Miłosne perypetie Przedszkolaka

Odprowadzając Małą A do przedszkola, rozmawiałyśmy o przeróżnych rzeczach, chociaż może bardziej przypominało to monolog prowadzony przeze mnie, a Ania pogrążona w swoich myślach albo mnie tak uważnie słuchała albo zastanawiała się jak ze wzmianki o koszach i kwestii pod tytułem recycling (dzisiaj jest ten dzień w tygodniu nazywany bin day, więc kosze są powystawiane przed domy w oczekiwaniu na śmieciarkę) zeszłam na temat o lekarzach i szpitalach…

Dygresja: W sumie wracając z przedszkola do domu też nad tym rozmyślałam i wyszło mi, że z użalania się nad sobą, że zapomnieliśmy wystawić nasz niebieski kosz pełen rzeczy plastikowych, puszek i różnorodnych wyrobów papierniczych, zeszłam na temat recycling‚u i tego jak Charlie i Lola w książce wypożyczonej z biblioteki Charlie & Lola – Look after your planet sortowali te właśnie rzeczy i mówili o tym jak trzeba dbać o Ziemię. Z tego Mała A zmieniła temat na space (bo jak planeta, to kosmos oczywiście) i zaczęłam mówić o tym jak to tylko astronauci latają w kosmos, i tak jakoś płynnie temat zamienił się w to, czym się zajmują Babcia i Dziadzio (lekarze).

…A może myślała zupełnie o czymś innym, na przykład o tym, co będzie robiła w przedszkolu (mama zadała to pytanie na początku drogi). I tak dochodząc do przedszkola, Ania wyrwała się z mojej ręki i pobiegła prosto do bramy, a ja za nią, trochę wolniej, śmiejąc się, że ha, wygrała i dobiegła do bramy pierwsza. Ale okazało się, że jej rozpromieniona twarz i nieoczekiwany entuzjazm podczas biegu do bramy (nigdy tak nie robi, zazwyczaj to muszę ciągać ją do przedszkola, a potem wychodzić jak się prawie zalewa łzami) były wywołane wypatrzeniem Pewnego Nonszalanckiego Osobnika, nadciągającego z naprzeciwka.

BEEEEEN! – radośnie oznajmiła mi Mała A – It’s BEN, MUMMY!!!

Pewien Nonszalancki Osobnik przeszedł obok Ani jak gdyby nigdy nic. W przedszkolu w szatni to samo, Ben już wyszedł, a Mała A being so excited as she was nie mogła szybciej zdjąć kurtki i zmienić butów. Ledwo zaczepiłam jej rzep na drugim bucie i już jej nie ma, a ja zostałam z kurtką i siatką do powieszenia. Nie szkodzi, lepiej tak, niż gdyby miała płakać za mną… Gdy opuszczałam przedszkole Ania szczęśliwie, lecz cicho i nieśmiało, stała przy Pewnym Nonszalanckim Osobniku przy stoliku z piaskiem. Wydawało mi się, że Ben jej łaskawie pozwolił stanąć przy nim, ale to moja bardzo subiektywna opinia nadopiekuńczej matki, która mi się czasami włącza.

Historia pierwszej przedszkolnej miłości Małej A swoimi początkami wraca do końcówki października lub pierwszych dni listopada 2012, niedługo po tym, jak Ania zaczynała chodzić do swojego obecnego przedszkola. Pewnego dnia Mała A zapytana, czy jest happy, odpowiedziała, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, że nie. Jak się zapytałam dlaczego, to typowym kłapołuchowym tonem w głosie odrzekła „Because I love the boy„. Próby wytłumaczenia jej, że jak się kogoś kocha, to powinno się być szczęśliwym, zeszły na marne. Moje dziecko się pogrążyło w smutku, tak jakby się zakochała bardzo nieszczęśliwie i kompletnie bez wzajemności.

