear hunt, przedstawienie również bazowało na wielokrotnym powtarzaniu wyrazów dźwiękonaśladowczych i wersów, które „upamiętniały” akcję, z urozmaiceniem w postaci piosenek, a dodatkowo aktorzy starali się nawiązać „dialog” z dziećmi, poprzez zadawanie pytań albo udawanie, że czegoś nie zauważyli, żeby dzieci mogły – wykrzykując odpowiedzi – podpowiedzieć aktorom, że np. niedźwiedź stoi za ich plecami. 😉 Przedstawieniu towarzyszyła również muzyka, w której wykorzystano przeróżne instrumenty muzyczne jak np. akordeon, gitara czy perkusja, a także inne (których nazw nie znam) o interesujących dźwiękach. Niespodzianką zarówno dla dzieci jak i dorosłych były pistolety wodne, którymi aktorzy strzelali w widzów podczas „przeprawy przez rzekę”, co wywołało dużo śmiechu i pozostawiło trochę lekko mokrych twarzy i ubrań. 😉 Potem była „przeprawa przez błoto”, ale zanim się zaczęła, jeden z aktorów przeszedł po scenie i zacząć głośno mówić z przepraszającą miną(szczególnie do osób z pierwszego rzędu – w którym my też mieliśmy okazję siedzieć) „I am SO sorry, I do APOLOGISE„, tak jakby mieli nas popsikać błotem tak jak wodą przed chwilą, co dość dużą ilość rodziców (w tym mnie) wystraszyło. 😛 Oczywiście, to był tylko taki psikus ze strony aktorów i nikt błotem nie rzucał w widzów. 😉

DSC_0041

Z teatru wyszliśmy zadowoleni i rozbawieni i z nowymi nabytkami – plakatem z przedstawienia do pokoju Ani i płytą z piosenkami, po czym udaliśmy się na nasz rodzinny obiad w restauracji Frankie and Benny’s. Pomimo niezbyt ładnej pogody, dzień był przesympatyczny i krótko mówiąc the one to remember!

IMG_6337IMG_6339

We are going on a bear hunt.
We’re going to catch a big one!
What a beautiful day.
We’re not scared!

Reklamy

The power of imagination

Korzystając z tego, że jesteśmy w Polsce, postanowiłyśmy razem z Anią znowu odwiedzić Żółwika, który – chciałoby się powiedzieć, że niespodziewanie – bardzo urósł przez ostatnie półtora miesiąca i trudno uwierzyć, że ma niecałe 3 miesiące. Zdecydowanie lepiej teraz widzi, co można zauważyć z tego jak go przyciągają wszelkie kolory i twarze, a do tych znajomych osób – przede wszystkim oczywiście mamy – się przepięknie uśmiecha. Na buzię Małej A też radośnie reagował, chociaż nie jestem pewna (a właściwie można by to nazwać wątpliwym) czy ją zapamiętał z jej poprzedniej wizyty prawie tydzień temu, kiedy spędziła razem z nim i jego mamą trochę czasu (jak ja i reszta rodziny byliśmy na pogrzebie), czy to po prostu fakt, że to buzia dziecięca, więc bardziej intrygująca, nieznana, interesująca. Poza tym coraz lepiej utrzymuje swoją główkę, a smoczek, który jeszcze na początku lutego był prawie-że nierozłącznym towarzyszem w ciągu dnia, częściowo poszedł w niepamięć i ponoć przypomina o swojej obecności tylko pod wieczór, przy zasypianiu.

IMG_6128IMG_6135IMG_6167IMG_6140

Ciągle i niezmiennie jestem pod wrażeniem jak bardzo i jak szybko dzieci się zmieniają i rosną przez pierwsze 12 miesięcy swojego życia. Wyczekiwania na te mniejsze i większe rzeczy, te milestones jak przekręcenie się na brzuszek, raczkowanie, pierwsze kroki, pierwsze ząbki, (nie-zawsze)smakowite papki do jedzenia jako dodatek do mlecznych posiłków… Uśmiechy, dźwięki, przespane noce! Potem natłok podobnych w skali rozwoju zdarzeń się zmniejsza z wiekiem. Pierwsze słowa, ostatnie pieluszki, samodzielne jedzenie… Są większe odstępy w wydarzeniach „do odhaczenia”, ale to wcale nie oznacza, że nasze dzieci przestają nas zaskakiwać.

IMG_6162 IMG_6158

Do dzisiaj pamiętam moment, kiedy Ania po raz pierwszy powiedziała mi, że mnie kocha. Trzymałam ją na rękach, gotową do położenia spać do drzemki w domu rodziców Pana B, a ona objęła moją szyję, zrobiła dramatyczną minkę, taką poważną ze zmarszczonymi brewkami – i widać było, że te zaraz wypowiedziane słowa są dla niej ważne – i wydobyła z siebie „I love you, Mummy”. To może trochę śmieszne, ale nie pamiętam ile miała wtedy lat, wydaje mi się, że 2, ale najbardziej zapamiętałam sam moment i gdzie on miał miejsce. Możliwe, że gdzieś mam to zapisane, ale za dużo by było wiadomości, e-maili i sms-ów do przeszukania.

