All I wanna say is that they don’t really care about us

Dziś grumpy to za mało powiedziane. Dziś to mieszanka złości i smutku. Dziś mi praktycznie oświadczono, że nieważne, co myślę o swoim małżeństwie, wychowaniu dziecka czy życiu as a whole, szanse są, że co robię, robię to źle.
Powiedziano mi, że nasza generacja szybko się nudzi i moje prognozy na przyszłość najprawdopodobniej wyglądają tak:

  1. Rozwód, bo tak i już.
  2. Rozwód, bo mąż ma dość tego, że zamiast zarabiania pieniędzy siedzę w domu z dzieckiem jako pełnoetatowa mama, bo to on musi utrzymywać rodzinę.
  3. Rozwód, bo mąż sobie kogoś znalazł.
  4. Rozwód, bo koleżanka mi odbiła męża. (Posunięto się do zasugerowania, czy koleżanka, którą zaprosiłam do siebie na tydzień jest godna zaufania.)
  5. Rozwód, ponieważ mąż myśli, że sobie kogoś znalazłam podczas wizyt do rodziny w Polsce.

Dodatkowo opcje od nr 1 do 5, czyli WSZYSTKIE, kończą się ze mną bez dachu nad głową i ogólnie czegokolwiek – mi się nic nie należy, przecież jestem matką pełnoetatową, czyli dla pewnych ludzi synonimem nikogo. (Oczywiście rozważano te nadwyraz optymistyczne opcje przede mną na znak martwienia się o mnie.)

Non-stop rzuca się we mnie także pytaniami zatytułowanymi „praca” z obligatoryjnym dodatkiem „w zawodzie”, i dzisiaj również mi tego pytania po powyższym wywodzie nie pożałowano. Nie powiem, miło się zarabia własne pieniądze, ale jeśli ktoś się mnie zapyta (a nie pyta nikt), czy jest mi dobrze po prostu w roli mamy, w domu z Małą A i tak naprawdę bez pracy, odpowiem, że nie jest źle, choć owszem, bywało ciężko. Nie mam nic przeciwko mojemu życiu, cieszę się z tego, że posiadam opcję zostania w domu i obserwowania jak moje dziecko dorasta, opcję ciągłego uczenia się siebie nawzajem – nie wszyscy mogą sobie pozwolić na taki luksus. Problem polega na tym, że wszyscy oczekują ode mnie dużo więcej, więc czuję się pod presją, że to co robię jest niewystarczające. Więc może faktycznie nie jest? Może pozostanie w domu to moja ucieczka przed szukaniem nie byle jakiej pracy, takiej, w której mogłabym się odnaleźć tak samo jak się odnajduję w domu? A może mi się wydaje, że się odnajduję w domu…?
W miarę niedawne dwa przypadkowe spotkania ze „Znawcami ds Dwujęzyczności u Dzieci”, próbują mi udowodnić chyba, że jednak dom nie stanowi rozwiązania do problemu „ja i moje życie”. Pan Taksówkarz i Pani Prababcia oczywiście stwierdzili, że sobie nie radzę z nauką językową mojego dziecka, ponieważ mając angielskiego tatę i rodzinę, mieszkając w Anglii i uczęszczając angielskie przedszkole, O DZIWO, preferencją Ani jest język angielski. Przy czym doskonale rozumie co się do niej mówi w języku polskim, bo od niemowlęcia mówiłam do niej po polsku i śpiewałam polskie kołysanki i piosenki. I co tam, że dziecko się speszyło przy dwójce obcych jej ludzi podczas wizyty u Żółwika, czyli Panu Dziadkowi i Pani Prababci i dla własnego komfortu kompletnie zaprzestała przed nimi używać nawet pojedyńczych słów polskich; Pani Prababcia stwierdziła, że dziecko nie umie i to moja wina.

No to niech i będzie moją „winą”.

