Strona główna » Books » Medacynkowe wspomnienia z pączkami

Medacynkowe wspomnienia z pączkami

Dzisiaj wpadam na nieco krócej niż zwykle (te prace domowe, które zaniedbałam z powodu bólu w mostku łypią na mnie naburmuszone), korzystając z okazji, że Pan B w ten swój dzień wolny wreszcie – za moją namową – zabiera Małą A na pływalnię, na której Ania nie była już od bardzo dawna (a uwielbia zabawy w wodzie). Mama chętnie by się wybrała na pływalnię, ale ciągle nie może przełamać strachu i nauczyć się pływać… Próbowałam wiele razy, ale nadal się nie przeprosiłam ze wspomnieniami basenowymi z podstawówki, kiedy nie mogłam się wydostać spod wody (po trzymaniu się za ręce ze wszystkimi i zanurzeniu się na rozgrzewkę). Poślizgnęłam się czy coś tego typu, już nawet dokładnie nie pamiętam, i zaczęłam panikować. Poza tym tyle się zawsze nasłuchałam o skakaniu do wody (radio, telewizja, rodzice-lekarze) i różnego rodzaju śmiertelnych wypadkach z tym powiązanych, że również nigdy nie mogłam skoczyć do wody inaczej niż na „bombę”. Zatrzymam się tutaj co prawda, ponieważ nie o tym chciałam pisać, a Ania all excited właśnie wyszła ze swoim tatkiem z domu, więc countdown do ich powrotu się zaczął, a czas trzeba wykorzystać najlepiej jak się da (jak na ironię ze Spotify poleciała The Lazy Song, ha!).

Wracając do wspomnień z pobytu Medacynki, pamiętam, że jakoś nasza wspólna podróż nie zaczęła się tak szczęśliwie. Na blogu miała pokazać się wzmianka na ten temat pod tytułem „Kłębek nerwów”, nie miałam okazji jej skończyć (m.in. dlatego, że dowiedziałam się, że jeden z moich bliskich przyjaciół praktycznie walczył o życie wtedy w szpitalu i mi było głupio, że tak się rozkleiłam, jakby mój dzień był najgorszym w życiu każdego człowieka), ale teraz z perkspetywy czasu Was uraczę tym co powstało wtedy w środę 6 lutego:

„Nie lubię takich dni jak dzisiaj. Sądzę, że w sumie mało kto za takimi przepada. Wszystko szło opornie i chociaż nie latam od dziś tylko w miarę regularnie od szczęściu przeszło lat, w tym trzy i pół z Małą A (pierwszy raz leciałam z nią po jej skończonych sześciu miesiącach życia), i wydawałoby się, że mam w tym jako takie doświadczenie, szczególnie z przygotowaniem do podróży, dzisiejszy dzień pokazał mi, że nie powinno się spoczywać na laurach i że trzeba spodziewać się wszystkiego. W moim wypadku to „wszystko” zawarło się w „W[alizka] stanęła do góry dnem”, tylko niczego nie udawała. Kontrolę przed wylotem z nowego, dodam tyciego, bo mniejszego niż Modlin, lotniska od wczoraj uważam za najsurowszą, z którą dane mi się było spotkać, bo oprócz oczywistego wyjęcia rzeczy elektronicznych czyli laptopów, tabletów i telefonów, okazuje się, że trzeba także wyjąć aparat cyfrowy (nie lustrzankę, o którą mnie pytano), niańkę elektroniczną i na wszelki wypadek elektroniczne szczoteczki do zębów, i może od razu kable i ładowarki…

Zapytacie może, skąd to wszystko znalazło się w moim bagażu podręcznym (zażartowałabym, ale chyba sobie i Wam odpuszczę na wszelki wypadek, nie wiadomo kto się tu pojawia, więc kontynuując na poważnie: ) – otóż są to niejako drogie rzeczy, które w miarę możliwości wolę trzymać przy sobie, nie wspominając o tym, że waga takich rzeczy jest dość duża, a jak się leci tanimi liniami, to każdy gram jest na wagę złota, i to dosłownie. (Jeden z dwóch głównych powodów nielubienia tanich linii; ale jak połączenia są korzystniejsze to niby całą resztę można przeboleć.)”

