Strona główna » Family » You are my sweetheart

You are my sweetheart

Po ponad dwugodzinnej wyprawie z domu, wróciłyśmy zmęczone i zmarznięte. Zimny i przenikliwy wiatr szybko dał nam popalić i praktycznie w ciągu paru minut na rękach pojawiły się rękawiczki, a na głowach czapki; na szczęście parasolka okazała się być zbędnym przedmiotem na naszym „spacerze”.

Obydwie z Małą A musiałyśmy przejść w miarę spory kawałek, do Asdy (tatko potrzebował tuszy do drukarki), a droga wydawała się z każdym krokiem dłużyć, z powodu zimna (mama jest z tych leniwców pospolitych z podkategorią okropnych zmarźluchów), bo świat dookoła jest niezwykle fascynujący z tym malutkim listkiem na łódkę do kałuży (których akurat brakowało tym razem), i z tymi garściami gałązek, krótszych, dłuższych i olbrzymich, które fajnie się trzyma w rączkach, nosi i wymienia co chwilę na te ciągle to nowsze, napotkane na trawie. Brak wózka, który odstawiliśmy parę miesięcy temu, też w takich momentach nieco doskwiera, zwłaszcza, że między płytkami chodnika grasują groźne aligatory! Ale nie martwcie się, udało nam się przed nimi uciec i, jakimś dziwnym trafem – możliwe, że z powodu niezbyt przyjaznej aligatorom pogody, w naszej drodze powrotnej wszystkie się pochowały.

IMG_5516 IMG_5529

IMG_5534IMG_5519

Do sklepu dotarłyśmy niecałą godzinę po wyjściu z domu, czyli około 2-3 razy dłużej niż by mi to zajęło, gdybym poszła sama. Zazwyczaj taka różnica czasowa mi jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale niestety z powodu zimna i bólu w mostku, który mnie budził w nocy, dokuczał w ciągu dnia i pozostawił w dość podłym nastroju, mój poziom cierpliwości był niższy niż zwykle, choć Ania to bardzo dzielnie znosiła. (Krótkie wyjaśnienie, gdyby ktoś z bliższych mi osób się martwił: ból ten, na tle mięśniowym, pojawia się i znika co jakiś czas od czasów przeprowadzki do naszego domu w grudniu, kiedy musiałam się nadwyrężyć z przenoszeniem pudeł, rozpakowywaniu ich itp itd, poza tym Mała A waży już ponad 15kg, i mimo że kocha się każdy kilogram tej osóbki nad życie, to miłość nie wpływa na lekkość tych kilogramów niestety!)

Tak więc na moje pocieszenie (retail therapy), a na pożytek Ani, kupiłam jej 2 nowe spódniczki, 1 T-shirt (o kolorze trochę krzyczącej pomarańczy, ale z rysunkiem kotka, który się strasznie Małej A spodobał, więc uległam) i nową niebiesko-turkusową bluzę. Po drodze do domu wstąpiłyśmy na plac zabaw, żeby Ania sobie trochę poszalała, a na koniec wycieczki jeszcze wpadłyśmy do sklepiku bliżej naszego „zamku”, aby się ogrzać troszkę  i kupić Małej A 2 magazyny – Alphablocks i Octonauts z edukacyjnymi dodatkami do zabawy na później.

IMG_5537 IMG_5540 IMG_5552 IMG_5555 IMG_5559 IMG_5567

Jak już wreszcie wróciłyśmy do naszych czterech kątów, usadowiłam Małą A na kanapie pod kocykiem, a sama poszłam do kuchni przygotować obiad, w międzyczasie przynosząc Ani czekoladę na gorąco, żeby się szybciej rozgrzała. Ania grzecznie podziękowała, po czym spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała:

Mummy, you are my sweetheart.

IMG_5589

Jeden uśmiech, milion powodów do radości, nawet w te zimne i pochmurne dni.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s