Tell me what has become of my rights
Am I invisible because you ignore me?
Your proclamation promised me free liberty, now
I’m tired of bein’ the victim of shame
They’re throwing me in a class with a bad name
I can’t believe this is the land from which I came

Reklamy

The back of beyond

Od wczoraj zapytano mnie już z pięć razy czy jestem w ciąży. I od wczoraj pokornie odpowiadam za każdym razem, że nie. Zajście w ciążę wbrew pozorom nie jest takie łatwe, a już szczególnie gdy ma być to planowo… Chętnie miałabym już dwójkę dzieci, trójkę może nawet, ale na rozum bardziej niż wygodę po pierwszym, które przyszło (nie oszukujmy się) na ten świat bez żadnych zwiastunów czy zapowiedzi, trzeba było trochę poczekać. Przede wszystkim, żeby skończyć studia, które po urodzinach Małej A trwały jeszcze dwa lata, a potem nadszedł czas na planowanie długo-oczekiwanego ślubu.

Ale może zacznijmy od początku. Zanim zaszłam w swoją pierwszą (i jak dotąd jedyną) ciążę, byłam zaręczona z Panem B wtedy już od około dwóch miesięcy. Kiedy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami pojawiły się na horyzoncie pytania przede wszystkim rodziny – co ze ślubem? Naszą reakcją było: Jak to co? Nic! Naszą intencją od momentu zaręczyn było zorganizowanie ślubu w Polsce, po skończeniu naszych studiów, i wspólnie zdecydowaliśmy, że to właśnie tego będziemy się trzymać. I tak czułam się jakby na mnie patrzono i myślano „taka młoda w ciąży, pięknie, to dziecko nie ma szans” pomimo skończonych dwudziestu jeden lat, a patrząc na swoje zdjęcia z tego okresu z perspektywy pięciu już lat, tylko utwierdzam się w przekonaniu, że mogłam mieć rację. Wyglądałam jak dziecko (aczkolwiek nie chcę oceniać, który wiek to za młodo na bycie mamą, bo wiek wcale nie decyduje o „jakości” macierzyństwa czy o wielkości miłości do dziecka). Nie chciałam, aby dodatkowo przez resztę mojego życia towarzyszyła mi myśl, że głównym powodem takiej a nie innej daty mojego ślubu była ciąża.

Tak więc po skończeniu studiów, w zgodzie z oryginalnymi planami, wyznaczyliśmy datę na wrzesień 2012, ponieważ ta data wydawała się być najlepszym terminem dla większości ważnych dla nas gości. Nie było po co się spieszyć z Euro 2012 po drodze w czerwcu i olimpiadą 2012 w Londynie na przełomie lata. Spokojnie czekaliśmy, aż wydarzenia światowe ustąpią drogi naszym wydarzeniom.

Nie kryłam się z tym, że mnie już korci, aby mieć kolejne dziecko, ale tak jak i wcześniej nie chciałam być w ciąży na swoim ślubie, tak tego postanowienia nie byłam w stanie zmienić. Nadchodziły momenty, że się prawie ugięłam, że spontaniczność prawie wzięła górę, myśląc a co tam, ale nawet nie mieszkaliśmy u siebie, nasz nowo-kupiony dom był w stałym remoncie, a data przeprowadzki tylko przesuwała się w czasie. Skazani na dożywocie u przyszłych teściów, myślałam. Czy tak chcę zacząć nowe życie?

Po ślubie i weselu, poprawinach i długim męczącym dniu załatwiania spraw związanych ze zmianą nazwiska chcieliśmy mieć czas tylko dla siebie; całe dwa tygodnie w hotelu all inclusive w Marakeszu, chcieliśmy się pobawić, pożyć sobie pełnią życia, tylko my we dwoje, jak za dawnych czasów. Ze względu na potencjalne ilości alkoholu, które mogły się łączyć z wyjazdem, stwierdziłam, że to nie będzie dobrym początkiem dla ciąży. Możliwe, że się myliłam, ale po powrocie do domu, niecały miesiąc później, niedokończone opakowanie tabletek „jeszcze nie teraz” wylądowało w koszu. Myślałam, że poczekam, aż się same skończą, ale nie mogłam już na nie patrzeć. Kolejny miesiąc później, na dzień przed przeprowadzką do własnych czterech kątów, mój organizm dał mi znać, że będzie współpracować.