Początkowo nie mogąc ogarnąć jak ten chłopiec ma na imię, nazywała go Owen (przez nieopatrzność mamy, która nie do końca wtedy przyuważyła na kogo Mała A pokazuje, że jest jej best friend), ale ostatecznie po burzliwych wyjaśnieniach udało się ustalić, że to jednak jest Ben. Od tego czasu to imię rozbrzmiewało w domu bardzo często i jak Ania nie chciała się w coś ubrać do przedszkola albo nie spieszyło jej się (wtedy jeszcze) na autobus (bo mieszkaliśmy u teściów), padało zdanie „Ale chyba przecież chcesz zobaczyć Ben‚a?” i praktycznie zawsze działało. Pytane co jakiś czas panie opiekunki w przedszkolu z kim Mała A się zazwyczaj bawi, odpowiedź od każdej z nich brzmiała tak samo: właściwie to tylko z Ben’em się bawi! Są jak papużki nierozłączki, zawsze razem!

Wszystko szło wspaniale, aż w pewnym momencie Pewnemu Nonszalanckiemu Osobnikowi się odmieniło w okolicach połowy grudnia i tuż przed przerwą świąteczną. Ania, nie prowokując go (według zeznań pań opiekunek na uporczywe i dociekliwe pytania matczyne „jak to się stało?!”), dostała bardzo mocno w policzek prezentem, który Ben dostał od świętego Mikołaja. Nie tylko ona co prawda, żeby nie było, że została singled out. Ben‚a chyba po prostu dopadła przedświąteczna gorączka… Ponieważ incydent miał miejsce parę minut przed odbiorem dzieci, Ben nie przeprosił Małej A za to co zrobił, powiedziano mi za to, że wie, że źle się zachował. Nie spodobało mi się to, bo Ania zawsze była i jest uczona, że jak się coś źle zrobi to trzeba przeprosić; poprosiłam więc o to, żeby dopilnowano tego, żeby padły słowa przeprosin. Niestety, następnego dnia, w ostatni dzień zajęć przedszkolnych przed świętami, Ania zapytana czy Ben ją przeprosił, powiedziała, że nie, a opiekunki, przy której zdarzył się ten wypadek poprzedniego dnia, nie było już…

I tak oto w domu panował dramat. Tragedia. Łzy i zranione serce. Bo Ben nie powiedział przepraszam. Mała A ten „szczegół” tak sobie zapamiętała, że przez cały styczeń czekała tylko na te słowa przeprosin i wtedy próby tłumaczenia, że mógł już zapomnieć i że nie powinna się tym tak martwić i że czasami tak niestety bywa, również poszły na marne. A potem Ania zaczęła opowiadać, jak to Pewien Nonszalancki Osobnik zarządził, że z jakąkolwiek przyjaźnią koniec, bo ponoć powiedział Małej A, że nie chce być best friends anymore. A w przedszkolu, cóż, panie opiekunki zaczęły mi mówić jak to Ania zaczyna się bawić trochę z tą osobą, trochę z tą. O Ben‚ie nie było ani słowa przez jakiś czas.

Aż tu teraz w lutym moje dziecko znowu biegnie za Ben’em. Widocznie stwierdziła, że jednak nie może bez niego żyć? Muszę ją wypytać po przedszkolu.

Ciekawe, czy jak dorośnie, będzie pamiętała o swojej pierwszej burzliwej miłości?

Reklamy

All alone in the moonlight, I can smile at the old days

Zebrało mnie na wspomnienia i zaczęłam wracać do wiadomości tych sprzed lat i tych sprzed paru dni… Pewnie nie raz pojawią się tu powroty do przeszłości. Ale teraz pozostawię jedynie namiastkę mojego wieczoru:

Lata mijają i bez przerwy fizyczna lokalizacja Twoich przyjaciół się zmienia. Pamiętam jak dziś, gdy przeczytałem wiadomość od Ciebie lata świetlne temu (tak tak, lata świetlne to odległość), że byłaś w ciąży i że przygotowujesz się na nadejście swojego nowego pokolenia. Byłaś wtedy pierwszą znaną mi i bliską mi osobą, która spodziewała się dziecka. Czasem myślę, że ten moment był momentem przełomowym – dla Ciebie na pewno, ale dla mnie i dla nas wszystkich też. Reprezentował sobą przejście do innego, następnego poziomu życia. Tobie Ania zmieniła życie całkowicie, jak tylko można przez miłość. Ale i nam wszystkim otworzyło oczy na fakt, że nasze codzienne, przyziemne zmartwienia nie umywają się ani do batalii z przyszłym pokoleniem, ani do obdarzania go wszystkimi zasobami miłości, jakie się ma. Wtedy wszyscy byliśmy z Ciebie dumni. I teraz ja wiem, że nadal jestem dumny – bo pomimo wielu doświadczeń i gruntownych zmian w Twoim życiu, nadal byłaś tą samą (ale wzbogaconą) osobą.