IMG_0393

(Moja prawie 8-mio miesięczna Mała A. Wieki temu.)

Ale tak się rozpisałam trochę nie na temat, ponieważ miałam zamiar pisać o pewnej przygodzie z Czarnoksiężnikiem. 😉

Kiedy Dziadzio nas odbierał z naszej wizyty u Żółwika, powiedział nam, że samochód (nazywany przez Anię „Anika”) stoi daleko, ponieważ w pobliżu bloku nie było miejsca. Więc wpadłam na pomysł (za dużo czytam chyba bajek dla dzieci, jak zaraz stwierdzicie) – bo zauważyłam, że Ania jakoś niezbyt ochoczo myślała o perspektywie dłuższego spaceru – który szczerze mówiąc nie sądziłam, że aż tak bardzo Małą A zajmie!

„Aniu” – powiedziałam – „Dziadzio mówi, że Anika stoi hen daleko… Widzisz?….”

Mała A i jej mama były właśnie u progu Wielkiej Przygody; Anika, ich wierny samochód, czekała na nie za wielkimi górami [niewielkie poboczne górki śniegu – rezultat odśnieżenia chodników], głębokimi i szerokimi rzekami [oczywiście kałuże z topniejącego miejscami śniegu] i lasami [gałęzie krzaków], a tuż przed nimi roztaczał się ogromny zamek [gimnazjum, do którego chodziłam] Czarnoksiężnika. Musiały się pospieszyć, każda chwila spędzona na granicach królestwa tego czarodzieja narażała je na niebezpieczeństwo.

– Szybko Aniu! Musimy uciekać! – zarządziła mama, zauważywszy zbliżającego się Czarnoksiężnika. – Do Aniki!!

Mała A i mama rzuciły się naprzód i w trudach pokonując ruchome piaski [zapadająca się pod każdym krokiem warstwa śniegu sięgająca mi do kostek, a Ani po łydki], dotarły szczęśliwie i doprawdy w ostatniej chwili do Aniki. Dziadzio uruchomił Anikę i oto cała trójka była w drodze, aczkolwiek zły Czarnoksiężnik deptał im po piętach. Zjeżdżając w dół ze szczytu góry [ulica była pod dość dużym kątem], Czarnoksiężnik pozostał w tyle, ale nie na długo – jego magiczna moc bowiem zawładnęła śniegiem z gór i białe puszyste chmury zmrożonego śniegu zaczęły atakować Anikę [kompletna improwizacja opowieści ze strony Ani], już cała trójka popadała w rozpacz, kiedy oto nadciągnęły z pomocą malutkie leśne wróżki [z przydrożnego lasku] i osłoniły Anikę swoimi czarami – Abrakadabra! Hokus pokus! Czary mary! [krzyczała Mała A ze swojego fotelika z tyłu samochodu] – pozostawiając ją pod ochronną bańką. Toczyła się wielka bitwa między wróżkami a Czarnoksiężnikiem [Ania mówiła w tym momencie już coraz szybciej i wykrzykiwała rzeczy typu „Fire!!!„], ale ostatecznie wróżki musiały ustąpić potędze Czarnoksiężnika, który z każdą chwilą stawał się coraz to groźniejszy i bardziej zły [„He’s going to smash Anika to pieces!!” coraz bardziej podekcytowanym głosem mówiła Ania]. Zyskawszy nieco na czasie, chowając się za Olbrzymem [ciężarówką], cichaczem [musiałam Anię trochę przystopować z tym jej natłokiem słów 😉] cała trójka zbliżała się do celu, tak niewiele zostało! Czarnoksiężnik jednak się nie poddawał.

– Ania! Musimy poszukać Kota w Butach, tak jak w tej bajce, którą Ci czytałam wczoraj przed snem! Pamiętasz? On przechytrzył Czarnoksiężnika, żeby się zamienił w mysz!

– BUT I CAN’T SEE ANY CATS MUMMY!! [zauważyło bystrze dziecko rozglądając się dookoła po przemierzanych ulicach]

Mama z Małą A gorączkowo szukały Kota w Butach, już praktycznie czuły oddech Czarnoksiężnika na ich plecach, aż nagle…

– Uma-uma-jej-uma-uma-uma-jej – zabrzmiało Anikowe radio.

– To zaczarowana piosenka Ania! – zawołała radośnie mama. – Ona nam pomoże! [w sumie czego nie, do tej pory nie wiem o czym jest piosenka „Dragostea din tei”]

I mama zaczęła podśpiewywać do piosenki, a Mała A wtórowała, tworząc kompletnie nowe słowa potężnej magicznej pieśni… [Ania nuciła sobie w różnych melodiach coś typu „Magic song, singing magic, I love fairies…„]

I uwierzcie mi lub nie, ale śpiew pokonał Czarnoksiężnika, a my bezpiecznie z Anikowego garażu (ale na wszelki wypadek biegiem) dotarłyśmy do naszej wieży – bloku mieszkalnego, a tam cały magiczny świat został kompletnie zapomniany na widok ukochanej Cioci.

Oczywiście do czasu!