Och, byłam wściekła w środę. I roztrzęsiona. Stres mnie zjadł całkowicie, nerwy sięgały szczytu, a Ania przy mnie stała i patrzyła jak całą zawartość walizki staram się z powrotem poskładać tak, żeby się wszystko zmieściło (prawa fizyki nie pozwalają oczywiście wrzucić wszystkiego byle jak, bo przecież się bagaż nie zamknie!). Nie było czasu, żeby coś Małej A kupić do picia do samolotu (a na pokładzie jakoś nie przepadam, ale jak mus to mus). Ledwo zdążyłyśmy do kolejki priorytetowej (z dzieckiem uważam, że warto zapłacić więcej, żeby uniknąć zamieszania i dodatkowego stresu na wypadek, gdyby się okazało, że wszystkie wolne miejsca obok siebie są zajęte i trzeba prosić innych o przesiadanie się, a oni nie zawsze chętnie do tego zagadnienia podchodzą). Na samym pokładzie samolotu wszystko się nieco uspokoiło i można było odetchnąć, chociaż nie miałam nastroju do pogaduch (Medacynka co prawda siedziała w innym miejscu niż my, bo my rezerwowałyśmy miejsca – potem się okazało, że mogła siedzieć obok nas, bo nikt więcej nie wykupił miejsc w naszym rzędzie, ale było za późno) i zabawy, ale jakoś dało radę. Jak wylądowałyśmy wszystko szło całkiem smooth, aż do chwili, kiedy trzeba było biec do toalety z Anią, a na drzwiach do tej najbliższej wisiała tabliczka z napisem „Nieczynne”… no to sprintem na drugi koniec lotniska i sprintem z powrotem, żeby potem sprintem po raz kolejny biec – tym razem z Medacynką już i całym bagażem – na przystanek na autokar, bo bałam się, że się spóźnimy. Potem oczywiście były korki, na szczęście niewielkie, więc opóźnienie tylko około 10 minut. Mój plan też do końca nie wypalił, bo postój taksówek przy przystanku naszego autokaru (już w moim mieście) został zlikwidowany jak byłam w Polsce, więc trzeba było dzwonić po taksówkę. Niby pół biedy, ale jak taksówka zaczęła odjeżdżać z OTWARTYMI drzwiami, bo przypinałam Ani pasy stojąc na zewnątrz, myślałam, że mnie zaraz szlag trafi. Na zwieńczenie tego cudownego dnia, już w domu, zalałam się sosem pomidorowym + ścianę + kanapę. W rezultacie czego dodatkowo zalałam się łzami. And the joke’s on me.

Podziwiam Medacynkę za to, że to wszystko wytrzymała i nie chciała uciekać ode mnie pierwszym lepszym samolotem do Polski! Ale niby znamy się już te prawie 10 lat i one would hope, że wszystkie najgorsze momenty mamy za sobą, a jeśli jakieś na nas czekają, to że sobie z nimi poradzimy. 🙂

Co do tych pączków, które mają zaszczytne miejsce w tytule, Medacynkę strasznie nosiło, żeby z okazji Tłustego Czwartku urządzić pieczenie w kuchni, i – chociaż z małym poślizgiem czasowym, bo wylądowałyśmy z pieczeniem pączków w Shrove Tuesday, czyli w wersji wtorkowo-naleśnikowej Tłustego Czwartku w Wielkiej Brytanii – nie wahając się długo po zobaczeniu przepisu na pączki typu Krispy Kreme (kto raz spróbował te zupełnie inne niż nasze polskie pączki wie czym się zachwycać) na blogu Przypalonego Czajnika naszej kochanej drogiej MiNy, spędziłyśmy dzień przed wyjazdem Medacynki prawie całkowicie i jedynie w kuchni: robiąc ciasto, doglądając go, wycinając pączki, doglądając je, smażąc pączki i dekorując je, a potem jedząc wspólnie ze wszystkimi. 😉

Moim głównym celem było stworzenie pączka podobnego przynajmniej w smaku do Strawberries & Kreme. Dla Pana B oczywiście, bo to jego ukochany smak. 🙂 Do nadzienia użyłyśmy z Medacynką smooth strawberry jam i swiss meringue buttercream, przepis na buttercream pochodził z mojej ukochanej, niezawodnej książki do robienia babeczek Cupcakes autorstwa Sue McMahon, dostępnej np tu.

IMG_5623IMG_5621

Podjęłyśmy się też próby zrobienia Millionaire’s Shortbread (mój ulubiony smak!), ale skończyło się na zrobieniu pączków z czekoladową polewą z przepisu i z nadzieniem karmelowym (bez czekoladowego), według przepisu na all-purpose caramel recipe z tej strony.

IMG_5321 IMG_5334IMG_5327 IMG_5331 IMG_5332

Zabawa była całkiem przednia (ja po raz pierwszy w życiu robiłam pączki, natomiast Medacynka to zaprawiony kucharz ;)), ale dość męcząca!

IMG_5253IMG_5233IMG_5245IMG_5252IMG_5263 IMG_5286

Poza tym wielkie podziękowania idą w stronę Medacynki za niekończące się zabawy z Małą A, przede wszystkim jej lalkami w olbrzymim domku dla lalek, i za tą nieograniczoną niczym cierpliwość do swojego podążającego za Nią wszędzie nowego „cienia”. 😉 I za mile spędzone wieczory z grzanym winem przed „kominkiem” bez Ani. Będzie co wspominać!

DSC02024DSC02023

DSC02035DSC02048DSC02052

DSC02036DSC02033DSC02037DSC02044

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s