Ania jest teraz duża […] życzę Tobie i Jej, żeby dorastała w atmosferze otwartości, ciekawości świata i możliwości wnikliwej jego obserwacji. […] Wiesz, dochodzę do wniosku, że często nawet nie zauważamy, kiedy kroczymy dobrą drogą – idziemy, idziemy, i nagle zdajemy sobie sprawę, że ta ścieżka gdzieś nas prowadzi, a nie wciąga nas głębiej i głębiej w puszczę.  W zeszłym roku poczyniłaś wielki krok, ale sama wiesz najlepiej, że wielkie kroki są tylko wynikiem małych, każdy z których jest równie ważny. I nigdy nie zapomnij, że niezależnie od oceanów, gór, lasów i rzek, Twoi przyjaciele Cię kochają, pamiętają i myślą o Tobie, i (miejmy nadzieję) nie przestaną Cię zaskakiwać – i tak pozostanie do końca ich dni. […]

I  believe that you measure yourself by the people who measure themselves by you.

On loan

Do biblioteki po raz pierwszy zabrała Anię jej Grandma dobrych parę miesięcy temu, może już i nawet w okolicach roku.

Piszę Grandma, bo dla uproszczenia i rozróżnienia babć w rodzinie do babci angielskiej zawsze postanowiliśmy się odnosić jako Grandma, a do babci polskiej po prostu Babcia. Tak się okazało, że obydwie babcie mają niesamowite zamiłowanie do czytania książek, tylko że jedna babcia – Babcia – przy tym lubi je sobie kupować i, przeczytwaszy, gromadzić, a druga – Grandma – nie ma nic przeciwko kupowaniu książek co jakiś czas i jej zbiór książek jest równie pokaźny co i Babci, ale skupia się głównie na wypożyczaniu książek z biblioteki z powodu kosztów (ceny książek są jednak drogie, a dołączenie do biblioteki publicznej nie kosztuje nic) i malejącego z czasem miejsca na książki. 😉

I tak oto Mała A, która uwielbia nowe historie i opowieści, trafiła z Grandmą pewnego słonecznego dnia do wielkiego budynku z ogromnymi regałami przepełnionymi książkami i zaczęła swoją, mam nadzieję długą i szczęśliwą, przygodę z biblioteką. Przy pomocy Grandmy, która zaprowadziła Anię na dziecięcy dział z przeróżnymi kolorowymi książkami i pomogła w wyborze nowej lektury, Mała A wróciła z niewielką siatką opowiadań na następne parę tygodni, między innymi z We’re going on a bear hunt Where’s my teddy?, które stały się jej ulubionymi na dłuższy czas, a także z Pinkie mouse, where are you?, która z kolei mi bardzo przypadła do gustu. Reszta tytułów niestety mi uciekła, ponieważ Ania nie była nimi szczególnie zachwycona (głównie z powodu ich długości). Za to We’re going on a bear hunt tak się Małej A spodobało, że w święta Bożego Narodzenia dostaliśmy od Gwiazdki bilety na przedstawienie na podstawie tej książki do teatru w kwietniu, czyli już całkiem niedługo. Nie mogę się doczekać – będzie to pierwsze nasze rodzinne wyjście do teatru z Anią!

Dzisiaj do wyprawy „bibliotecznej” oprócz Małej A i Grandmy dołączyłam także i ja, i po spędzeniu wczesnego popołudnia buszując po olbrzymim sklepie Next w Martlesham (oczywiście skończyło się na kolejnych zakupach ubraniowych dla Ani, bo tam zawsze mają prześliczne ubranka dla dzieci), pojechałyśmy do jednej z mniejszych bibliotek publicznych w naszym mieście. Stamtąd Mała A wyszła z siedmioma książkami, w tym dwie z jej ulubionymi bohaterami: jedna z Charlie‚m i Lolą, których parę tytułów mamy w oryginalnej wersji angielskiej, parę w wersji polskiej, i dwa tytuły, które się pokrywają w obydwu wersjach językowych (żeby czuło się płynność w przygodach tej dwójki niezależnie od języka), a druga z małą myszką Maisy, którą Ania poznała z czterech krótkich książeczek sprezentowanych jej od prababci Henley Nan na trzecie urodziny.