I tak oto siedząc dzisiaj wieczorem u Czekoladowego, sącząc 2-letnie wino domowe jego roboty i jedząc przygotowany przez niego obiad, myślałam, że gdyby to planowanie przychodziło tak łatwo jak to nie-planowanie, które rzuca nam los, na które się nie czeka, tylko z którym się oswaja, nie siedziałabym ze słodkim, lecz mocnym, smakiem w ustach i zbliżającą się lekkością w głowie. Choć tak naprawdę, gdyby było inaczej, to kto oprócz mnie i Pana B by już wiedział…? Przecież od początku do końca and even beyond the end, wszystko się może zdarzyć, a nie o wszystkim wszyscy muszą wiedzieć.

 

 

Rodzinnie

11 stycznia tego roku, jadąc autokarem z lotniska w London Stansted do domu, otrzymałam bardzo szczęśliwą nowinę o narodzinach pewnego Żółwika. Czekałam z niecierpliwością na jego przyjście na ten świat, od dawna myśląc co by sprawić jemu i jego rodzicom na prezent z okazji powiększenia rodziny, a sama będąc mamą i przerabiając rozdziały pod tytułem „Pierwszy bobas” oraz „Zostaliśmy rodzicami” na własnej skórze, wiedziałam, że opcji przydatnych jest całe mnóstwo. Począwszy od ubranek i śliniaków, których w pierwszym roku życia dziecka nigdy za dużo, bo tak szybko z nich wyrastają i tak szybko je brudzą, po gryzaczki na czas wyrzynania się pierwszych ząbków i swędzenie dziąseł, poprzez przeróżne akcesoria do kąpieli, aż do edukacyjnych mat do zabawy, skończywszy na akcesoriach dużo dłuższego użytku takich jak niańki elektroniczne (które jednak wiążą się z większym wydatkiem). Nie wymieniam tu zabawek, bo na zabawki zawsze jest czas i można praktycznie prawie zawsze zagwarantować, że chociaż jedna osoba przychodząca w odwiedziny przyniesie jakąś grzechotkę albo maskotkę z babciami i dziadkami na czele. 😉

Niespodziewanie wielką radość sprawiło mi przeglądanie internetowych sklepów dla dzieci z produktami w kategorii od 0+, po tym jak moja ukochana Ania dawno temu z niej wyrosła, a zabawki już od jakiegoś czasu znalazły schronienie w pudełkach wraz z pajacykami i śliniakami z okresu, kiedy skrzętnie liczyło się tygodnie i miesiące życia, a nie lata, dzielnie czekając na szansę pojawienia się rodzeństwa. Ostatecznie skończyło się na dwóch prezentach: jednym, nad którym myśleliśmy wraz z Panem B, kiedy urodziła się Mała A (kupna jednak nigdy nie sfinalizowaliśmy z powodu innych podobnych rzeczy, które dostaliśmy w prezencie od rodziny bądź przyjaciół), a mianowicie Rainforest Waterfall Peek-a-Boo Soother marki Fisher Price, którego demo można zobaczyć tutaj. Drugim prezentem była gumowa kaczuszka do kąpieli – zabawka i termometr w jednym, ostrzegająca rodziców, gdy woda w kąpieli dziecka jest za gorąca poprzez pojawienie się na jej spodzie napisu hot (napis powinien się pojawić gdy woda osiągnie 39-40 stopni C). Kaczuszka wygląda tak. Nie wiem na ile prezenty te się sprawdzą (szczególnie z kaczką może bywać różnie co do odczytu temperatury, choć zawsze wtedy zostaje jej użyteczność jako zabawka!), ale mam nadzieję, że przynajmniej trochę odciążą nową mamę. 🙂

Dzisiaj obydwa prezenty trafiły do ich przeznaczonego domu i póki co dostały nods of approval from both parents. A my przy okazji z Anią spędziłyśmy popołudnie w przemiłej rodzinnej atmosferze, i oczywiście obydwie miałyśmy okazję potrzymać małego Żółwika w ramionach. 🙂

Parenaście lat temu moi rodzice często spotykali się z ciociami i wujkami na imieniny, urodziny, święta (you name it) i zawsze wtedy miałam okazję bawić się ze swoimi kuzynami i pamiętam, że było bardzo fajnie. Potem jakoś to wszystko się zmieniło, wszyscy porośliśmy i nie mieliśmy takiego zainteresowania spotkaniami rodzinnymi, bo a to poszło się gdzieś z koleżanką, a to gdzieś ktoś organizował imprezę… Kontakty rodzinne ograniczyły się trochę do rozmów przez telefon. Teraz, jak już nie jesteśmy dziećmi i zakładamy albo założyliśmy już własne rodziny, miło jest wrócić do tej „tradycji”.