Zobaczymy, czy i tym razem Ania wytypuje swoich faworytów. 🙂

IMG_5649 IMG_5652 IMG_5654 IMG_5673

Medacynkowe wspomnienia z pączkami

Dzisiaj wpadam na nieco krócej niż zwykle (te prace domowe, które zaniedbałam z powodu bólu w mostku łypią na mnie naburmuszone), korzystając z okazji, że Pan B w ten swój dzień wolny wreszcie – za moją namową – zabiera Małą A na pływalnię, na której Ania nie była już od bardzo dawna (a uwielbia zabawy w wodzie). Mama chętnie by się wybrała na pływalnię, ale ciągle nie może przełamać strachu i nauczyć się pływać… Próbowałam wiele razy, ale nadal się nie przeprosiłam ze wspomnieniami basenowymi z podstawówki, kiedy nie mogłam się wydostać spod wody (po trzymaniu się za ręce ze wszystkimi i zanurzeniu się na rozgrzewkę). Poślizgnęłam się czy coś tego typu, już nawet dokładnie nie pamiętam, i zaczęłam panikować. Poza tym tyle się zawsze nasłuchałam o skakaniu do wody (radio, telewizja, rodzice-lekarze) i różnego rodzaju śmiertelnych wypadkach z tym powiązanych, że również nigdy nie mogłam skoczyć do wody inaczej niż na „bombę”. Zatrzymam się tutaj co prawda, ponieważ nie o tym chciałam pisać, a Ania all excited właśnie wyszła ze swoim tatkiem z domu, więc countdown do ich powrotu się zaczął, a czas trzeba wykorzystać najlepiej jak się da (jak na ironię ze Spotify poleciała The Lazy Song, ha!).

Wracając do wspomnień z pobytu Medacynki, pamiętam, że jakoś nasza wspólna podróż nie zaczęła się tak szczęśliwie. Na blogu miała pokazać się wzmianka na ten temat pod tytułem „Kłębek nerwów”, nie miałam okazji jej skończyć (m.in. dlatego, że dowiedziałam się, że jeden z moich bliskich przyjaciół praktycznie walczył o życie wtedy w szpitalu i mi było głupio, że tak się rozkleiłam, jakby mój dzień był najgorszym w życiu każdego człowieka), ale teraz z perkspetywy czasu Was uraczę tym co powstało wtedy w środę 6 lutego:

„Nie lubię takich dni jak dzisiaj. Sądzę, że w sumie mało kto za takimi przepada. Wszystko szło opornie i chociaż nie latam od dziś tylko w miarę regularnie od szczęściu przeszło lat, w tym trzy i pół z Małą A (pierwszy raz leciałam z nią po jej skończonych sześciu miesiącach życia), i wydawałoby się, że mam w tym jako takie doświadczenie, szczególnie z przygotowaniem do podróży, dzisiejszy dzień pokazał mi, że nie powinno się spoczywać na laurach i że trzeba spodziewać się wszystkiego. W moim wypadku to „wszystko” zawarło się w „W[alizka] stanęła do góry dnem”, tylko niczego nie udawała. Kontrolę przed wylotem z nowego, dodam tyciego, bo mniejszego niż Modlin, lotniska od wczoraj uważam za najsurowszą, z którą dane mi się było spotkać, bo oprócz oczywistego wyjęcia rzeczy elektronicznych czyli laptopów, tabletów i telefonów, okazuje się, że trzeba także wyjąć aparat cyfrowy (nie lustrzankę, o którą mnie pytano), niańkę elektroniczną i na wszelki wypadek elektroniczne szczoteczki do zębów, i może od razu kable i ładowarki…

Zapytacie może, skąd to wszystko znalazło się w moim bagażu podręcznym (zażartowałabym, ale chyba sobie i Wam odpuszczę na wszelki wypadek, nie wiadomo kto się tu pojawia, więc kontynuując na poważnie: ) – otóż są to niejako drogie rzeczy, które w miarę możliwości wolę trzymać przy sobie, nie wspominając o tym, że waga takich rzeczy jest dość duża, a jak się leci tanimi liniami, to każdy gram jest na wagę złota, i to dosłownie. (Jeden z dwóch głównych powodów nielubienia tanich linii; ale jak połączenia są korzystniejsze to niby całą resztę można przeboleć.)”

Och, byłam wściekła w środę. I roztrzęsiona. Stres mnie zjadł całkowicie, nerwy sięgały szczytu, a Ania przy mnie stała i patrzyła jak całą zawartość walizki staram się z powrotem poskładać tak, żeby się wszystko zmieściło (prawa fizyki nie pozwalają oczywiście wrzucić wszystkiego byle jak, bo przecież się bagaż nie zamknie!). Nie było czasu, żeby coś Małej A kupić do picia do samolotu (a na pokładzie jakoś nie przepadam, ale jak mus to mus). Ledwo zdążyłyśmy do kolejki priorytetowej (z dzieckiem uważam, że warto zapłacić więcej, żeby uniknąć zamieszania i dodatkowego stresu na wypadek, gdyby się okazało, że wszystkie wolne miejsca obok siebie są zajęte i trzeba prosić innych o przesiadanie się, a oni nie zawsze chętnie do tego zagadnienia podchodzą). Na samym pokładzie samolotu wszystko się nieco uspokoiło i można było odetchnąć, chociaż nie miałam nastroju do pogaduch (Medacynka co prawda siedziała w innym miejscu niż my, bo my rezerwowałyśmy miejsca – potem się okazało, że mogła siedzieć obok nas, bo nikt więcej nie wykupił miejsc w naszym rzędzie, ale było za późno) i zabawy, ale jakoś dało radę. Jak wylądowałyśmy wszystko szło całkiem smooth, aż do chwili, kiedy trzeba było biec do toalety z Anią, a na drzwiach do tej najbliższej wisiała tabliczka z napisem „Nieczynne”… no to sprintem na drugi koniec lotniska i sprintem z powrotem, żeby potem sprintem po raz kolejny biec – tym razem z Medacynką już i całym bagażem – na przystanek na autokar, bo bałam się, że się spóźnimy. Potem oczywiście były korki, na szczęście niewielkie, więc opóźnienie tylko około 10 minut. Mój plan też do końca nie wypalił, bo postój taksówek przy przystanku naszego autokaru (już w moim mieście) został zlikwidowany jak byłam w Polsce, więc trzeba było dzwonić po taksówkę. Niby pół biedy, ale jak taksówka zaczęła odjeżdżać z OTWARTYMI drzwiami, bo przypinałam Ani pasy stojąc na zewnątrz, myślałam, że mnie zaraz szlag trafi. Na zwieńczenie tego cudownego dnia, już w domu, zalałam się sosem pomidorowym + ścianę + kanapę. W rezultacie czego dodatkowo zalałam się łzami. And the joke’s on me.

Podziwiam Medacynkę za to, że to wszystko wytrzymała i nie chciała uciekać ode mnie pierwszym lepszym samolotem do Polski! Ale niby znamy się już te prawie 10 lat i one would hope, że wszystkie najgorsze momenty mamy za sobą, a jeśli jakieś na nas czekają, to że sobie z nimi poradzimy. 🙂

Co do tych pączków, które mają zaszczytne miejsce w tytule, Medacynkę strasznie nosiło, żeby z okazji Tłustego Czwartku urządzić pieczenie w kuchni, i – chociaż z małym poślizgiem czasowym, bo wylądowałyśmy z pieczeniem pączków w Shrove Tuesday, czyli w wersji wtorkowo-naleśnikowej Tłustego Czwartku w Wielkiej Brytanii – nie wahając się długo po zobaczeniu przepisu na pączki typu Krispy Kreme (kto raz spróbował te zupełnie inne niż nasze polskie pączki wie czym się zachwycać) na blogu Przypalonego Czajnika naszej kochanej drogiej MiNy, spędziłyśmy dzień przed wyjazdem Medacynki prawie całkowicie i jedynie w kuchni: robiąc ciasto, doglądając go, wycinając pączki, doglądając je, smażąc pączki i dekorując je, a potem jedząc wspólnie ze wszystkimi. 😉