A my z Anią idziemy jutro odwiedzić rodzinkę Czekoladowego. 🙂

The time traveller czyli bardzo króciutko o książkach z wierszami z dzieciństwa

W ciągu dnia nachodzi mnie wiele myśli i pomysłów na to, co mogłabym tutaj napisać, ale niestety w biegu nie ma możliwości sfinalizowania owych przemyśleń i opublikowania ich na blogu, a do czasu, kiedy zasiadam przed laptopem, cały proces myśleniowy już dawno zabrał mnie w kompletnie inny zakamarek niż ten, z którego zaczęłam…

Nawiązując wobec tego do mojego poprzedniego wpisu, w którym napisałam, że nie mam za bardzo czasu na czytanie książek, dzisiejszy dzień przypomniał mi, że ostatnią moją przeczytaną od deski do deski książką (mniej więcej w połowie zeszłego roku) było „One Day” David’a Nicholls’a. Książka ta wpłynęła na mnie dość znacznie, przypominając mi trochę życie dwójki moich przyjaciół (do tego stopnia, że jedno z nich przed wyjazdem w dość odległą ode mnie część świata dostało kopię z dedykacją w środku), trochę moje własne. Wydaje mi się, że będąc w latach, kiedy dwudziestka jest już bliżej trzydziestki niż rok temu, wybrałam bardzo odpowiedni moment na przeczytanie tej powieści. Jej nastrój nazwałabym dramatyczno-filozoficznym, z dużą dozą samoironii, a bit pessimistic maybe, yet very addictive to read. Uważam, że jest to „życiowa” książka, jeśli można tak opisywać książki !

„What are you going to do with your life?” In one way or another it seemed that people had been asking her this forever; teachers, her parents, friends at three in the morning, but the question had never seemed this pressing and still she was no nearer an answer… ‚Live each day as if it’s your last’, that was the conventional advice, but really, who had the energy for that? What if it rained or you felt a bit glandy? It just wasn’t practical. Better by far to be good and courageous and bold and to make difference. Not change the world exactly, but the bit around you. Cherish your friends, stay true to your principles, live passionately and fully and well. Experience new things. Love and be loved, if you ever get the chance.

Książki oczywiście stanowią bardzo ważną część w życiu każdego człowieka, szczególnie małego w jego edukacji i kształtowaniu wyobraźni, więc o ile nie mam czasu czytać dla siebie książek dla dorosłych, w ciągu dnia i obligatoryjnie przynajmniej raz na dobranoc, przenoszę się wraz z Małą A w czarodziejskie światy pięknie ilustrowanych wierszy i bajek dla dzieci. Ostatnio ulubionymi krótkimi opowiastkami dla mojego szkraba przed snem stały się „Chory kotek” Stanisława Jachowicza oraz „Abecadło” Juliana Tuwima (ze względu na coraz większe zainteresowanie literami).

Muszę przyznać, że z Julianem Tuwimem Ania zaprzyjaźniła się dopiero niedawno (pomimo tego, że na jej półce z książkami w pokoju stoją dwie pozycje Tuwima z czasów mojego dzieciństwa, choć nie są to edycje bogato ilustrowane), zaledwie 2 tygodnie temu, kiedy wróciwszy z Polski, po pogrzebie prababci Kiki (na który nie chciałam zabierać Ani z powodu mroźnej zimowej pogody i atmosfery żalu i goryczy, która towarzyszy tym smutnym ceremoniom), przywiozłam podpisaną przez pradziadzia Misia cudownie ilustrowaną kopię wierszy Juliana Tuwima, polecaną na blogu Leny i Kuby tutaj. Faktycznie był to zakup, którego zdecydowanie nie żałuję, a ilustracje towarzyszące wierszom bardzo się Ani spodobały, chociaż póki co powtarzamy tylko w kółko „Spóźnionego słowika” oraz „Słonia Trąbalskiego”, do których od czasu do czasu jak mi Ania pozwoli dorzucę „Lokomotywę” i „Rzepkę” (do tej pory mnie fascynują swoją rytmicznością). Niestety w tym wydaniu wierszy Tuwima nie ma wszystkich, które ja tak ukochałam w swoim dzieciństwie jak „Pstryk”, tak więc na mojej liście zakupowej znalazło się jeszcze wydanie „Najpiękniejszych wierszy dla dzieci” Juliana Tuwima, dostępne tutaj.