Moim głównym celem było stworzenie pączka podobnego przynajmniej w smaku do Strawberries & Kreme. Dla Pana B oczywiście, bo to jego ukochany smak. 🙂 Do nadzienia użyłyśmy z Medacynką smooth strawberry jam i swiss meringue buttercream, przepis na buttercream pochodził z mojej ukochanej, niezawodnej książki do robienia babeczek Cupcakes autorstwa Sue McMahon, dostępnej np tu.

IMG_5623IMG_5621

Podjęłyśmy się też próby zrobienia Millionaire’s Shortbread (mój ulubiony smak!), ale skończyło się na zrobieniu pączków z czekoladową polewą z przepisu i z nadzieniem karmelowym (bez czekoladowego), według przepisu na all-purpose caramel recipe z tej strony.

IMG_5321 IMG_5334IMG_5327 IMG_5331 IMG_5332

Zabawa była całkiem przednia (ja po raz pierwszy w życiu robiłam pączki, natomiast Medacynka to zaprawiony kucharz ;)), ale dość męcząca!

IMG_5253IMG_5233IMG_5245IMG_5252IMG_5263 IMG_5286

Poza tym wielkie podziękowania idą w stronę Medacynki za niekończące się zabawy z Małą A, przede wszystkim jej lalkami w olbrzymim domku dla lalek, i za tą nieograniczoną niczym cierpliwość do swojego podążającego za Nią wszędzie nowego „cienia”. 😉 I za mile spędzone wieczory z grzanym winem przed „kominkiem” bez Ani. Będzie co wspominać!

DSC02024DSC02023

DSC02035DSC02048DSC02052

DSC02036DSC02033DSC02037DSC02044

Monster confessions

Poczytuję dosłownie garstkę różnych dziecięcych blogów (dla inspiracji), ale sama już nie wiem czy to taki dobry pomysł, bo dochodzę do wniosku, że to tylko pomału popycha mnie w stronę depresji. Możliwe, że to dobór blogów, często z pięknymi zdjęciami i radosnymi hymnami do macierzyństwa, które przecież tak łatwo się czyta i niby napawają optymizmem. Wybrałam te, które wpadły mi w oko z nazwy lub z najnowszego postu i formy, albo na które się zwyczajnie „napatoczyłam”. W kategorii blogów dziecięcych i matczynych, w ogóle w świecie blogów, czuję się jakbym płynęła w malutkiej łódce przez ocean i nie wiedziała skąd mam płynąć i dokąd, czego szukać. Więc może jest tam ktoś, kto czuje się podobnie do mnie, ale jeszcze tam nie dotarłam…

Nie ma co ukrywać – macierzyństwo ma naprawdę mnóstwo pozytywnych stron i sama wielu doświadczyłam i wciąż doświadczam (inspiracje do robienia nowych rzeczy, chociażby, albo stykanie się z dziedzinami życia, których pewnie bym sama z siebie jakoś nie ruszyła np makaton i BSL), ale są takie dni, takie darker days, kiedy nie wszystko widzi się przez różowe okulary, kiedy ma się dość i jest się zmęczonym, kiedy cierpliwości brak, a stres i nerwy biorą górę. Tylko kto i po co ma o tym pisać, narażać się na opinie świata (zła matka!), kiedy własne opinie o sobie nie są jakieś specjalnie wysokie, obnażać się z tych niezbyt dobrych nawyków (tak, telewizor jest większość czasu włączony) i chwil słabości w gniewie (krzyki i klapsy)? Niepowodzenia? Jakie niepowodzenia? Przynajmniej w świecie internetowym można stać się kimś innym i lepszym i udawać przed samą sobą, że daję sobie radę ze wszystkim i ze wszystkimi, że zawsze i wszędzie. Zdjęcia uśmiechów dzieci i przyjemnie spędzonego ich czy wspólnego z nimi czasu, na zabawach i edukowaniu, tak jak na załączonym obrazku. Oczywiście, że nad te złe rzeczy, które mają miejsce w ciągu prawie każdego dnia, te gorsze i dużo gorsze, które się czasami zdarzają, wybieram zazwyczaj tylko te dobre, pozytywne i lepsze do wrzucenia tutaj.

Zastanawiałam się tylko dlaczego tak robię, bo założyłam bloga głównie dla siebie, trochę dla Ani, w celu zmotywowania się do robienia więcej ciekawszych rzeczy z Małą A, wrócić do robienia lepszych zdjęć nie tylko zwykłą cyfrówką, ale lustrzanką, która zaczynała zbierać już grube warstwy kurzu. Keeping up with all these days, so to speak. Odpowiedź ostatecznie bardzo prosta brzmiała tak: wstydzę się przed samą sobą i przed swoim dzieckiem, że tak często nie potrafię zapanować na swoimi złymi emocjami, że tak jak dzisiaj nie mogłam zebrać się w sobie i przestać krzyczeć, kiedy Mała A, w łzach, po raz pięćdziesiąty mówiła przepraszam za tą samą rzecz, kiedy stała w kałuży przed toaletą, bo nie zdążyła… I wiem, że te sceny, może i za parę miesięcy albo lat zapomniane, a może wcale nie i wręcz odwrotnie będą dwelt on, kształtują jej charakter i coś, z czym będzie musiała żyć później. It is easier to build up a child than it is to repair an adult, przeczytałam ostatnio na blogu. Nie musiałam tego czytać, żeby to wiedzieć, a jednak czasami potrafię się zachować tak, jakbym tego nigdy nie wiedziała…. Staram się nad sobą pracować, i za każdym razem kiedy podniosę głos, albo Mała A dostanie klapsa (co rzadko, bo rzadko, ale miewało miejsce) próbuję wytłumaczyć dlaczego i przeprosić za każdym razem, kiedy nie potrafiłam zapanować nad sobą. Wziąć w ramiona, pocałować, uspokoić i pokazać jej, że jakimkolwiek potworem bym nie była przed chwilą, czy się pokłóciłyśmy, czy ona coś źle zrobiła, czy ja źle zareagowałam, to i tak nie zostawię jej. Może to i nic nie znaczy po fakcie, ale chcę, żeby to wiedziała…

Poza tym I am only human. Nie zawsze da radę wszystko na wesoło. I czuję się jednocześnie zdołowana tym co czytam i pełna podziwu dla tych, którzy – według ich blogów – naprawdę żyją tylko codziennymi spacerami, codziennymi kąpielami, wspólnym gotowaniem, ciągłym czytaniem, wymyślaniem wspólnych zabaw, wzmacnianiem odporności na zimę itp itd. Kudos Wam.

If you’re tossin’ and you’re turnin’
And you just can’t fall asleep
I’ll sing a song beside you
And if you ever forget how much you really mean to me
Every day I will remind you

(…)

You’ll always have my shoulder when you cry
I’ll never let go, never say goodbye
You know…

You are my sweetheart

Po ponad dwugodzinnej wyprawie z domu, wróciłyśmy zmęczone i zmarznięte. Zimny i przenikliwy wiatr szybko dał nam popalić i praktycznie w ciągu paru minut na rękach pojawiły się rękawiczki, a na głowach czapki; na szczęście parasolka okazała się być zbędnym przedmiotem na naszym „spacerze”.

Obydwie z Małą A musiałyśmy przejść w miarę spory kawałek, do Asdy (tatko potrzebował tuszy do drukarki), a droga wydawała się z każdym krokiem dłużyć, z powodu zimna (mama jest z tych leniwców pospolitych z podkategorią okropnych zmarźluchów), bo świat dookoła jest niezwykle fascynujący z tym malutkim listkiem na łódkę do kałuży (których akurat brakowało tym razem), i z tymi garściami gałązek, krótszych, dłuższych i olbrzymich, które fajnie się trzyma w rączkach, nosi i wymienia co chwilę na te ciągle to nowsze, napotkane na trawie. Brak wózka, który odstawiliśmy parę miesięcy temu, też w takich momentach nieco doskwiera, zwłaszcza, że między płytkami chodnika grasują groźne aligatory! Ale nie martwcie się, udało nam się przed nimi uciec i, jakimś dziwnym trafem – możliwe, że z powodu niezbyt przyjaznej aligatorom pogody, w naszej drodze powrotnej wszystkie się pochowały.