Będąc w Plazowym Empiku, połakomiłam się także na zbiorowe opracowanie „Wierszy i rymowanek polskich” (link tutaj), które dosłownie sprawiły, że czytając rymowanki typu „Dylu dylu” albo piosenki takie jak „Misia A Misia B” czy „Mam chusteczkę haftowaną”, usłyszałam głosy swoich babć, dziadzia i rodziców czytających i śpiewających je mnie i mojemu rodzeństwu. Posługując się opisem widniejącym na stronie Empiku, z którym całkowicie się zgadzam „Wyróżniająca się wśród  publikacji na polskim rynku wydawniczym elegancka edytorsko książka jest znakomitym pomysłem na niebanalny prezent. Wszyscy dbający o polską tradycję literacką i kulturę, chcący przekazać to dzieciom, powinni mieć ten tom w domu.” Książka widnieje ze znakiem „tylko w empiku”, tak więc biegnijcie tam kupić kopię dla siebie i swoich podopiecznych. 😉

I jednak jak się okazało nie tylko zapachy i muzyka mają niesamowitą moc przenoszenia w czasie.

A quiet cheer for the new beginning

Nie wiedziałam, że właśnie dzień dzisiejszy zakończy się założeniem bloga. Tak prawdę mówiąc miałam nadzieję być poza domem, zostawić Anię z Dziadziem i Babcią i wyjść, nawet w ten dość mroźny wieczór. Po spędzeniu dnia, w sumie niezbyt długiego (spałam do godziny 11 po zbyt wczesnym rozpoczęciu piątku i zbyt późnym jego zakończeniu), którego highlight’em były odwiedziny u pradziadzia Misia, chciałam się wyrwać z domu, pójść do centrum handlowego jak Plaza, zjeść jakąś dobrą sałatkę w jakiejś restauracji, może z jakimś drinkiem, nawet spontanicznie się wybrać do kina, ale zwyczajnie nie było z kim. Zdecydowana większość moich przyjaciół i znajomych nie mieszka już w moim rodzinnym mieście; po liceum wszyscy rozjechali się po Polsce i Wielkiej Brytanii z Anglią na czele, niektórzy także i po innych częściach Europy i świata, aby rozpocząć studia, a po studiach wybrane drogi życiowe już całkowicie porozsypywały wszystkich po świecie. Tak więc jedyne dwie osoby tego wieczoru, które mi zostały i które byłyby chętne się spotkać if not otherwise engaged, były niestety zajęte. I tak oto skończyło się moje planowanie opuszczenia domu siedząc przed ekranem laptopa.

Po położeniu Małej A spać zaczęłam przeglądać internet, jak zwykle zaczynając od poczty (a nuż kochany mąż napisał e-mail), potem facebook, i dwa, czasami trzy blogi w celu sprawdzenia czy się pokazały na nich jakieś nowe posty, które mogłabym przeczytać (obecnie te blogi to moja jedyna lektura, pomijając sporadyczne czytanie magazynów typu Cosmopolitan; nie wiem czego, ale jakoś nie miałam serca do czytania książek przez już dłuższy albo w sumie bardzo długi czas, może dlatego, że w ciągu dnia z Anią i wszechobecnymi houseworks typu zmywanie naczyń jest to dość trudne zadanie, a pod wieczór z chęcią spędzenia czasu z ukochanym mężem łatwiej usiąść razem na kanapie oglądając seriale telewizyjne albo filmy). Będąc mamą, blogi, które na bieżąco śledzę są o tematyce głównie dziecięcej – jakby nie patrzeć temat fascynujący dla wydaje mi się każdej matki. Po blogach dzisiaj przyszło przeglądanie różnych zdjęć, które Google wyrzucił pod hasłami sewing, sewing inspirations i sewing room ideas (jedno z moich postanowień noworocznych, które zostało wypowiedziane „niemo” na ten rok to nauczenie się szycia). I tak jakoś od zdjęcia do zdjęcia, od myśli do myśli, znalazłam się tutaj.

Więc jestem.