IMG_5516 IMG_5529

IMG_5534IMG_5519

Do sklepu dotarłyśmy niecałą godzinę po wyjściu z domu, czyli około 2-3 razy dłużej niż by mi to zajęło, gdybym poszła sama. Zazwyczaj taka różnica czasowa mi jakoś specjalnie nie przeszkadza, ale niestety z powodu zimna i bólu w mostku, który mnie budził w nocy, dokuczał w ciągu dnia i pozostawił w dość podłym nastroju, mój poziom cierpliwości był niższy niż zwykle, choć Ania to bardzo dzielnie znosiła. (Krótkie wyjaśnienie, gdyby ktoś z bliższych mi osób się martwił: ból ten, na tle mięśniowym, pojawia się i znika co jakiś czas od czasów przeprowadzki do naszego domu w grudniu, kiedy musiałam się nadwyrężyć z przenoszeniem pudeł, rozpakowywaniu ich itp itd, poza tym Mała A waży już ponad 15kg, i mimo że kocha się każdy kilogram tej osóbki nad życie, to miłość nie wpływa na lekkość tych kilogramów niestety!)

Tak więc na moje pocieszenie (retail therapy), a na pożytek Ani, kupiłam jej 2 nowe spódniczki, 1 T-shirt (o kolorze trochę krzyczącej pomarańczy, ale z rysunkiem kotka, który się strasznie Małej A spodobał, więc uległam) i nową niebiesko-turkusową bluzę. Po drodze do domu wstąpiłyśmy na plac zabaw, żeby Ania sobie trochę poszalała, a na koniec wycieczki jeszcze wpadłyśmy do sklepiku bliżej naszego „zamku”, aby się ogrzać troszkę  i kupić Małej A 2 magazyny – Alphablocks i Octonauts z edukacyjnymi dodatkami do zabawy na później.

IMG_5537 IMG_5540 IMG_5552 IMG_5555 IMG_5559 IMG_5567

Jak już wreszcie wróciłyśmy do naszych czterech kątów, usadowiłam Małą A na kanapie pod kocykiem, a sama poszłam do kuchni przygotować obiad, w międzyczasie przynosząc Ani czekoladę na gorąco, żeby się szybciej rozgrzała. Ania grzecznie podziękowała, po czym spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała:

Mummy, you are my sweetheart.

IMG_5589

Jeden uśmiech, milion powodów do radości, nawet w te zimne i pochmurne dni.

British shade of sky

Ostatnie dni były dużo przyjemniejsze pod względem pogody niż ten. Wydawało się, że wiosna nieśmiało zawitała w te strony z niewypowiedzianym na głos zamiarem dłuższej wizyty. Owszem, termometry nie pokazywały jakichś specjalnie wysokich temperatur, ale przynajmniej słońce radośnie świeciło na niebie i wpadało przez okna domu nas poogrzewać; aż ochoczo zaczęłam wczoraj wiosenne porządki z pootwieranymi oknami. Widzę co prawda, że się trochę pospieszyłam z tym wszystkim, bo teraz obydwie z Małą A trochę pokasłujemy, a za oknem wczechobecna szarość z możliwością, jak to zwykle w Wielkiej Brytanii, opadów. Deszczowych. (Na śnieg nie można tu często liczyć.) Przyzwyczajenie się do takiej angielskiej pogody zajęło mi trochę czasu i pomimo tego, że mieszkam tu już od dobrych paru lat to przyzwyczajenie w żaden sposób nie wpłynęło na polubienie tego klimatu. To prawie tak, jakby większość roku panowała tutaj jesień, zawieszona między różnymi porami roku. Cóż. My z Anią i tak musimy się wybrać na zakupy. Tak więc zaraz nakładamy kurtki, bierzemy na wszelki wypadek parasolkę Małej A i zabieramy aparat. Time for a shopping adventure!